Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Historia we wspomnieniach

Przed oczami zamajaczyła Ostra Brama…

+++ 3 kwiet­nia 1940 roku w Katy­niu, z roz­ka­zu Sta­li­na, funk­cjo­na­riu­sze NKWD roz­po­czę­li roz­strze­li­wa­nie oby­wa­te­li pol­skich, jeń­ców, ofi­ce­rów przy­wo­żo­nych z obo­zu w Koziel­sku. Jed­no­cze­śnie pod Char­ko­wem mor­do­wa­no ofi­ce­rów z obo­zu w Sta­ro­biel­sku, a tych z Ostasz­ko­wa roz­strze­li­wa­no w Twe­rze i grze­ba­no w Mied­no­je. Kil­ka tysię­cy zamor­do­wa­no w innych wię­zie­niach na wschod­nich zie­miach Rze­czy­po­spo­li­tej. Ogó­łem co naj­mniej 21 768 osób… Lista obej­mo­wa­ła ponad 1/3 eli­ty II Rze­czy­po­spo­li­tej. W Katy­niu, któ­ry stał się sym­bo­lem tej zbrod­ni, wymor­do­wa­no 4410 jeń­ców. Ich roz­strze­li­wa­nia trwa­ły od 3 kwiet­nia do 12 maja 1940 r. Jed­nym z oca­lo­nych był prof. por. Sta­ni­sław Swia­nie­wicz. Przed 1939 rokiem był pro­fe­so­rem kate­dry eko­no­mii poli­tycz­nej na Uni­wer­sy­te­cie Wileń­skim im. Ste­fa­na Bato­re­go, spe­cja­li­zo­wał się w pro­ble­mach gospo­dar­czych Rosji Sowiec­kiej. 30 kwiet­nia został oddzie­lo­ny od trans­por­tu jeń­ców z obo­zu w Koziel­sku na sta­cji Gniez­do­wo, skąd jeń­ców wywo­żo­no na roz­strze­la­nie. Tra­fił do wię­zie­nia w Smo­leń­sku, a następ­nie na moskiew­ską Łubian­kę, gdzie przed­sta­wio­no mu akt oskar­że­nia. Docze­kał jed­nak napa­ści nie­miec­kiej na Zwią­zek Sowiec­ki i po zwol­nie­niu roz­po­czął pra­cę w amba­sa­dzie RP w Kuj­by­sze­wie, a następ­nie prze­do­stał się z jej per­so­ne­lem do Per­sji. Po woj­nie pozo­stał na emi­gra­cji, gdzie poświę­cił się nauce, pra­cu­jąc na wie­lu słyn­nych uni­wer­sy­te­tach Wiel­kiej Bry­ta­nii, Sta­nów Zjed­no­czo­nych, Kana­dy. Poni­żej publi­ku­je­my frag­ment jego książ­ki “W cie­niu Katy­nia”, wyda­nej po raz pierw­szy przez Insty­tut Lite­rac­ki w Pary­żu w 1979 roku.
+++ Pierw­szy trans­port odszedł według mojej naj­lep­szej pamię­ci w dniu 3 kwiet­nia 1940 roku i pierw­szym ofi­ce­rem, któ­re­go zabra­no, był mój kole­ga puł­ko­wy kpt. Jerzy Bycho­wiec, dowód­ca pierw­szej kom­pa­nii 85 Puł­ku Strzel­ców Wileń­skich. Odtąd w cią­gu całe­go kwiet­nia i w począt­kach maja 1940 roku zabie­ra­no regu­lar­nie co kil­ka dni oko­ło 300 ludzi, cza­sem nie­co mniej. O ile wiem z opo­wia­dań tych, co byli w Sta­ro­biel­sku, wiel­kość trans­por­tów w kwietniu–maju była tam nie­co mniej­sza niż w wypad­ku Koziel­ska. Widocz­nie zale­ża­ło to od róż­ni­cy wydaj­no­ści zespo­łów katów ope­ru­ją­cych w Katy­niu i w tej innej, nie zna­nej dokład­nie miej­sco­wo­ści w pobli­żu Char­ko­wa, gdzie likwi­do­wa­li sta­ro­bielsz­czan [dzi­siaj już wie­my, że było to w Pia­ti­chat­kach pod Char­ko­wem – przyp. JS].

***

+++ Do trans­por­tu zosta­łem wezwa­ny w dniu 29 kwiet­nia 1940 roku. Gdy tyl­ko jeń­cy pro­wa­dzą­cy pod­słuch tele­fo­nów z Moskwy zawia­do­mi­li, że tego dnia mam opu­ścić Kozielsk, pobie­głem od razu, aby się poże­gnać z kil­ku oso­ba­mi, któ­re uwa­ża­łem w Koziel­sku za swo­ich szcze­gól­nych przy­ja­ciół. O poże­gna­niu się z płk. Nowo­siel­skim, któ­re mia­ło miej­sce nie­co wcze­śniej, już pisa­łem we frag­men­tach, któ­re tra­fi­ły do Zbrod­ni katyń­skiej. Szcze­gól­nie jed­nak utkwi­ło mi w pamię­ci poże­gna­nie z pro­fe­so­rem Komar­nic­kim. Gdy­śmy się wyca­ło­wa­li na poże­gna­nie i ja już wycho­dzi­łem, rap­tem on mnie zawo­łał. Gdy się odwró­ci­łem, on wstał, pod­szedł do mnie i dużym pal­cem pra­wej ręki uczy­nił znak krzy­ża na moim czo­le. Był to sym­bol pole­ce­nia mnie opie­ce Boskiej. Jego wyraz twa­rzy i ten gest zro­bi­ły na mnie ogrom­ne wra­że­nie. Był to począ­tek tych dwu nie­sa­mo­wi­tych dni w moim życiu, kie­dy sądzo­ne mi było odbyć dro­gę do naj­bliż­szych oko­lic Katy­nia, a potem zno­wu dro­gę spod Katy­nia do spe­cjal­ne­go wię­zie­nia w Smo­leń­sku.

***

+++ W naszym prze­dzia­le nie było okna, było więc trud­no zorien­to­wać się, gdzie jeste­śmy i co się dzie­je na zewnątrz. Z prze­dzia­łu do prze­dzia­łu zaczę­to poda­wać wia­do­mość, że wyła­du­nek już się roz­po­czął. Mniej wię­cej po pół­go­dzin­nym posto­ju do nasze­go wago­nu wszedł puł­kow­nik NKWD, wyso­ki, o czer­wo­nej twa­rzy, któ­re­go już opi­sa­łem powy­żej. Wywo­łał moje nazwi­sko i powie­dział, że zosta­nę wydzie­lo­ny z trans­por­tu. (…) Straż­nik, któ­ry stał na kory­ta­rzu przed drzwia­mi mego prze­dzia­łu, odwró­cił się i patrzył przez okno, któ­re wycho­dzi­ło na inną stro­nę niż ta, gdzie był intry­gu­ją­cy ruch. Pod sufi­tem zauwa­ży­łem otwór, przez któ­ry moż­na było zoba­czyć, co się dzie­je na zewnątrz.

***

+++ Przed nami był plac czę­ścio­wo poro­śnię­ty tra­wą, wyglą­da­ło to na rów­ne miej­sce, gdzie przed­tem pod otwar­tym nie­bem były skła­dy jakichś towa­rów prze­zna­czo­nych do trans­por­tu, naj­praw­do­po­dob­niej mate­ria­łów drzew­nych. Z jed­nej stro­ny do pla­cu przy­le­ga­ła dro­ga idą­ca pro­sto­pa­dle do torów kole­jo­wych, z dru­giej stro­ny były jakieś zaro­śla. Plac był gęsto obsta­wio­ny kor­do­nem wojsk NKWD z bagne­tem na broń. Była to nowość w sto­sun­ku do nasze­go dotych­cza­so­we­go doświad­cze­nia. Nawet na fron­cie, bez­po­śred­nio po wzię­ciu nas do nie­wo­li, eskor­ta nie nakła­da­ła bagne­tów na broń. Bagnet we współ­cze­snej woj­nie jest bro­nią raczej sym­bo­licz­ną niż real­ną. W róż­nych tyło­wych funk­cjach roz­kaz nało­że­nia bagne­tu na broń słu­ży raczej do pod­kre­śle­nia spe­cjal­nej waż­no­ści danej funk­cji. Powsta­wa­ło pyta­nie, dla­cze­go eskor­to­wa­nie bez­bron­nych jeń­ców, któ­rym nawet scy­zo­ry­ki zosta­ły ode­bra­ne, mia­ło rap­tem stać się taką waż­ną i nie­bez­piecz­ną funk­cją. Z dro­gi wje­chał na plac zwy­kły pasa­żer­ski auto­bus, raczej małych roz­mia­rów w porów­na­niu do tych auto­bu­sów, do któ­rych jeste­śmy przy­zwy­cza­je­ni w mia­stach zachod­nich. Okna były zasma­ro­wa­ne wap­nem. Pojem­ność auto­bu­su była oko­ło 30 osób, wej­ście dla pasa­że­rów od tyłu. Powsta­wa­ło pyta­nie, jaki cel był zasma­ro­wa­nia okien tego nie­du­że­go auto­bu­su. Auto­bus pod­je­chał tyłem do sąsied­nie­go wago­nu, tak że jeń­cy mogli wcho­dzić bez­po­śred­nio ze stop­ni wago­nu, nie stą­pa­jąc na zie­mię. Z oby­dwóch stron wej­ścia do auto­bu­su sta­li żoł­nie­rze wojsk NKWD z bagne­ta­mi na broń. Był to doda­tek do gęste­go kor­do­nu wojsk NKWD ota­cza­ją­ce­go plac. Po pół­go­dzi­nie auto­bus wra­cał, aby zabrać następ­ną par­tię. Wyni­ka­ło stąd, że miej­sce, dokąd wie­zio­no jeń­ców, nie było dale­ko. Powsta­wa­ło pyta­nie, jaki był sens uży­wa­nia tej skom­pli­ko­wa­nej trans­por­to­wej pro­ce­du­ry zamiast zarzą­dze­nia pie­sze­go mar­szu, jak to bywa­ło przy poprzed­nich trans­por­tach?
Pośrod­ku pla­cu, z ręka­mi w kie­sze­niach duże­go płasz­cza, stał ów wyso­ki puł­kow­nik NKWD, któ­ry mnie wydzie­lił z trans­por­tu i któ­re­go w okre­sie likwi­da­cji Koziel­ska widy­wa­łem cza­sa­mi na tere­nie obo­zu. Było jasne, że on miał nad­zór nad całą ope­ra­cją. Lecz na czym owa ope­ra­cja pole­ga­ła? Przy­znam się, że w owym momen­cie, w bla­sku tego uro­cze­go, wio­sen­ne­go dnia myśl o egze­ku­cji nie przy­szła mi do gło­wy. Nie­co opo­dal sta­ło dość duże auto w kształ­cie czar­ne­go pudła bez okien, a przy nim kapi­tan NKWD, star­szy czło­wiek, praw­do­po­dob­nie dobrze po pięć­dzie­siąt­ce.
Po pew­nym cza­sie, któ­ry mi trud­no okre­ślić, bo nie mia­łem zegar­ka; wyda­je się mi, że było to już chy­ba po połu­dniu – przy­szedł pod­ofi­cer NKWD, któ­ry kazał mi zabrać moje rze­czy i iść za nim. Wpro­wa­dził mnie na ten plac, któ­ry oglą­da­łem przez rodzaj małe­go okien­ka pod sufi­tem mego prze­dzia­łu wię­zien­ne­go. Sta­nę­li­śmy przed owym czar­nym pudłem, gdzie rów­nież sta­li puł­kow­nik, któ­ry mnie wydzie­lił, oraz ów star­sza­wy kapi­tan NKWD. Dopie­ro wów­czas bły­snę­ła mi myśl, że to auto w kształ­cie czar­ne­go pudła to sław­ny czor­nyj woron, czy­li “czar­ny kruk”, któ­rym się prze­wo­zi więź­niów po uli­cach Moskwy. Puł­kow­nik prze­ka­zał mnie kapi­ta­no­wi. Ten kazał mi wejść do czar­ne­go pudła. Wcho­dzi­ło się od tyłu, gdzie były dwa sie­dze­nia dla straż­ni­ków; potem jeden sto­pień wzwyż i drzwicz­ki pro­wa­dzą­ce do wąskie­go kory­ta­rzy­ka, po któ­re­go obu stro­nach były po trzy małe cel­ki z drzwia­mi. Moż­na więc było w tym zmo­to­ry­zo­wa­nym wię­zie­niu prze­wieźć sze­ściu więź­niów, któ­rzy jed­nak o sobie mogli nic nie wie­dzieć. Gdy mnie wsa­dza­no, zdą­ży­łem zauwa­żyć, że kapi­tan zajął miej­sce obok szo­fe­ra. Straż­ni­cy zaś, któ­rzy zaję­li miej­sca od tyłu, byli z kara­bi­na­mi, lecz bez bagne­tów na kara­bi­nach. Nie­wąt­pli­wie w tym, że w pew­nych wypad­kach wkła­da­no bagnet na broń, a w innych zdej­mo­wa­no, była jakaś sym­bo­li­ka, któ­rej jed­nak w tam­tej chwi­li nie mogłem odgad­nąć. Mnie kaza­no zająć miej­sce w jed­nej z celek. Była tam wąska, twar­da ławecz­ka, na któ­rej moż­na było usiąść. Po zamknię­ciu drzwi zapa­no­wa­ła abso­lut­na ciem­ność. Po chwi­li auto ruszy­ło. Prze­że­gna­łem się. Bły­snę­ła mi myśl, że jestem prze­zna­czo­ny do egze­ku­cji. Zwią­zek Sowiec­ki nie pod­pi­sał żad­nych kon­wen­cji w spra­wie trak­to­wa­nia jeń­ców woj­sko­wych. Logicz­nie było­by przy­pu­ścić, że roz­strze­la się pew­ną ilość osób, co do któ­rych ist­nia­ły poszla­ki, że mogły być zaan­ga­żo­wa­ne w jakąś nie­przy­chyl­ną dla Związ­ku Sowiec­kie­go aktyw­ność, a resz­tę ludzi, co do któ­rych nie mia­ło się żad­nych indy­wi­du­al­nych pre­ten­sji, posta­ra się jakoś wyko­rzy­stać w ramach tych wiel­kich pro­gra­mów inwe­sty­cyj­nych, któ­re Rosja komu­ni­stycz­na sta­ra­ła się reali­zo­wać. W szcze­gól­no­ści odno­si­ło się to do róż­ne­go rodza­ju spe­cja­li­stów: inży­nie­rów, leka­rzy, agro­no­mów. Pomi­mo że ucho­dzi­łem za jed­ne­go ze znaw­ców Rosji, nie umia­łem wów­czas prze­nik­nąć, jakie były zasa­dy dia­lek­tycz­nych decy­zji NKWD. Zaczą­łem się cicho modlić. Przed oczy­ma wyobraź­ni zama­ja­czył trój­kąt Ostrej Bra­my. Po jakiejś pół­go­dzi­nie auto sta­nę­ło. Skrzyp­nę­ły cięż­kie zawia­sy otwie­ra­nej bra­my. Wje­cha­li­śmy na jakieś podwó­rze. Zaczął się zupeł­nie nowy okres moich dzie­jów wojen­nych.

Sta­ni­sław Swia­nie­wicz,
“W cie­niu Katy­nia”, Paryż 1979.
wybrał Jaro­sław Sza­rek