Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Historia we wspomnieniach

Jak przed wiekami świętowano

+++ fot. J. KubienaWiel­ki Tydzień i Świę­ta Wiel­ka­noc­ne – obok uro­czy­stych nabo­żeństw, Mszy św., obro­sły w Pol­sce tak­że wie­lo­ma zwy­cza­ja­mi. Nie­któ­re z nich jed­nak zani­kły, inne trwa­ją do dzi­siaj, mając wie­lo­wie­ko­wą tra­dy­cję. Poni­żej przy­ta­cza­my frag­ment dzie­ła Jana Sta­ni­sła­wa Bystro­nia, “Dzie­je oby­cza­jów w daw­nej Pol­sce. Wiek XVIXVIII” (tom 2, War­sza­wa 1976, s. 57–61), w któ­rym opi­su­je, jak wyglą­da­ła Wiel­ka­noc kil­ka­set lat temu.
+++ W sobo­tę wie­czór lub nie­dzie­lę rano odby­wa­ła się uro­czy­ście Rezu­rek­cja, przy wiel­kiej asy­ście tłu­mu, z muzy­ką, z jarzą­cy­mi świe­ca­mi; dygni­ta­rze miej­sco­wi pro­wa­dzi­li pro­ce­sjo­nal­nie księ­dza pod bal­da­chi­mem.
+++ Rezu­rek­cja ozna­cza­ła począ­tek weso­ło­ści i uczto­wa­nia świą­tecz­ne­go. Po nabo­żeń­stwie pro­boszcz przyj­mo­wał życze­nia od oby­wa­tel­stwa, a lud do dwo­ru zno­sił wraz z życze­nia­mi zwy­cza­jo­we podar­ki, naj­czę­ściej pisan­ki; mło­dzież wiej­ska cho­dzi­ła od cha­ty do cha­ty, śpie­wa­jąc odpo­wied­nie pie­śni z życze­nia­mi pomyśl­no­ści, za co otrzy­my­wa­ła poczę­stu­nek lub dat­ki. W nie­któ­rych oko­li­cach dzie­dzic, przyj­mu­jąc życze­nia, zapra­szał wło­ścian na zaba­wę lub też po pro­stu na pija­ty­kę; budo­wa­no więc huś­taw­ki, sta­wia­no słu­py, na któ­re mło­dzież się wdra­py­wa­ła.
+++ Na Rusi po pro­ce­sji rezu­rek­cyj­nej lud skła­dał księ­dzu pisan­ki, jaskra­wo bar­wio­ne, mówiąc: Chry­stos woskres; pop odpo­wia­dał i cało­wał oddaw­cę.

***

+++ Punk­tem kul­mi­na­cyj­nym uro­czy­sto­ści wiel­ka­noc­nych było świę­ce­nie jadła, po któ­rym zaczy­na­ła się weso­ła uczta, prze­cią­ga­ją­ca się dłu­go, otwar­ta dla wszyst­kich, jak­by jakieś ogól­ne świę­to rado­ści i zbra­ta­nia. Nabo­żeń­stwo w ten dzień było uro­czy­ste; w Wiel­ką Nie­dzie­lę “naj­po­dlej­szy idzie do kościo­ła szu­ja”, jak pisze Potoc­ki; przed­tem zaś czy potem ksiądz świę­cił jadło we dwo­rze, a we wsi obcho­dził cha­ty, albo też tyl­ko znie­sio­ne przez wło­ścian jadło razem świę­cił.

***

+++ Bywa­ły co do tego roz­ma­ite posta­no­wie­nia władz kościel­nych, ale zda­je się, że zwy­czaj był sil­niej­szy. Tak np. biskup płoc­ki Zału­ski w r. 1733 bar­dzo wyraź­nie usta­na­wia:
+++ Upo­wszech­nił się zwy­czaj świę­ce­nia pokar­mów w Wiel­ką Sobo­tę po domach, osób świec­kich, któ­ry, acz­kol­wiek sam w sobie poboż­ny i chwa­leb­ny, dla nad­użyć jed­nak cier­pia­ny być nie może. Pro­bosz­czo­wie w dniu tym po zło­że­niu Chry­stu­sa Pana w gro­bie zamiast poświę­cić ogień i wodę, słu­chać spo­wie­dzi itp., wszyst­ko to opu­ściw­szy, bie­ga­ją po wsiach i domach i czę­sto led­wie zdą­żą na jutrz­nię, a nie­kie­dy nie­zdol­ni są nawet do odpra­wie­nia Mszy św. ze zgor­sze­niem ludu i znie­wa­gą sta­nu duchow­ne­go. Dla­te­go też niech wyło­żą wier­nym, iż nie jest koniecz­no­ścią wszyst­kie pokar­my poświę­cać, lecz dosyć nie­któ­re z nich, choć­by tyl­ko sam chleb, a ten z łatwo­ścią może być przy­nie­sio­ny do drzwi kościel­nych i tam bło­go­sła­wio­ny. Z tym wszyst­kim, tam zwłasz­cza gdzie jest kil­ku księ­ży, moż­na się udać do domów osób zna­ko­mit­szych, szcze­gól­niej dobro­dzie­jów kościo­ła…
O świę­ce­niu pisze cha­rak­te­ry­stycz­nie Ozdo­ba
+++ Kościo­ła kato­lic­kie­go, wyda­na przez fran­cisz­ka­ni­na ks. Newe­ra­nie­go w r. 1739:
Świę­cą baran­ka, przy­po­mi­na­jąc praw­dzi­we­go Baran­ka Chry­stu­sa i Jego triumf, dla­te­go też zwy­czaj­nie cho­rą­giew­ki na pie­czo­nym baran­ku sta­wia­ją, świę­cą mię­si­wa, któ­re­go się Żydom poży­wać nie godzi­ło, na dowód, żeśmy przez Chry­stu­sa Pana z jarz­ma sta­re­go Zako­nu uwol­nie­ni i praw sta­ro­za­kon­nych, zaka­zu­ją­cych poży­wa­nia takie­go mię­si­wa, cho­wać nie powin­ni­śmy, świę­cą chrzan na znak tego, że gorz­kość Męki Jezu­so­wej tego dnia w sło­dycz się nam i radość zamie­ni­ła, i dla­te­go też przy tym masło świę­cą, któ­re zna­czy tę sło­dycz. Świę­cą na osta­tek i jaja, na dowód tego, że jako kokosz dwo­ja­ko niby kur­czę­ta rodzi, raz nio­sąc owoc, dru­gi raz go wysia­du­jąc, tak przez Chry­stu­sa dwa razy odro­dze­ni jeste­śmy.
+++ Jadło świą­tecz­ne było roz­ma­ite w róż­nych oko­li­cach i róż­nych sfe­rach, w każ­dym jed­nak razie win­no było być obfi­te. Prze­wa­ża­ły tu wędli­ny i cia­sta; w nie­któ­rych domach w ogó­le ognia w te dni nie roz­pa­la­no i jedy­nie zim­nym mię­si­wem się żywio­no.
+++ W wiel­ka­noc­ną nie­dzie­lę, gdzie, wygnaw­szy śle­dzie,
+++ Mię­si­wem wyście­ła­my boki przy obie­dzie,
+++ Nie warzy ani kucharz wie­cze­rzy dopie­ka:
+++ Bigo­sy zim­ne daje, sała­ty i mle­ka.
+++ Kola­cy­ją zowie­my taki stół bez dymu.
+++ Nie­zbęd­ne były tu zawsze jaja, naj­czę­ściej malo­wa­ne i cza­sem jesz­cze wzo­ra­mi ozdo­bio­ne; świę­co­nym jaj­kiem dzie­lo­no się naj­pierw wśród domow­ni­ków, potem z każ­dym przy­by­łym skła­da­jąc sobie wza­jem­nie życze­nia.
+++ Mają wszy­scy tego dnia – pisze Labo­ureur – baran­ka świę­co­ne­go na sto­le, sucho pie­czo­ne­go, z plac­ka­mi, peł­ny­mi sza­fra­nu i rodzyn­ków; kosz­tu­ją po tro­sze wszyst­kie­go, resz­tę zosta­wia­ją słu­żą­cym, po czym stół, jak zwy­kle, bywa zasta­wia­ny.
+++ Naj­czę­ściej jed­nak sta­wia­no na sto­le baran­ka wiel­ka­noc­ne­go, mister­nie wyro­bio­ne­go z masła. Z ciast na pierw­szym miej­scu sta­ły oka­za­łe baby wiel­ka­noc­ne; wró­żo­no cza­sem z ich wyglą­du.

***

+++ W ponie­dzia­łek wiel­ka­noc­ny oble­wa­no się wza­jem­nie wodą: czy­ni­li to zra­zu mło­dzień­cy w sto­sun­ku do dziew­cząt, następ­ne­go zaś dnia pan­ny oble­wa­ły kawa­le­rów. “Była to swa­wo­la powszech­na w całym kra­ju, tak mię­dzy pospól­stwem, jako też mię­dzy dys­tyn­go­wa­ny­mi”, pisze Kito­wicz; for­my tego dyn­gu­su były roz­ma­ite, od dys­kret­ne­go kro­pie­nia pach­ną­cą wodą aż do wyle­wa­nia całych wia­der na gło­wę ofia­ry, a nawet i wrzu­ca­nia do sta­wu czy rze­ki.
+++ Gdy się roz­swa­wo­li­ła kom­pa­nia – pisze dalej Kito­wicz – pano­wie i dwo­rza­nie, panie, pan­ny, nie cze­ka­jąc dnia swe­go, lali jed­ni dru­gich wszel­ki­mi stat­ka­mi, jakich dopaść mogli; haj­du­cy i loka­je dono­si­li cebra­mi wody, a kom­pa­nia dys­tyn­go­wa­na, czer­pa­jąc od nich, goni­ła się i oble­wa­ła od stóp do głów, tak iż wszy­scy zmo­cze­ni byli, jak­by wyszli z jakie­go poto­pu. Sto­ły, stoł­ki, kana­py, krze­sła, łóż­ka, wszyst­ko to było zmo­czo­ne, a pod­ło­gi jak sta­wy, wodą zala­ne. [… ] Naj­więk­sza była roz­kosz przy­dy­bać jaką damę w łóż­ku, to już ta nie­bo­ga musia­ła pły­wać w wodzie mię­dzy podusz­ka­mi i pie­rzy­na­mi, jak mię­dzy bał­wa­na­mi, przy­trzy­ma­na albo­wiem od sil­nych męż­czyzn, nie mogła się wyrwać z tego poto­pu, któ­re­go uni­ka­jąc, mia­ły w pamię­ci damy w ten dzień wsta­wać jak naj­ra­niej albo też dobrze zata­ra­so­wać poko­je sypial­ne.
Kobie­ty nie pozo­sta­wa­ły dłuż­ne i zazwy­czaj zma­wia­ły się w kil­ka, aby następ­nie sumien­nie wymo­czyć schwy­ta­ne­go męż­czy­znę. Nie zasta­na­wia­no się zazwy­czaj nad gene­zą tego zwy­cza­ju; jeden chy­ba ks. Bene­dykt Chmie­low­ski w Nowych Ate­nach ucze­nie wywo­dził począ­tek zwy­cza­ju od śmier­ci Wan­dy: “A że damy jej fron­cy­me­ru, za panią żału­jąc, wodą się pole­wa­ły co rok, stąd w Pol­sz­cze zwy­czaj pole­wa­nia się na Wiel­ka­noc wnie­sio­ny”.
+++ Oble­wa­nie wodą ucho­dzi­ło jed­nak za żart, na któ­ry moż­na było sobie pozwo­lić jedy­nie w sto­sun­ku do rów­nych.

***

+++ Poza tym jesz­cze były inne tra­dy­cyj­ne obcho­dy i zaba­wy; zna­na była kra­kow­ska Rękaw­ka, w cza­sie któ­rej pisan­ki z góry zrzu­ca­no gawie­dzi, któ­ra się o nie biła; mło­dzież obcho­dzi­ła gru­pa­mi domy, śpie­wa­jąc pie­śni o maiku i nowym lecie, obno­sząc zie­lo­ną gałąź, przy­stro­jo­ną wstąż­ka­mi i świe­ci­deł­ka­mi, gdzie indziej znów obwo­zi­ła kogu­ta, sztucz­nie z drze­wa wyro­bio­ne­go albo nawet i żywe­go, śpie­wa­jąc pie­śni wiel­ka­noc­ne. Zda­rza­ły się też i prze­bie­ra­nia, tak jak w cza­sie świąt god­nich czy zapust.
Jan Sta­ni­sław Bystroń, “Dzie­je oby­cza­jów
w daw­nej Pol­sce. Wiek XVIXVIII”, War­sza­wa 1976

wybrał Jaro­sław Sza­rek