Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Mały wielki węgierski bohater

Erno Nemeczek

Czy potra­fi­li­by­ście wymie­nić jakichś węgier­skich boha­te­rów naro­do­wych? Hmmm.… Pew­nie – tak jak ja – musie­li­by­ście się nad tym tro­chę napo­cić. Może ktoś wska­zał­by Lajo­sa Kos­su­tha, może świę­te­go kró­la Ste­fa­na, może poetę Sán­do­ra Petőfie­go albo nasze­go roda­ka Józe­fa Bema. Nadal jedak na dobrą spra­wę krę­ci­li­by­śmy się w gro­nie posta­ci dość „niszo­wych”. Jest jed­nak taki jeden Węgier, któ­re­go zna i kocha cały świat. To mały, mizer­ny, jasno­wło­sy chło­piec: Erno Neme­czek. I nie mów­cie mi, że nie wie­cie kto to taki… „Chłop­cy z Pla­cu Bro­ni”! Mówi wam to coś?

Chłop­ców z Pla­cu Bro­ni” Feren­ca Mol­na­ra prze­tłu­ma­czo­no na 43 języ­ki i wyda­no w milio­nach egzem­pla­rzy. Zna­ją go zatem nie tyl­ko licz­ni miesz­kań­cy Euro­py, ale tak­że naj­bar­dziej egzo­tycz­nych zakąt­ków glo­bu.

No tak! – powie­cie – ale to nie był prze­cież żywy, real­nie ist­nie­ją­cy czło­wiek, tyl­ko boha­ter lite­rac­ki i nie powin­ni­śmy mie­szać fik­cji z fak­ta­mi. Może i racja. Dla mnie jed­nak ów Neme­czek –  ucie­le­śnie­nie wszyst­kie­go co dobre i pra­we – jest praw­dzi­wym boha­te­rem i jestem prze­ko­na­ny, że „w realu” też tacy Węgrzy żyli (i mam nadzie­ję, że i dziś – i to nie tyl­ko wśród Węgrów – moż­na takich Nemecz­ków zna­leźć).

Przy­znam, że zachwy­ci­łem się tą nie­wiel­ką „książ­czy­ną” i… uro­ni­łem przy niej kil­ka łez. Wpraw­dzie jako kato­li­ko­wi tro­chę bra­ku­je mi w niej kato­lic­kich kli­ma­tów, no ale… mniej­sza o to. Moż­na to zro­zu­mieć, bo – po pierw­sze: autor Ferenc Mol­nar nie był kato­li­kiem ani kal­wi­nem, ani nawet, z tego co wiem – mając żydow­skie pocho­dze­nie – nie prak­ty­ko­wał reli­gii moj­że­szo­wej. Po dru­gie: może to nawet i lepiej, bo dzię­ki temu książ­ka jest praw­dzi­wie uni­wer­sal­na i z pożyt­kiem się­gnąć mogą po nią abso­lut­nie wszy­scy. A swo­ją dro­gą na obro­nę Mol­na­ra trze­ba przy­znać, że jego poję­cie o życiu poza­gro­bo­wym nie kłó­ci się bynaj­mniej z naszym. Czyż spo­za zda­nia o anio­łach, któ­re – przy­byw­szy po duszycz­kę – zano­szą ją tam, gdzie ludzie dobrze żyją­cy „sły­szą słod­kie pie­nia i postrze­ga­ją jasność wie­ku­istą”, nie uśmie­cha się do nas sam – nie nazwa­ny po imie­niu – Bóg? Jak­że zwy­czaj­ne, a przy tym mądre jest też ostat­nie zda­nie o pozna­wa­niu życia, „w któ­rym smut­ki i rado­ści tak dziw­nie spla­ta­ją się w jeden wspól­ny los”.

Jest jesz­cze jeden (i to zabaw­ny!) moment w tej nie­zwy­kłej lek­tu­rze, któ­ry szcze­gól­nie mnie urzekł. Frag­ment, w któ­rym Zwią­zek Kitow­ców naka­zał swo­im człon­kom doko­nać popra­wek w pod­ręcz­ni­ku histo­rii i obok het­ma­na Jano­sza Huny­adie­go dopi­sać „atra­men­tem” zwy­cię­skie­go przy­wód­cę obroń­ców Pla­cu Bro­ni Jano­sza Bokę, a po stro­nie prze­gra­nych w bitwie pod Moha­czem dodać „ołów­kiem” przy­wód­cę „czer­wo­nych koszul” Ferie­go Acza. Pomy­śla­łem sobie wte­dy o takiej nie­biań­skiej książ­ce do histo­rii, w któ­rej kie­dyś sam Bóg – albo jakiś jego świę­ty „pro­to­ko­lant” – nas samych w taki spo­sób dopi­sze. Oby­śmy tyl­ko – tak jak Boka – zna­leź­li się wte­dy po tej dobrej stro­nie…

Lek­tu­ra „Chłop­ców z Pla­cu Bro­ni” i cho­dze­nie po ich śla­dach była jed­nym z naj­waż­niej­szych punk­tów moje­go i mojej dzie­wię­cio­let­niej cór­ki kil­ku­dnio­we­go wypa­du do Buda­pesz­tu. A trze­ba przy­znać, że Węgrzy god­nie Nemecz­ka i jego kum­pli upa­mięt­ni­li. Spi­żo­wych, gra­ją­cych w kul­ki chło­pa­ków „namie­rzyć” dość łatwo, uli­ce Paw­ła, Marii, Üllöi czy Köz­te­lek też, nie­co trud­niej dotrzeć do samot­ne­go Nemecz­ka sto­ją­ce­go w wodzie. Gdzie ich zna­leź­li­śmy – nie zdra­dzę. No może tyl­ko, że w… Buda­pesz­cie. Może i wy się kie­dyś – Dro­dzy Czy­tel­ni­cy – na podob­ną lite­rac­ko-eks­plo­ra­cyj­ną wypra­wę wybie­rze­cie, nie chcę zatem odbie­rać wam przy­jem­no­ści samo­dziel­ne­go poszu­ki­wa­nia. Pierw­szym kro­kiem  do tego  jest jed­nak uważ­na lek­tu­ra.

Jeśli zatem nie pozna­łeś jesz­cze Nemecz­ka, a „Chłop­ców z Pla­cu Bro­ni” jesz­cze w szko­le nie „prze­ra­bia­łeś”, jeśli przed laty lub cał­kiem nie­daw­no omi­ną­łeś tę powieść sze­ro­kim łukiem albo już jej nie pamię­tasz – war­to byś po tego lite­rac­kie­go „ever­gre­ena” i „wyci­ska­cza łez” się­gnął. I  nie­waż­ne czy masz lat 10 czy 100…: „Tol­le, lege!”. Nie poża­łu­jesz, gwa­ran­tu­ję…

Hen­ryk Bej­da