Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Czwarty Tydzień Wielkiego Postu 1 – 6 IV 2019

Przypowieść o synu marnotrawnym

NIEDZIELA: Joz 5,9a.10–12; 2 Kor 5,17–21

Ewan­ge­lia Łk 15,1–3.11–32

Przy­po­wieść o synu mar­no­traw­nym

W owym cza­sie zbli­ża­li się do Jezu­sa wszy­scy cel­ni­cy i grzesz­ni­cy, aby Go słu­chać. Na to szem­ra­li fary­ze­usze i ucze­ni w Piśmie: Ten przyj­mu­je grzesz­ni­ków i jada z nimi.

Opo­wie­dział im wte­dy nastę­pu­ją­cą przy­po­wieść:

Pewien czło­wiek miał dwóch synów. Młod­szy z nich rzekł do ojca: “Ojcze, daj mi część mająt­ku, któ­ra na mnie przy­pa­da”. Podzie­lił więc mają­tek mię­dzy nich. Nie­dłu­go potem młod­szy syn, zebraw­szy wszyst­ko, odje­chał w dale­kie stro­ny i tam roz­trwo­nił swój mają­tek, żyjąc roz­rzut­nie.

A gdy wszyst­ko wydał, nastał cięż­ki głód w owej kra­inie i on sam zaczął cier­pieć nie­do­sta­tek. Poszedł i przy­stał do jed­ne­go z oby­wa­te­li owej kra­iny, a ten posłał go na swo­je pola, żeby pasł świ­nie. Pra­gnął on napeł­nić swój żołą­dek strą­ka­mi, któ­re jada­ły świ­nie, lecz nikt mu ich nie dawał.

Wte­dy zasta­no­wił się i rzekł: “Iluż to najem­ni­ków moje­go ojca ma pod dostat­kiem chle­ba, a ja tu z gło­du ginę. Zabio­rę się i pój­dę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrze­szy­łem prze­ciw Bogu i wzglę­dem cie­bie; już nie jestem godzien nazy­wać się two­im synem: uczyń mię choć­by jed­nym z najem­ni­ków”. Wybrał się więc i poszedł do swo­je­go ojca.

A gdy był jesz­cze dale­ko, ujrzał go jego ojciec i wzru­szył się głę­bo­ko; wybiegł naprze­ciw nie­go, rzu­cił mu się na szy­ję i uca­ło­wał go. A syn rzekł do nie­go: “Ojcze, zgrze­szy­łem prze­ciw Bogu i wzglę­dem cie­bie, już nie jestem godzien nazy­wać się two­im synem”.

Lecz ojciec rzekł do swo­ich sług: “Przy­nie­ście szyb­ko naj­lep­szą suk­nię i ubierz­cie go; daj­cie mu też pier­ścień na rękę i san­da­ły na nogi. Przy­pro­wadź­cie utu­czo­ne cie­lę i zabij­cie: będzie­my uczto­wać i bawić się, ponie­waż ten mój syn był umar­ły, a znów ożył; zagi­nął, a odna­lazł się”. I zaczę­li się bawić.

Tym­cza­sem star­szy jego syn prze­by­wał na polu. Gdy wra­cał i był bli­sko domu, usły­szał muzy­kę i tań­ce. Przy­wo­łał jed­ne­go ze sług i pytał go, co to zna­czy. Ten mu rzekł: “Twój brat powró­cił, a ojciec twój kazał zabić utu­czo­ne cie­lę, ponie­waż odzy­skał go zdro­we­go”.

Na to roz­gnie­wał się i nie chciał wejść; wte­dy ojciec jego wyszedł i tłu­ma­czył mu. Lecz on odpo­wie­dział ojcu: “Oto tyle lat ci słu­żę i nigdy nie prze­kro­czy­łem two­je­go roz­ka­zu; ale mnie nie dałeś nigdy koź­lę­cia, żebym się zaba­wił z przy­ja­ciół­mi. Sko­ro jed­nak wró­cił ten syn twój, któ­ry roz­trwo­nił twój mają­tek z nie­rząd­ni­ca­mi, kaza­łeś zabić dla nie­go utu­czo­ne cie­lę”.

Lecz on mu odpo­wie­dział: “Moje dziec­ko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszyst­ko moje do cie­bie nale­ży. A trze­ba się wese­lić i cie­szyć z tego, że ten brat twój był umar­ły, a znów ożył; zagi­nął, a odna­lazł się”. 

Przy­po­wieść o synu mar­no­traw­nym czy też o miło­sier­nym ojcu jest opo­wie­ścią o budo­wa­niu rela­cji mię­dzy­ludz­kich i rela­cji czło­wie­ka z Bogiem. Oka­zu­je się to zada­niem nad wyraz trud­nym. Wspól­ne prze­by­wa­nie w jed­nym domu nie gwa­ran­tu­je, że mię­dzy domow­ni­ka­mi powsta­je praw­dzi­wa więź. Tę bowiem trze­ba świa­do­mie budo­wać. Prze­ko­na­li się o tym syno­wie z naszej przy­po­wie­ści. Ojciec, mimo wiel­kiej otwar­to­ści i ogrom­ne­go ser­ca, zoba­czył bole­sne nie­zro­zu­mie­nie ze stro­ny swo­ich synów. Bo więź powsta­je jedy­nie wów­czas, gdy spo­ty­ka się dobra wola dwóch osób. Rów­nież syno­wie pomię­dzy sobą nie potra­fi­li się poro­zu­mieć. Dopie­ro cier­pli­wa miłość ojca, zdol­na do prze­ba­cze­nia, i prze­mia­na syna spra­wi­ły, że powsta­ła głę­bo­ka więź mię­dzy nimi. To jed­nak było wciąż za mało, by star­szy zro­zu­miał war­tość praw­dzi­wych wię­zów mię­dzy­oso­bo­wych. Wnio­sek jest jeden: budo­wa­nie naszych rela­cji z Bogiem i z ludź­mi jest zada­niem wyma­ga­ją­cym wiel­kiej uważ­no­ści i aktu­al­nym każ­de­go dnia

PONIEDZIAŁEK Iz 65, 17–21; J 4, 43–54

Sło­wo Boże: Oto Ja stwa­rzam nowe nie­bio­sa i nową zie­mię; nie będzie się wspo­mi­nać daw­niej­szych dzie­jów ani na myśl one nie przyj­dą. Prze­ciw­nie, będzie radość i wese­le na zawsze z tego, co ja stwo­rzę; bo oto Ja uczy­nię z Jero­zo­li­my wese­le i z jej ludu – radość. Roz­we­se­lę się z Jero­zo­li­my i roz­ra­du­ję się z jej ludu.

Histo­ria Jero­zo­li­my, zawie­ra wie­le trud­nych, bole­snych zda­rzeń, zna­czo­nych nie­wier­no­ścią nie­kie­dy nie­mal całe­go ludu. Jeśli przez pro­ro­ka Stwór­ca mówi o rado­ści zwią­za­nej z Izra­elem, to dla­te­go tyl­ko, że Jego łaska doko­na rady­kal­nej prze­mia­ny. Nasy­co­na grze­chem prze­szłość odej­dzie w nie­pa­mięć, powsta­nie nowe dzie­ło – będzie skut­kiem wyłącz­nie Boże­go bło­go­sła­wień­stwa. I tak też jest w naszym życiu oso­bi­stym: przyj­mu­jąc łaskę Boga jeste­śmy rado­ścią Stwór­cy. Stąd wezwa­nie: „Sła­wię Cię, Panie, bo mnie wyba­wi­łeś”.

WTOREK Ez 47, 1–9. 12; J 5, 1–3a. 5–16

Sło­wo Boże: Wszyst­kie też isto­ty żyją­ce, od któ­rych się tam roi, dokąd­kol­wiek potok wpły­nie, pozo­sta­ną przy życiu: będzie tam nie­zli­czo­na ilość ryb, bo dokąd­kol­wiek dotrą te wody, wszyst­ko będzie uzdro­wio­ne. A nad brze­ga­mi poto­ku mają rosnąć po obu stro­nach róż­ne­go rodza­ju drze­wa owo­co­we, któ­rych liście nie więd­ną…

Woda ze świą­ty­ni kry­je w sobie moc nad­zwy­czaj­ną. Nie­sie uzdro­wie­nie wszel­kie­mu stwo­rze­niu. To zna­czy, że poza zasię­giem tych­że wód sze­rzą się cho­ro­by. Wody ze świą­ty­ni zdol­ne są ule­czyć każ­dą z nich. Zapew­nia­ją tak­że owo­co­wa­nie każ­de­mu drze­wu i każ­dej rośli­nie. Ten obraz uka­zu­je dzia­ła­nie łaski sakra­men­tal­nej, któ­ra wypły­wa z Kościo­ła, by nieść pomoc każ­de­mu, kto cier­pi z powo­du grze­chu, swej sła­bo­ści, czy zagu­bie­nia. Nie wol­no odciąć się do tego uzdra­wia­ją­ce­go stru­mie­nia, bo mnó­stwo cho­rób wciąż ata­ku­je nasze­go ducha.

ŚRODA Iz 49, 8–15; J 5, 17–30

Sło­wo Boże: „Góry, wybuch­nij­cie rado­snym okrzy­kiem! Albo­wiem Pan pocie­szył swój lud. Zli­to­wał się nad jego bied­ny­mi”. Mówił Syjon: „Pan mnie opu­ścił…” „Czyż może nie­wia­sta zapo­mnieć o swym nie­mow­lę­ciu, ta, któ­ra kocha syna swe­go łona? A nawet gdy­by ona zapo­mnia­ła, ja nie zapo­mnę o tobie!”.

Dziec­ko cie­szy się z pre­zen­tu. Ale praw­dzi­wym źró­dłem jego rado­ści jest obec­ność mat­ki i ojca, ich miłość. Jeśli pro­rok mówi dziś o wybu­chu rado­ści, to wska­zu­je tę wła­śnie przy­czy­nę. Syjon nie został opusz­czo­ny. Miłość Boga Ojca jest miło­ścią zarów­no ojcow­ską jak i macie­rzyń­ską. Przy czym o ile w ludz­kich rela­cjach rodzi­ce — dziec­ko może poja­wić się bole­sny brak, o tyle w miło­ści Stwór­cy nigdy tak się nie sta­nie. Bo miłość Pana jest więk­sza od tej ojcow­skiej i tej mat­czy­nej: peł­na czu­ło­ści, wier­na, zatro­ska­na o przy­szłość, bez­wa­run­ko­wa. I wciąż jesz­cze wyma­ga odkry­cia.

CZWARTEK Wj 32, 7–14; J 5, 31–47

Sło­wo Boże: „Widzę, że lud ten jest ludem o twar­dym kar­ku. Pozwól, aby roz­pa­lił się gniew mój na nich…” Moj­żesz jed­nak zaczął usil­nie bła­gać Boga swe­go, Pana, i mówić: „Dla­cze­go, Panie, pło­nie gniew Twój prze­ciw ludo­wi Twe­mu, któ­ry wypro­wa­dzi­łeś z zie­mi egip­skiej wiel­ką mocą i sil­ną ręką?”.

Czy Moj­żesz mógł sko­rzy­stać z pro­po­zy­cji Boga? Na pew­no tak. Został­by pro­to­pla­stą nowe­go ludu. Prze­cież Noe, gdy usły­szał, że wszy­scy obok grze­szą i tyl­ko on z rodzi­ną zosta­nie oca­lo­ny, zaczął budo­wać arkę. Nie pomy­ślał, że mógł­by pro­sić Boga o miło­sier­dzie. Tym­cza­sem Moj­żesz w pierw­szym odru­chu roz­po­czy­na modli­twę, w któ­rej pro­si Pana o prze­ba­cze­nie. I ta posta­wa zna­la­zła uzna­nie w oczach Stwór­cy. Czy wol­no nam zatem cie­szyć się wła­sną uczci­wo­ścią, popraw­no­ścią czy też wła­sną wia­rą i izo­lo­wać od innych, tych złych? Czy tego ocze­ku­je Pan?

PIĄTEK Mdr 2, 1a. 12–22; J 7, 1–2. 10. 25–30

Sło­wo Boże: Myl­nie rozu­mu­jąc, bez­boż­ni mówi­li sobie: „Zrób­my zasadz­kę na spra­wie­dli­we­go, bo nam nie­wy­god­ny: sprze­ci­wia się nasze­mu dzia­ła­niu, zarzu­ca nam prze­kra­cza­nie Pra­wa, wypo­mi­na nam prze­kra­cza­nie naszych zasad kar­no­ści. Gło­si, że zna Boga, zwie sie­bie dziec­kiem Pań­skim. Jest potę­pie­niem naszych zamy­słów…”.

Obec­ność spra­wie­dli­we­go pośród nie­pra­wych dzia­ła jak bole­sny wyrzut sumie­nia. Nic dziw­ne­go, że spra­wie­dli­wy spo­ty­ka się z opo­rem, odrzu­ce­niem, któ­re może iść tak dale­ko, że czło­wiek pra­wy jest sys­te­ma­tycz­nie nisz­czo­ny. Dla­te­go trze­ba mieć odwa­gę, by pozo­stać spra­wie­dli­wym. By nie ulec poku­sie kom­pro­mi­su z nie­uczci­wo­ścią. By pozo­stać nie­prze­kup­nym. By zacho­wać wła­sne zda­nie. By nie utra­cić trzeź­we­go osą­du rze­czy­wi­sto­ści. By być zdol­nym iść pod prąd. By zacho­wać sza­cu­nek wobec pra­wa Boże­go i ludz­kie­go. Trze­ba mieć odwa­gę, by żyć, a nie wege­to­wać.

SOBOTA Jr 11, 18–20; J 7, 40–53

Sło­wo Boże: Nie wie­dzia­łem, że powzię­li prze­ciw mnie zgub­ne pla­ny: „Zniszcz­my drze­wo w peł­ni jego sił, zgładź­my go z zie­mi żyją­cych…” Lecz Pan Zastę­pów jest spra­wie­dli­wym sędzią, bada ner­ki i ser­ce. Chciał­bym zoba­czyć Two­ją pomstę na nich, albo­wiem Tobie powie­rzam swo­ją spra­wę.

Zacho­wać pokój ser­ca w nie­po­wo­dze­niach, w prze­śla­do­wa­niach, w chwi­li nad­uży­cia naszej dobro­ci i życz­li­wo­ści, gdy przyj­dzie sta­nąć wobec muru, jakim jest ludz­ka złość i prze­wrot­ność. Czy to moż­li­we? Tak, jeśli zbu­du­je­my wia­rę, któ­ra pozwo­li nam powie­dzieć: „Panie, mój Boże, Tobie zaufa­łem”. Te pro­ste sło­wa potwier­dza­ją, iż wie­rzy­my w spra­wie­dli­wość osta­tecz­ną, któ­rej źró­dłem jest Bóg. Ufa­my Panu, dla któ­re­go nie jest taj­ne żad­ne ludz­kie sumie­nie, któ­ry nie pozo­sta­wi bez nagro­dy naj­mniej­sze­go dobra i nie zga­dza się na naj­mniej­sze zło.

ks. Roman Sła­weń­ski