Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Grzebień św. Edyty, czyli… potęga prostych gestów

potęga prostych gestów

Kon­tak­to­wa­łem się ostat­nio z ojcem dziew­czyn­ki – dziś już doro­słej kobie­ty – cudow­nie uzdro­wio­nej za przy­czy­ną św. Tere­sy Bene­dyk­ty od Krzy­ża – Edy­ty Ste­in. Prze­słał mi tekst, któ­ry napi­sa­ła ona na proś­bę pew­ne­go kato­lic­kie­go cza­so­pi­sma. Tekst był krót­ki, ale dał mi wie­le do myśle­nia. Imien­nicz­ka nawró­co­nej Żydów­ki – kar­me­li­tan­ki pisa­ła w nim o… grze­bie­niu.

Tere­sia Bene­dic­ta nawią­zy­wa­ła do iko­ny, któ­ra od dzie­ciń­stwa wisia­ła na ścia­nie jej domu. Wśród wie­lu zobra­zo­wa­nych na niej atry­bu­tów św. Edy­ty Ste­in zna­lazł się tak­że… grze­bień. To wła­śnie ten szcze­gół przy­kuł szcze­gól­ną uwa­gę małej Tere­sii. Przy­znam, że na chwi­lę prze­rwa­łem wte­dy czy­ta­nie tego świa­dec­twa. Grze­bień? Hmmm – zadu­ma­łem się.

Nigdy wcze­śniej o żad­nym grze­bie­niu w życiu św. Edy­ty Ste­in nie sły­sza­łem, posur­fo­wa­łem zatem tro­chę po Inter­ne­cie i zna­la­złem wyja­śnie­nie tej zagad­ki: wypo­wiedź Juliu­sa Mar­ka­na, żydow­skie­go biz­nes­me­na z Kolo­nii, odpo­wie­dzial­ne­go za więź­niów prze­trzy­my­wa­nych w nie­miec­kim obo­zie Wester­bork (Edy­ta Ste­in prze­by­wa­ła tam zanim prze­wie­zio­no ją do Auschwitz). “Wśród więź­niów, któ­rzy zosta­li przy­wie­zie­ni 5 sierp­nia, sio­stra Bene­dyk­ta wyróż­nia­ła się spo­ko­jem i opa­no­wa­niem – pisał Mar­kan. – Nie­do­la w bara­kach i zamie­sza­nie wywo­ła­ne przez nowo przy­by­łych były nie do opi­sa­nia. Sio­stra Bene­dyk­ta była jak anioł, krą­żąc wśród kobiet, pocie­sza­jąc je, poma­ga­jąc im i uspo­ka­ja­jąc. Wie­le matek było bli­skich sza­leń­stwa; przez cały dzień nie przej­mo­wa­ły się swo­imi dzieć­mi, tyl­ko sie­dzia­ły pogrą­żo­ne w nie­mej roz­pa­czy. Sio­stra Bene­dyk­ta opie­ko­wa­ła się mały­mi dzieć­mi, myła je i cze­sa­ła, dba­jąc o ich nakar­mie­nie i inne potrze­by. Przez cały swój pobyt myła i sprzą­ta­ła dla ludzi, wyko­nu­jąc jeden akt miło­sier­dzia za dru­gim, aż wszy­scy zaczę­li zadzi­wiać się jej dobro­cią”.

Z dal­szej czę­ści świa­dec­twa wyni­ka­ło, że wła­śnie tę histo­rię przy­to­czył tata Tere­sii, wyja­śnia­jąc jej sens tego sym­bo­lu. Dziew­czyn­ka dłu­go nie mogła jed­nak pojąć, jak w tym oce­anie nie­szczęść moż­na było zaj­mo­wać się taki­mi nie­istot­ny­mi spra­wa­mi jak cze­sa­nie. Bo gdzież tu hero­izm? Czyż waż­ne było, żeby dzie­ci umie­ra­ły z… nie­na­gan­ną fry­zu­rą? Po co? Po co? Po co?

Zro­zu­mia­ła ten pro­sty gest dopie­ro po wie­lu latach, kie­dy sama zacho­ro­wa­ła i nie była w sta­nie pie­lę­gno­wać swe­go cia­ła. Jak­że wdzięcz­na była wte­dy sio­strze, któ­ra umy­ła i ucze­sa­ła jej wło­sy. Ina­czej spoj­rza­ła wte­dy na ową iko­nę i na ów prze­dziw­ny atry­but, a dzi­siaj sama pra­cu­je w służ­bie zdro­wia i zda­rzy­ło się jej już, że sama… cze­sa­ła wło­sy cięż­ko cho­rej pacjent­ki.

***

Czy­ta­jąc to “grze­bie­nio­we” świa­dec­two Tere­sii Bene­dic­ty i wyzna­nie Juliu­sa Mar­ka­na pomy­śla­łem o tym, jak wiel­ką potę­gę mają zwy­kłe, pro­ste ludz­kie gesty i czy­ny (choć z wła­sne­go doświad­cze­nia wiem, jak nie­zwy­kle cięż­ko się na nie cza­sa­mi zdo­być!). Budu­jąc bar­dziej Boży świat nie musi­my bowiem od razu doko­ny­wać hero­icz­nych, spek­ta­ku­lar­nych czy­nów, tyta­nicz­nych prac, bo cza­sem wystar­czy tyl­ko… przy­tu­le­nie, pogła­ska­nie po gło­wie, ucze­sa­nie czy­ichś wło­sów, uśmiech (ten ostat­ni gest jak­że pięk­nie “glo­ry­fi­ko­wa­ła” św. Urszu­la Ledó­chow­ska) i cała masa innych – uwa­ża­nych za mało waż­ne, nie­istot­ne – uczyn­ków. To tak­że wła­śnie takie pro­ste gesty – jak wyni­ka ze świa­dec­twa Ame­ry­kan­ki – tak jak trze­pot skrzy­deł moty­la – mogą zmie­nić na lep­sze czy­jeś życie, a nawet cały świat. Waż­ne tyl­ko, by była w nich Miłość, bo tyl­ko Wiel­ka Miłość – jak twier­dzi­ła św. Edy­ta – nie prze­mi­ja. A Miłość to prze­cież Bóg.

Hen­ryk Bej­da