Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Historia we wspomnieniach

W “apartamentach” Łubianki

+++ 27 i 28 mar­ca 1945 zro­ku sowiec­kie NKWD pod­stęp­nie aresz­to­wa­ło przy­wód­ców Pol­skie­go Pań­stwa Pod­ziem­ne­go. Zosta­li oni zwa­bie­ni do Prusz­ko­wa na spo­tka­nie z dowódz­twem I Fron­tu Bia­ło­ru­skie­go, w spra­wie unor­mo­wa­nia sto­sun­ków mię­dzy wkra­cza­ją­cy­mi woj­ska­mi sowiec­ki­mi a Pola­ka­mi. Zamiast zapo­wia­da­nych roz­mów wszyst­kich wywie­zio­no do moskiew­skie­go wię­zie­nia na Łubian­ce i pod­da­no bru­tal­ne­mu śledz­twu. Wśród pod­stęp­nie poj­ma­nych byli: Komen­dant Głów­ny Armii Kra­jo­wej gen. Leopold Oku­lic­ki “Niedź­wia­dek”, Dele­gat Rzą­du RP Jan Sta­ni­sław Jan­kow­ski, prze­wod­ni­czą­cy Rady Jed­no­ści Naro­do­wej Kazi­mierz Pużak oraz przed­sta­wi­cie­le dzia­ła­ją­cych w kon­spi­ra­cji par­tii poli­tycz­nych, a wśród nich mini­stro­wie, człon­ko­wie Kra­jo­wej Rady Mini­strów: Adam Bień (Stron­nic­two Ludo­we), Sta­ni­sław Jasiu­ko­wicz (Stron­nic­two Naro­do­we) i Anto­ni Paj­dak (Pol­ska Par­tia Socja­li­stycz­na). Zosta­li uwię­zie­ni w wię­zie­niu NKWD na Łubian­ce, a w czerw­cu 1945 ska­za­ni w moskiew­skim pro­ce­sie szes­na­stu. Poni­żej przed­sta­wia­my frag­men­ty wspo­mnień Zbi­gnie­wa Sty­puł­kow­skie­go pt. “Zapro­sze­nie do Moskwy”, wyda­nych pier­wot­nie na emi­gra­cji, a w 1991 roku w Wydaw­nic­twie “Spo­tka­nia” w War­sza­wie.

***

+++ Pięk­ny był ranek 28 mar­ca. Słoń­ce przy­grze­wa­ło tak sil­nie, iż choć w Pol­sce zima led­wo się o tej porze koń­czy, narzu­ci­łem na sie­bie tyl­ko lek­ki płaszcz gumo­wy i ruszy­łem w dro­gę do Prusz­ko­wa, wspo­mnia­ne­go już wyżej mia­stecz­ka pod­war­szaw­skie­go, w któ­re­go pobli­żu mie­ści­ła się sie­dzi­ba dowódz­twa wojsk sowiec­kich. Kil­ku przy­ja­ciół, wyraź­nie zanie­po­ko­jo­nych, żegna­ło mnie sil­nym uści­skiem dło­ni. Oba­wia­li się o mój los, choć na ogół nikt nie prze­wi­dy­wał, aby aresz­to­wa­nie mogło nastą­pić już w tym eta­pie per­trak­ta­cji. Punkt zbor­ny człon­ków dele­ga­cji wyzna­czo­ny był na sta­cji kolej­ki elek­trycz­nej. Z róż­nych stron zaczę­li się zjeż­dżać i scho­dzić po raz pierw­szy tak licz­nie i od sze­ściu lat po raz pierw­szy tak jaw­nie przy­wód­cy Kra­ju.

***

+++ Nic to jed­nak było w porów­na­niu z kło­po­ta­mi gene­ra­ła Oku­lic­kie­go. Bro­nił się on przed myślą wzię­cia udzia­łu w per­trak­ta­cjach z Rosja­na­mi bar­dzo dłu­go. Cią­ży­ły mu okrut­ne wspo­mnie­nia z poby­tu w wię­zie­niu moskiew­skim w latach 1939–1941. Znał już Rosję z wła­sne­go doświad­cze­nia. Był ostrze­ga­ny przez swe zwierzch­nie dowódz­two w Lon­dy­nie. Jako kar­ny żoł­nierz uległ jed­nak decy­zji wice­pre­mie­ra rzą­du, Jan­kow­skie­go. Opatrz­ność posta­no­wi­ła go bro­nić. Spóź­nił się na pociąg, któ­rym mógł doje­chać na czas na umó­wio­ne spo­tka­nie. Wyszedł wte­dy na szo­sę, zatrzy­mał prze­jeż­dża­ją­cy jakiś samo­chód i namó­wił szo­fe­ra, aby go pod­wiózł. Samo­chód zepsuł się w pół dro­gi. Gene­rał Oku­lic­ki zno­wu bez­rad­nie cze­kał na jaki­kol­wiek inny śro­dek komu­ni­ka­cji. Nawi­nął mu się rowe­rzy­sta. Dobił z nim trans­ak­cji i rowe­rem zaje­chał po swój los do głów­nej kwa­te­ry wojsk sowiec­kich.

***

+++ Przed ganek pol­skie­go dwor­ku, w któ­rym mie­ści­ła się kwa­te­ra naczel­ne­go dowódz­twa wojsk sowiec­kich, wyle­gło na przy­wi­ta­nie kil­ku­dzie­się­ciu ofi­ce­rów wyż­szych szarż. Wśród obec­nych znaj­do­wał się rów­nież puł­kow­nik gwar­dii Pime­now. Oglą­da­li nas z żywym zacie­ka­wie­niem, przed­sta­wia­li się kolej­no, ści­ska­jąc z usza­no­wa­niem dło­nie. Zapro­wa­dzo­no nas następ­nie do obszer­ne­go gabi­ne­tu, w któ­rym usta­lo­no skład przy­by­łych gości i cha­rak­ter funk­cji, jakie peł­ni­li w życiu Pol­ski. Za chwi­lę w dwóch gru­pach zapro­sze­ni zosta­li­śmy do jakie­goś gene­ra­ła – nazwi­ska jego nie pomnę. Przed­sta­wił się jako repre­zen­tant mar­szał­ka Żuko­wa, mają­cy pole­ce­nie powi­tać nas i prze­pro­sić, że mar­sza­łek się spóź­ni. “Roz­po­czął on wła­śnie ostat­nią już – być może – wiel­ką ofen­sy­wę prze­ciw Niem­com. Ofen­sy­wa ta odno­si duże suk­ce­sy i mar­sza­łek musi bez­po­śred­nio dopil­no­wać wyda­nych zarzą­dzeń”.

***

+++ Bagiń­ski powie­dział mi na to, iż, być może, los nas rze­czy­wi­ście wkrót­ce połą­czy, może nawet już w tym­że domu, w któ­rym się teraz znaj­du­je­my. Sły­szał on bowiem od mego przy­ja­cie­la przy­go­dy uciecz­ki z piw­nic domu NKWD we Wło­chach. Sko­ja­rzył teraz opis tego domu z domem, w któ­rym obec­nie gości­li­śmy, i doszedł do prze­ko­na­nia, że jeste­śmy już w rękach NKWD. Chwi­lo­wo tyl­ko znaj­du­je­my się jesz­cze na gór­nym pozio­mie budyn­ku, ale za chwi­lę może­my się rów­nież zna­leźć w piw­ni­cy. Wspo­mniał tak­że, że otrzy­mał na krót­ko przed uda­niem się na kwa­te­rę wojsk sowiec­kich ano­nim, pocho­dzą­cy zapew­ne od któ­re­goś z życz­li­wych mu a komu­ni­zu­ją­cych osob­ni­ków z ostrze­że­niem, by za wszel­ką cenę sta­rał się opóź­nić choć­by o parę dni ujaw­nie­nie się dele­ga­cji pol­skiej. To wszyst­ko wska­zu­je mu, iż wpa­dli­śmy w pułap­kę.

***

+++ Ran­kiem pro­si­li­śmy o moż­ność umy­cia się. Brr, to czym zosta­li­śmy obsłu­że­ni dało przed­smak kul­tu­ry sowiec­kiej. Wodę wydzie­lo­no każ­de­mu w butel­ce od piwa, mydła bodaj­że wca­le nie było, a jedy­na szma­ta imi­tu­ją­ca ręcz­nik była tak czar­na, że zre­zy­gno­wa­łem z jej użyt­ku. W łazien­ce schlud­ne­go kie­dyś miesz­ka­nia skrom­nej pol­skiej rodzi­ny musz­la do mycia była roz­bi­ta, kafel­ki pokry­wa­ją­ce ścia­ny obsma­ro­wa­ne obrzy­dli­wą cie­czą i wul­gar­ny­mi rysun­ka­mi. Po kątach wala­ły się foto­gra­fie z podar­te­go albu­mu, nale­żą­ce­go do daw­nych gospo­da­rzy. Na jed­nej z nich widzia­łem sier­żan­ta wojsk pol­skich z żoną i troj­giem małych dzie­ci. Dru­ga, wyobra­ża­ją­ca sier­żan­ta w peł­nym ekwi­pun­ku bojo­wym, zawie­ra­ła napis: “Moim naj­droż­szym. Bóg nam dopo­mo­że. 1.9.1939”. Koło dzie­wią­tej rano zapro­szo­no nas do gene­ra­ła sowiec­kie­go. Prze­pra­szał za wszyst­kie nie­do­cią­gnię­cia w gości­nie, a przede wszyst­kim za zawód spra­wio­ny przez mar­szał­ka Żuko­wa: “W tej chwi­li otrzy­ma­łem tele­fo­no­gram z naczel­ne­go dowódz­twa, iż zatrzy­ma­ny wiel­kiej wagi obo­wiąz­ka­mi służ­bo­wy­mi mar­sza­łek nie może przy­je­chać tutaj, nato­miast pro­si o przy­by­cie dele­ga­cji pol­skiej do jego kwa­te­ry. Przy­wią­zu­je wiel­ką wagę do spo­tka­nia się z tymi, któ­rzy mają jechać do Lon­dy­nu. Dla­te­go też przy­sy­ła swój oso­bi­sty samo­lot do Panów dys­po­zy­cji”.

***

+++ Zanie­po­ko­je­nie wzro­sło natych­miast, gdy spo­strze­żo­no się, że samo­lot zamiast kie­ro­wać się na zachód, gdzie powin­na się znaj­do­wać głów­na kwa­te­ra dowódz­twa kie­ru­ją­ce­go ofen­sy­wą prze­ciw Niem­com, leci ku wscho­do­wi. Nasz adiu­tant oznaj­mił, iż rze­czy­wi­ście leci­my do Moskwy. Tam bowiem będzie dzi­siaj mar­sza­łek Żukow, co pozwo­li na roz­sze­rze­nie gro­na uczest­ni­ków kon­fe­ren­cji ze stro­ny sowiec­kiej o pew­ne waż­ne oso­bi­sto­ści z rzą­du rosyj­skie­go. Zapew­nił przy tym, iż pp. Jan­kow­ski, Oku­lic­ki i Pużak uda­li się też już do Moskwy. (…) Wicher mio­tał samo­lo­tem. Chłód dole­gał coraz bar­dziej. Lot prze­dłu­żał się nie­zno­śnie. Mil­kły docie­ka­nia pod wpły­wem rosną­ce­go nie­po­ko­ju, któ­re­mu bar­wy i nasi­le­nia doda­wa­ła burza zale­gła nad nami. Otrzy­ma­li­śmy wia­do­mość: apa­rat radio-nadaw­czy w samo­lo­cie jest zepsu­ty; nie może­my się prze­bić przez chmu­ry, aby lądo­wać na lot­ni­sku moskiew­skim. Leci­my dalej. Z War­sza­wy do Moskwy jest pięć godzin lotu. Byli­śmy w powie­trzu już ponad sie­dem, gdy z kabi­ny pilo­tów wysu­nął się jakiś śmier­tel­nie bla­dy puł­kow­nik sowiec­ki i drżą­cy­mi ręko­ma prze­glą­dał mapy zło­żo­ne w siat­ce podróż­nej nad naszy­mi gło­wa­mi. Widać było po jego minie, iż cał­ko­wi­cie stra­cił orien­ta­cję. Po upły­wie krót­kiej chwi­li zaczę­li­śmy się zni­żać gwał­tow­nie, powie­dział­bym, “na łeb na szy­ję”. Sil­ny wstrząs. Usie­dli­śmy głę­bo­ko w śnie­gu, nie­co ogłu­sze­ni. Woko­ło ani śla­du życia, wszę­dzie nie­po­ka­la­na biel, sinie­ją­ca na linii hory­zon­tu. Zosta­li­śmy sami, tuląc się do sie­bie dla roz­grza­nia cia­ła. “Jest nas trzy­na­stu, feral­na cyfra” – mruk­nął prze­sąd­ny Kazi­mierz Bagiń­ski, przy­wód­ca chłop­ski.

***

+++ Posu­wa­li­śmy się z wiel­kim tru­dem, krok za kro­kiem. Star­si opie­ra­li się o ramio­na młod­szych. Po obu stro­nach widać było z dala roz­cią­gnię­te stra­że sowiec­kich żoł­nie­rzy. Sza­re ich mun­du­ry i kara­bi­ny z nasa­dzo­ny­mi bagne­ta­mi, bez­kre­sna dal pokry­ta bie­lą i pochy­lo­ne syl­wet­ki moich towa­rzy­szy nasu­wa­ły mi przed oczy obra­zy wiel­kie­go pol­skie­go mala­rza Grot­t­ge­ra, w któ­rych odma­lo­wał wędrów­ki na Sybe­rię ojców i dzia­dów naszych. Na uprząt­nię­tej dro­dze cze­ka­ły już wspa­nia­łe, czar­ne, lśnią­ce limu­zy­ny, w któ­rych roz­sa­dzo­no nas jak naj­bar­dziej wygod­nie. Zaczę­li­śmy zada­wać pyta­nia szo­fe­ro­wi, gdzie się znaj­du­je­my, dokąd jedzie­my. Głu­che mil­cze­nie było jedy­ną odpo­wie­dzią.

***

+++ “Do jakie­goś pięk­ne­go hote­lu wio­zą nas, panie mece­na­sie” – zwró­cił się do mnie pół­gło­sem towa­rzysz podró­ży, jeden z tych, któ­re­go nie opusz­cza­ła wia­ra w szczę­śli­we dopeł­nie­nie się naszej misji. W tym momen­cie otwo­rzy­ła się bra­ma na roz­cież, wio­dą­ca do wnę­trza owe­go “wspa­nia­łe­go hote­lu”. Doj­rza­łem w głę­bi dzie­dzi­niec oko­lo­ny mura­mi, w któ­rych wszyst­kie okna osło­nię­te były kosza­mi z bla­chy. “Panie, to wię­zie­nie” – odpo­wie­dzia­łem. “Ale, co też pan mówi” – były ostat­nie sło­wa, jakie dosły­sza­łem.

***

+++ Apar­ta­ment był już dla mnie przy­go­to­wa­ny. O ile pamię­tam, ozna­czo­ny był nume­rem 99. Roz­mia­ra­mi nie­wiel­ki, wyma­lo­wa­ny cały na bar­wę ciem­no­zie­lo­ną, miał okno wycho­dzą­ce na ponu­re podwó­rze, oko­lo­ne zewsząd mura­mi. Okno mia­ło kra­tę rzad­ką, ale przy­sło­nię­te było bla­sza­nym koszem, któ­ry unie­moż­li­wiał dostęp świa­tła z zewnątrz. Pro­myk słoń­ca, jeśli słoń­ce jaśnia­ło nad zie­mią, gwał­cił cza­sem suro­we pra­wa wię­zie­nia moskiew­skie­go i mimo wszyst­kich sta­wia­nych mu prze­szkód prze­bi­jał się do celi na dzie­sięć, pięt­na­ście minut – ale nigdy dłu­żej. I za to był mu wię­zień ser­decz­nie wdzięcz­ny. Skra­wek nie­ba moż­na było doj­rzeć tyl­ko kuc­nąw­szy u okna z przy­ci­śnię­tą do kra­ty twa­rzą. Ponie­waż jed­nak każ­de zbli­że­nie się do okna było natych­miast zauwa­żo­ne i spo­ty­ka­ło się nie­zwłocz­nie z admo­ni­cją straż­ni­ka, prze­to trze­ba było nie lada odwa­gi, aby posu­nąć się do bez­czel­no­ści spo­glą­da­nia w nie­bo. Ume­blo­wa­nie skła­da­ło się z żela­zne­go łóż­ka i małe­go sto­li­ka, na któ­rym stał mie­dzia­ny czaj­nik oraz kubek ozdo­bio­ny wize­run­kiem czar­ne­go kota. Kubeł w kącie – ot i wszyst­ko. “To teraz two­je miesz­ka­nie” – powie­dział straż­nik zosta­wia­jąc mnie same­go w celi. Usły­sza­łem już tyl­ko zgrzyt klu­czy prze­su­wa­nych z zardze­wia­łych zam­kach, zgrzyt, któ­ry na dłu­go jesz­cze wier­cił mi mózg. Tak więc zapro­sze­nie na obiad do naczel­ne­go wodza armii sowiec­kiej zakoń­czy­ło się wypo­czyn­kiem w luk­su­so­wych apar­ta­men­tach słyn­ne­go na cały świat wię­zie­nia na Łubian­ce, w sto­li­cy Rosji.

Zbi­gniew Sty­puł­kow­ski, “Zapro­sze­nie do Moskwy”,
War­sza­wa 1991
wybrał Jaro­sław Sza­rek