Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Ludzie

65 lat posługi ministranckiej

+++ Henryk Drozd całe życie oddał Kościołowi i rodziniePan Hen­ryk codzien­nie bie­rze udział w litur­gii Mszy św. w swo­jej para­fii rano albo wie­czo­rem. Peł­ni wte­dy wie­lo­ra­ką posłu­gę w świą­ty­ni: kościel­ne­go, mini­stran­ta i lek­to­ra. Jeśli są mło­dzi słu­żą­cy przy ołta­rzu, ustę­pu­je im miej­sca, bo prze­cież pra­gnie, by nigdy nie bra­ko­wa­ło w koście­le mini­stran­tów. Sam w tej posłu­dze reali­zu­je swo­je powo­ła­nie świec­kie­go apo­sto­ła już 65 lat!
+++ Para­fia­nie lubią, gdy Hen­ryk Drozd czy­ta Sło­wo Boże, bo on umie się wczuć w to, co chce nam powie­dzieć jego usta­mi sam Bóg. Ma wyraź­ny i bar­dzo prze­ko­nu­ją­cy głos, pra­gnie by jego wła­ści­wa into­na­cja pomo­gła w prze­ka­za­niu tak wiel­kich war­to­ści reli­gij­nych.
+++ – Popraw­nie czy­tać nauczy­łem się już w szko­le pod­sta­wo­wej, dosko­na­ląc tę sztu­kę w liceum – wspo­mi­na naj­star­szy lek­tor archi­die­ce­zji. – Ponad­to, przed Mszą świę­tą, na któ­rej mam czy­tać Lek­cję, bar­dzo sta­ran­nie przy­go­to­wu­ję się, wie­lo­krot­nie czy­ta­jąc te biblij­ne wer­se­ty. Wiem, że nawet tek­sty Pisma Świę­te­go tego same­go Auto­ra róż­nią się mię­dzy sobą, np. Listy Świę­te­go Paw­ła do Gala­tów lub Rzy­mian są bar­dzo trud­ne do czy­ta­nia, nato­miast zachwy­ca­ją swo­im pięk­nym, poetyc­kim i przy­stęp­nym języ­kiem Listy do Koryn­tian.
+++ Henryk Drozd jako lektorPan Hen­ryk mini­stran­tem został, będąc uczniem trze­ciej kla­sy szko­ły pod­sta­wo­wej. Było to 5 wrze­śnia 1946 roku w jego rodzin­nej para­fii w Sano­ku.
+++ – Uczy­łem się wte­dy mini­stran­tu­ry po łaci­nie z wyda­ne­go w USA „Moje­go nie­dziel­ne­go msza­li­ka” – opo­wia­da. – Od swe­go księ­dza kate­che­ty otrzy­ma­łem pisem­ną zgo­dę skie­ro­wa­ną do moje­go pro­bosz­cza para­fii far­nej Prze­mie­nie­nia Pań­skie­go, iż nada­ję się na mini­stran­ta. Było nas wte­dy wie­lu, bo aż 280 chłop­ców pra­gną­cych słu­żyć przy ołta­rzu. Nasz ksiądz pro­boszcz musiał wyzna­czać grup­ki mini­stranc­kie na poszcze­gól­ne Msze świę­te, bo każ­dy z nas chciał słu­żyć w cza­sie Naj­święt­szej Ofia­ry.
+++ – Potem los zawiódł Pana do Szcze­ci­na?
+++ – Jesie­nią 1957 roku zosta­łem wezwa­ny do odby­cia dwu­let­niej służ­by woj­sko­wej w Szcze­ci­nie, z któ­rym to mia­stem zwią­za­łem całe swo­je póź­niej­sze życie. Na Paster­kę tego same­go roku mie­li­śmy zbio­ro­we wyj­ście całej jed­nost­ki woj­sko­wej do nie­wiel­kie­go kościo­ła Trój­cy Świę­tej w Szcze­ci­nie. Uczest­ni­cy tej Litur­gii Bożo­na­ro­dze­nio­wej bar­dzo ucie­szy­li się z naszej obec­no­ści. Więk­szość przy­stą­pi­ła do Spo­wie­dzi i Komu­nii Świę­tej. Jesz­cze bar­dziej ucie­szył się nie­mło­dy już pro­boszcz, gdy mu powie­dzia­łem: „Jestem mini­stran­tem, chciał­bym słu­żyć pod­czas tej uro­czy­stej Mszy św. – Paster­ki”. Ksiądz nie krył zado­wo­le­nia. Słu­ży­łem przy ołta­rzu w żoł­nier­skim mun­du­rze, bez kom­ży. To zosta­ło pozy­tyw­nie dostrze­żo­ne przez moich kole­gów i prze­ło­żo­nych w bate­rii. Prze­nie­sio­no mnie do kan­ce­la­rii szta­bo­wej na sta­no­wi­sko pisa­rza. Nie bra­no mnie nawet na żad­ne ćwi­cze­nia ani na strzel­ni­cę. Wszyst­kie coty­go­dnio­we prze­pust­ki wyko­rzy­sty­wa­łem na peł­ne uczest­nic­two we Mszy świę­tej wraz ze słu­że­niem przy ołta­rzu. Bar­dzo bli­ska ser­cu memu była przy­tul­na i zachę­ca­ją­ca do modli­twy świą­ty­nia pod wezwa­niem Świę­tych Apo­sto­łów Pio­tra i Paw­ła w Szcze­ci­nie-Pod­ju­chach, gdzie wów­czas pro­bosz­czem był pio­nier ducho­wień­stwa zachod­nio­po­mor­skie­go ks. Wik­tor Szczę­sny, mają­cy obec­nie 97 lat życia.
+++ – W ubie­głym roku obcho­dził Pan Zło­ty Jubi­le­usz Mał­żeń­ski?
+++ – Oże­ni­łem się z Geno­we­fą w stycz­niu 1960 roku. Jeste­śmy rodzi­ca­mi dwóch synów i jed­nej cór­ki. Docze­ka­li­śmy sze­ścior­ga wnu­cząt. Przez ponad 30 lat pra­co­wa­łem w róż­nych przed­się­bior­stwach Szcze­ci­na, ale naj­dłu­żej w nie­ist­nie­ją­cym już Wiskor­dzie. Nigdy nie zaprze­sta­łem swej posłu­gi mini­stranc­kiej w cza­sie Mszy świę­tej, a tak­że pod­czas innych nabo­żeństw i reli­gij­nych uro­czy­sto­ści. Dzię­ki mini­stran­tu­rze umoc­ni­łem swo­ją wia­rę, sta­łem się lep­szym kato­li­kiem, mężem, ojcem, dziad­kiem, kole­gą, pra­cow­ni­kiem, dzia­ła­czem spo­łecz­nym. Dzię­ki posłu­dze mini­stran­ta lepiej pozna­łem treść Pisma Świę­te­go, sta­jąc się jego publicz­nym lek­to­rem. Mło­dym mini­stran­tom wyja­śniam nie­zwy­kłą misję słu­że­nia przy ołta­rzu, gdy na nim odby­wa się Bez­kr­wa­wa Ofia­ra. Waż­ne, by rów­nież cele­brans doko­ny­wał tej Ofia­ry z naj­wyż­szą czcią i czy­tel­ną god­no­ścią, bo prze­cież nie ma nic waż­niej­sze­go w Koście­le niż Msza świę­ta, w cza­sie któ­rej doko­nu­je się cud PRZEISTOCZENIA. Dla­te­go posta­wa mini­stran­tów i lek­to­rów pod­czas Eucha­ry­stii musi być wzo­ro­wa: wzrok i cała uwa­ga muszą być skie­ro­wa­ne na ołtarz, gdzie powta­rza się Ofia­ra Krzy­żo­wa Jezu­sa Chry­stu­sa.
+++ Pan Henryk codziennie jest w kościele – Pana reli­gij­ne zaan­ga­żo­wa­nie nie ogra­ni­cza się tyl­ko do mini­stran­tu­ry?
+++ – Jestem zela­to­rem Róży Męskiej oraz głów­nym nad ośmio­ma koła­mi Różań­ca Świę­te­go w para­fii Świę­te­go Ducha w Szcze­ci­nie oraz zela­to­rem Stra­ży Hono­ro­wej Naj­święt­sze­go Ser­ca Pana Jezu­sa. Tak­że człon­kiem Rady Para­fial­nej. A ponad­to od 19 lat kie­ru­ję kołem Pol­skie­go Związ­ku Nie­wi­do­mych Szcze­ci­na, sam będąc inwa­li­dą wzro­ku pierw­szej gru­py.
+++ – Mając tak licz­ne obo­wiąz­ki spo­łecz­ne nie zanie­dbu­je Pan swo­jej naj­bliż­szej rodzi­ny?
+++ – Wręcz odwrot­nie: ta wie­lo­ra­ka posłu­ga na rzecz innych codzien­nie umac­nia­na Cia­łem Chry­stu­sa w cza­sie Mszy świę­tej daje mi siły, by jesz­cze usłu­żyć swo­jej prze­wle­kle cho­rej żonie, któ­rej muszę ugo­to­wać posił­ki, podać leki, sta­ram się też dzie­lić się z nią pro­ble­ma­mi każ­de­go dnia, w cza­sie wspól­nej kawy. Wspie­ra mnie w tym zamiesz­ka­ła z nami cór­ka z zię­ciem i wnu­ka­mi. Jeste­śmy wie­lo­po­ko­le­nio­wą rodzi­ną, wza­jem­nie sobie poma­ga­ją­cą.
+++ – Czy są jakieś marze­nia, któ­re się w tak odda­nym Bogu i ludziom życiu nie speł­ni­ły?
+++ – Będąc żona­tym marzy­łem, aby zostać sta­łym dia­ko­nem, jak to jest moż­li­we we Fran­cji czy choć­by w nie­któ­rych die­ce­zjach połu­dnio­wej Pol­ski. Z moich pra­gnień nic nie wyszło, a taka posłu­ga przy­da­ła­by się w naszej archi­die­ce­zji, gdzie bra­ku­je księ­ży. Nie zre­ali­zo­wa­ło się też inne moje marze­nie – nad­zwy­czaj­ne­go sza­fa­rza Komu­nii świę­tej, bo oka­za­ło się, że jestem już w wie­ku eme­ry­tal­nym. A prze­cież cho­rzy cier­pią­cy, pozo­sta­ją­cy w swo­ich miesz­ka­niach czy domach, pra­gną czę­ściej niż raz w mie­sią­cu przyj­mo­wać Cia­ło Chry­stu­sa, by sie­bie wzmac­niać ducho­wo i fizycz­nie. Jestem jed­nak wdzięcz­ny Bogu, iż tak pokie­ro­wał moim życiem, że czu­ję się w nim bar­dzo potrzeb­ny bliź­nim. Dewi­zą moje­go życia są sło­wa: „Chcieć to móc”, bo kto napraw­dę chce czy­nić dobrze, to nie­wąt­pli­wie może to robić przy wspar­ciu Jezu­sa Chry­stu­sa, dla któ­re­go nie ma rze­czy nie­moż­li­wych.

Roz­ma­wiał i foto­gra­fo­wał Bog­dan Nowak