Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Historia we wspomnieniach

Wyrzuty sumienia zagłuszone oklaskami

+++ Obrady w San Francisco bez przedstawicieli Polski - fot. „Dzieje pustego fotela…”Doświad­cze­nia II woj­ny świa­to­wej, któ­ra pochło­nę­ła naj­wię­cej w histo­rii ist­nień ludz­kich, skła­nia­ły do powo­ła­nia mię­dzy­na­ro­do­wej orga­ni­za­cji mają­cej stać na stra­ży poko­ju. Podob­nie jak po I woj­nie świa­to­wej powsta­ła Liga Naro­dów, teraz pod­czas obrad w San Fran­ci­sco, przez bli­sko dwa mie­sią­ce od kwiet­nia do czerw­ca 1945 roku, dys­ku­to­wa­no nad powo­ła­niem Orga­ni­za­cji Naro­dów Zjed­no­czo­nych. U jej pod­staw legło jed­nak pode­pta­nie ele­men­tar­nych praw do wol­no­ści i nie­pod­le­gło­ści m.in. Pol­ski i przy­zwo­le­nie na sowiec­ką domi­na­cję. W efek­cie, w następ­nych dzie­się­cio­le­ciach ONZ fak­tycz­nie sta­ła się pro­pa­gan­do­wym narzę­dziem ule­głym Moskwie. Poni­żej dru­ku­je­my frag­men­ty książ­ki, wyda­nej po raz pierw­szy na emi­gra­cji, „Dzie­je puste­go fote­la…”. Jej auto­rem jest pol­ski dzien­ni­karz, świa­dek obrad w San Fran­ci­sco – Alek­san­der Breg­man, któ­ry opi­sał, w jaki spo­sób potrak­to­wa­no na kon­fe­ren­cji Pol­skę – pań­stwo, któ­re jako pierw­sze sta­ło się ofia­rą Hitle­ra i Sta­li­na w 1939 roku. Pol­ska też jako pierw­sza sta­wi­ła opór i przez następ­ne pięć lat jej żoł­nie­rze wal­czy­li o nie­pod­le­głość na wie­lu fron­tach. Po woj­nie zosta­ła zdra­dzo­na przez alian­tów i na bli­sko pół wie­ku znie­wo­lo­na przez Zwią­zek Sowiec­ki.
+++ Atmos­fe­ra kra­ju i mia­sta, w któ­rym rzecz się odby­wa, udzie­la się każ­dej kon­fe­ren­cji mię­dzy­na­ro­do­wej. Dwie rze­czy two­rzą bowiem „kli­mat” moral­ny kon­fe­ren­cji: epo­ka, w któ­rej ma miej­sce, i oto­cze­nie, w któ­rym wypa­dło jej obra­do­wać.
+++ Epo­ka – jak już o tym była mowa – wywie­ra­ła wpływ jak naj­gor­szy. A oto­cze­nie? Jego wpływ był raczej mniej­szy, ale raczej też nie naj­lep­szy.
+++ Z San Fran­ci­sco nie jest dale­ko do Hol­ly­wo­od i nie­po­dob­na zaprze­czyć, że ta bli­skość wywar­ła pew­ne pięt­no na kon­fe­ren­cji. Sta­ła się ona pod wie­lo­ma wzglę­da­mi wido­wi­skiem dla mas i była reży­se­ro­wa­na i rekla­mo­wa­na według naj­lep­szych wzo­rów teatral­no-fil­mo­wych. A rezul­ta­tem było pogłę­bia­nie się nastro­ju sztucz­no­ści. Coraz bar­dziej wyczu­wa­ło się, że ta orga­ni­za­cja mię­dzy­na­ro­do­wa, któ­rą się tu budu­je, jest tyl­ko taką samą ułu­dą, jak śnież­ne szczy­ty makiet hol­ly­wo­odz­kic.
+++ Ple­nar­ne posie­dze­nia kon­fe­ren­cji odby­wa­ły się w gma­chu ope­ry. Fakt ten pod­kre­ślał jesz­cze teatral­ną atmos­fe­rę UNCIO, jak brzmia­ła urzę­do­wa nazwa kon­fe­ren­cji. W dniu otwar­cia każ­dy śpie­szył do ope­ry, tak jak­by na galo­wą pre­mie­rę. Jakiż kon­trast ist­niał mię­dzy wspa­nia­ły­mi mar­mu­ra­mi gma­chu ope­ry a ponu­rą nago­ścią Sali Refor­ma­cji w Gene­wie, gdzie odby­wa­ły się Zgro­ma­dze­nia Ligi!
+++ Sce­na zosta­ła wspa­nia­le ude­ko­ro­wa­na sztan­da­ra­mi poszcze­gól­nych Zjed­no­czo­nych Naro­dów umiesz­czo­ny­mi na tle nie­ska­zi­tel­nie błę­kit­ne­go nie­ba – oczy­wi­ście sztucz­ne­go. Przed posie­dze­niem, uro­czy­ście – według naj­lep­szych wzo­rów wiel­kiej rewii – weszli przed­sta­wi­cie­le ame­ry­kań­skich sił zbroj­nych, męż­czyź­ni i kobie­ty, by stwo­rzyć dla pre­zy­dium tło żywych posą­gów. Bra­ko­wa­ło nie­mal­że tyl­ko figlar­nych „girls”… Zanim roz­po­czę­ło się posie­dze­nie inau­gu­ra­cyj­ne, ukry­ta gdzieś orkie­stra gra­ła skocz­ne melo­die, jak np. „Wróć, wróć, mój naj­droż­szy”. Nie bra­kło też efek­tów świetl­nych. Na widow­ni miłe panien­ki roz­da­wa­ły nie żaden tam porzą­dek dzien­ny, lecz po pro­stu pięk­nie wydru­ko­wa­ny pro­gram, acz­kol­wiek bez foto­gra­fii głów­nych gwiazd.
+++ Jed­nym sło­wem mia­ło się wra­że­nie, że to teatral­ne przed­sta­wie­nie, a nie mię­dzy­na­ro­do­wa kon­fe­ren­cja. Psu­ło nie­co to wra­że­nie wej­ście Moło­to­wa z eskor­tą – czte­rech zbi­rów z NKWD, chro­nią­cych swe­go sze­fa w spo­sób bar­dzo osten­ta­cyj­ny i na ogół nie prak­ty­ko­wa­ny w teatrach Zacho­du…
+++ Sto­su­nek publicz­no­ści do dele­ga­tów też nosił pięt­no Hol­ly­wo­odu: trak­to­wa­no ich jak gwiaz­dy fil­mo­we. Cią­gle oto­cze­ni byli chma­rą zbie­ra­czy auto­gra­fów, pod­czas gdy apa­ra­ty fil­mo­we uwiecz­nia­ły każ­dy moment i epi­zod kon­fe­ren­cji. Było to wido­wi­sko dla mas, był to gigan­tycz­ny „show”. Jeże­li o Kon­gre­sie wie­deń­skim mówio­no, że tań­czył, to o kon­fe­ren­cji w San Fran­ci­sco nie moż­na powie­dzieć, że się bawi­ła. Raczej zaba­wiać mia­ła masy.
+++ Wszyst­ko to pogłę­bia­ło atmos­fe­rę sztucz­no­ści i fał­szu. Nie moż­na było od pierw­szej chwi­li oprzeć się wra­że­niu, że i ta orga­ni­za­cja, któ­rą tu mia­no wznieść, jest tyl­ko deko­ra­cją, za któ­rą zie­je pust­ka. Deko­ra­tor teatral­ny z Nowe­go Yor­ku Jo Miel­zi­ner bar­dzo pomy­sło­wo pousta­wiał na estra­dzie czte­ry zło­te fila­ry, mają­ce sym­bo­li­zo­wać czte­ry wol­no­ści pre­zy­den­ta Roose­vel­ta. Nie wszyst­ko jed­nak zło­to, co się świe­ci. Kolum­ny w środ­ku były puste, tak jak pusty był, na tle tra­ge­dii prze­ży­wa­nej przez set­ki milio­nów Euro­pej­czy­ków, fra­zes o czte­rech wol­no­ściach.
+++ Głów­nym wyda­rze­niem pierw­sze­go inau­gu­ra­cyj­ne­go posie­dze­nia była mowa powi­tal­na pre­zy­den­ta Tru­ma­na. Nowy pre­zy­dent nie pod­jął pla­nu Roose­vel­ta, któ­ry zamie­rzał oso­bi­ście otwo­rzyć kon­fe­ren­cję. Twier­dzo­no, że nie chce się anga­żo­wać, że uwa­ża kon­fe­ren­cję za „cudze dziec­ko” i że mu nie spiesz­no z adop­to­wa­niem pod­rzut­ka. Dla­te­go też pra­gnął odcze­kać, czy kon­fe­ren­cja uda się, czy też nie. Tym­cza­sem więc prze­mó­wił przez radio z Waszyng­to­nu. Tro­chę oso­bli­we to było wra­że­nie, gdy nie­wi­dzial­ny czło­wiek prze­ma­wiał do zgro­ma­dzo­nych w ope­rze dele­ga­tów.
+++ Gdy­by sło­wa mia­ły zna­cze­nie, to mowa Tru­ma­na była­by poważ­nym wyda­rze­niem. Sta­no­wi­ła ona mia­no­wi­cie wyraź­ny kon­trast z pro­jek­tem z Dum­bar­ton Oaks, któ­ry m.in. tym się wyróż­niał, że zapo­mnia­no w ogó­le wspo­mnieć w nim o… spra­wie­dli­wo­ści. Pre­zy­dent zaś aż sześć razy wypo­wie­dział to sło­wo, ba, okre­ślił spra­wie­dli­wość jako „naj­więk­szą siłę na świe­cie”. „Tyl­ko tej olbrzy­miej potę­dze goto­wi jeste­śmy pod­po­rząd­ko­wać się” – dodał Tru­man. Zale­d­wie trzy mie­sią­ce wcze­śniej jego poprzed­nik ugiął się przed cał­kiem inną siłą, gdy w Jał­cie kapi­tu­lo­wał wobec żądań rosyj­skich. Czyż­by Tru­man chciał napra­wić te akty nie­spra­wie­dli­wo­ści, jakich jego poprzed­nik doko­nał? Czy też były to jedy­nie sło­wa?
+++ „W ostat­nich latach – mówił dalej Tru­man, wyraź­nie pod adre­sem Rosji – nasi nie­przy­ja­cie­le jasno dowie­dli, do jakich kata­strof pro­wa­dzi zli­kwi­do­wa­nie wol­no­ści myśli… Na wiel­kich mocar­stwach cią­ży odpo­wie­dzial­ność za to, by słu­żyć, a nie domi­no­wać nad naro­da­mi świa­ta… Jeśli nadal uzna­wać będzie­my takie decy­zje (narzu­co­ne bom­ba­mi i bagne­ta­mi), to będzie­my musie­li przy­jąć filo­zo­fię naszych wro­gów, że siła jest pra­wem. Musi­my odwró­cić ten porzą­dek i raz na zawsze dowieść, że pra­wo ma siłę za sobą… Musi­my wznieść lep­szy świat, w któ­rym sza­no­wa­na była­by wie­czy­sta god­ność ludz­ka”.
+++ Ale choć pre­zy­dent dodał, że „sło­wa to za mało”, były to tyl­ko sło­wa. Dele­ga­ci wysłu­cha­li ich, pra­sa je wydru­ko­wa­ła. Póź­niej sło­wo „spra­wie­dli­wość” weszło nawet do Kar­ty. Sena­tor Yan­den­berg nie­ba­wem wyra­ził w związ­ku z odpo­wied­nią popraw­ką zado­wo­le­nie, że to sło­wo zosta­ło wypo­wie­dzia­ne. „Witam – powie­dział – pierw­sze poja­wie­nie się spra­wie­dli­wo­ści na tej kon­fe­ren­cji”. Ale spra­wie­dli­wość pozo­sta­ła do koń­ca nie­obec­na. Zja­wi­ło się tyl­ko sło­wo.
+++ Jak­że bowiem moż­na było mówić o spra­wie­dli­wo­ści, gdy Pol­ska była nie­obec­na? Gdy nawet wśród 45 sztan­da­rów nie było sztan­da­ru pol­skie­go – sztan­da­ru okry­te­go chwa­łą na dzie­siąt­kach pól bitew, bez któ­rych wygra­nia nie było­by w ogó­le tej kon­fe­ren­cji? Nie­spra­wie­dli­wość trium­fo­wa­ła zaiste na całej linii. (…)

***

+++ Więk­szość dele­ga­tów nie­wąt­pli­wie zda­wa­ła sobie spra­wę z krzyw­dy wyrzą­dza­nej zwłasz­cza Pol­sce. Zna­mien­ny był pod tym wzglę­dem incy­dent nastę­pu­ją­cy: Któ­rejś nie­dzie­li gmach Ope­ry na parę godzin powró­cił we wła­da­nie muzy­ki. Oto Artur Rubin­ste­in dawał dla dele­ga­tów kon­cert. Wiel­ki pia­ni­sta grał na estra­dzie, na któ­rej pozo­sta­wio­no fla­gi „Naro­dów Zjed­no­czo­nych”, oczy­wi­ście nadal bez fla­gi pol­skiej. Posta­no­wił urzą­dzić demon­stra­cję. Ode­grał zgod­nie ze zwy­cza­jem hymn ame­ry­kań­ski, po czym wstał i oznaj­mił: „W tej sali, w któ­rej two­rzy się histo­rię cywi­li­za­cji bez udzia­łu Pol­ski, ode­gram obec­nie mój hymn naro­do­wy – hymn pol­ski”. Wszy­scy wsta­li, a gdy Rubin­ste­in skoń­czył grać Mazur­ka Dąbrow­skie­go, sala zgo­to­wa­ła mu owa­cję, któ­ra zaćmi­ła okla­ski dla któ­re­go­kol­wiek z mów­ców. Nie­wąt­pli­wie w ten spo­sób mani­fe­sto­wa­ła ona swe uczu­cia wobec Pol­ski; okla­ska­mi pró­bo­wa­ła zagłu­szyć wyrzu­ty sumie­nia. Na nic wię­cej tych ludzi nie było stać. (…)

***

+++ Nad­szedł wresz­cie dzień pod­pi­sa­nia Kar­ty – 26 czerw­ca 1945 roku. Dwa dni tyl­ko dzie­li­ły go od rocz­ni­cy pod­pi­sa­nia Trak­ta­tu Wer­sal­skie­go i zawar­te­go w nim Pak­tu Ligi Naro­dów. 26 lat mija­ło od aktu w Gale­rii Luster w Wer­sa­lu i oto doko­ny­wa­ny był z kolei akt – nie tyl­ko nie ozna­cza­ją­cy postę­pu, lecz będą­cy poważ­nym kro­kiem wstecz.
+++ Uro­czy­stość odby­ła się iście po ame­ry­kań­sku, albo raczej w sty­lu Hol­ly­wo­od – jesz­cze bar­dziej niż uro­czy­stość otwar­cia. Przez sze­reg dni deko­ro­wa­no salę, w któ­rej mia­no skła­dać pod­pi­sy. By móc fil­mo­wać uro­czy­stość ze wszyst­kich stron – wznie­sio­no olbrzy­mie rusz­to­wa­nia. Pousta­wia­no potęż­ne reflek­to­ry. Każ­dy szcze­gół był dro­bia­zgo­wo wyre­ży­se­ro­wa­ny. Wszyst­ko było obli­czo­ne co do minu­ty. A uro­czy­stość trwa­ła osiem godzin. Na dany znak głów­ni człon­ko­wie poszcze­gól­nych dele­ga­cji usta­wie­ni za ścia­ną wkra­cza­li gęsie­go na salę, powo­li i z god­no­ścią pod­cho­dzi­li do sto­łu i zło­tym pió­rem pod­pi­sy­wa­li „histo­rycz­ny” doku­ment. Apa­ra­ty fil­mo­we i foto­gra­ficz­ne uwiecz­nia­ły oczy­wi­ście każ­dą chwi­lę owe­go „histo­rycz­ne­go” wyda­rze­nia. Pomię­dzy pod­pi­sa­mi dele­ga­tów Peru a zakrę­ta­sa­mi egzo­tycz­ne­go księ­cia Ara­bii Sau­dyj­skiej – pozo­sta­wio­no miej­sce na pod­pis Pol­ski. Odby­ło się to po cichu i wsty­dli­wie. Broń Boże nie wspo­mi­na­no imie­nia Pol­ski. Nie było też ani sło­wa o Pol­sce w dzie­się­ciu koń­co­wych prze­mó­wie­niach, jakie dele­ga­ci wypo­wie­dzie­li tego dnia, aby zachwy­cać się wła­snym dzie­łem. (…) San Fran­ci­sco sta­ło się dal­szym cią­giem Tehe­ra­nu i Jał­ty. Sta­no­wi­ło punkt szczy­to­wy poli­ty­ki kapi­tu­la­cji Zacho­du wobec impe­ria­li­zmu sowiec­kie­go. Z chwi­lą więc, gdy poli­ty­ka ta dobie­gła koń­ca – cała orga­ni­za­cja stwo­rzo­na w San Fran­ci­sco zna­la­zła się pod zna­kiem zapy­ta­nia. A nastą­pi­ło to w cią­gu nie­wie­lu mie­się­cy…
Alek­san­der Breg­man,
„Dzie­je puste­go fotela.Konferencja w San Fran­ci­scoi spra­wa pol­ska (1945–1946)”„Fronda”, War­sza­wa 2009

wybrał Jaro­sław Sza­rek