Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Historia we wspomnieniach

Śmierć przechadzała się między czerwonymi makami

fot. arch.Bóg dał zwy­cię­stwo. Cho­rą­giew pol­ska zosta­ła wywie­szo­na o godz. 10.30 dnia 18 maja br. na ruinach klasz­to­ru Mon­te Cas­si­no” – depe­szo­wał dowód­ca II Kor­pu­su, gen. Wła­dy­sław Anders do Naczel­ne­go Wodza, gen. Kazi­mie­rza Sosn­kow­skie­go. 18 maja 1944 roku, po cięż­kich wal­kach, pol­skie oddzia­ły zdo­by­ły klasz­tor na Mon­te Cas­si­no, poło­żo­nym na stra­te­gicz­nym wzgó­rzu we Wło­szech. Zwy­cię­stwo przy­nio­sło jed­nak pol­skim żoł­nie­rzom zasłu­żo­ną chwa­łę, wpły­nę­ło tak­że bar­dzo budu­ją­co na nie­pod­le­gło­ścio­we nastro­je w kra­ju. Uwiecz­ni­ła je rów­nież jed­na z naj­słyn­niej­szych pol­skich pie­śni wojen­nych – „Czer­wo­ne maki na Mon­te Cas­si­no” Felik­sa Konar­skie­go „Ref-Rena”. Poni­żej publi­ku­je­my frag­ment (str. 256–261) książ­ki słyn­ne­go domi­ni­ka­ni­na śp. gen. bry­ga­dy Fran­cisz­ka Stu­dziń­skie­go OP „Wspo­mnie­nia kape­la­na Puł­ku 4 Pan­cer­ne­go Skor­pion spod Mon­te Cas­si­no”, Kra­ków, 1998.

+++ U wylo­tu nasze­go schro­nu dłu­go nie­raz trwa­ły w nocy, roz­po­czy­na­ne raz po raz na nowo, roz­mo­wy z róż­ny­mi prze­cho­dzą­cy­mi tędy żoł­nie­rza­mi na temat co się dzie­je, ale prze­waż­nie były to ciche szep­ty, sygna­li­zu­ją­ce nad­lot nowych poci­sków w cza­sie ostrze­li­wa­nia. Nie­raz te szep­ty cichły, bo poci­ski pada­ły bez­po­śred­nio naoko­ło nas i wte­dy raz wraz dzwo­ni­ły po ścia­nach nasze­go schro­nu – czoł­gu; odłam­ki, kamie­nie i gru­dy wyrzu­ca­ne z ogrom­nych lejów, two­rzo­nych w twar­dym grun­cie przez poci­ski. Każ­de takie ude­rze­nie w czołg podob­ne było do ude­rze­nia mło­ta w szta­bę, wiszą­cą za uchem, co aż prze­szy­wa­ło czło­wie­ka.
+++ Nocą ostrze­li­wa­no nas z cięż­kich dział, poci­ska­mi z opóź­nio­ny­mi zapal­ni­ka­mi, ponie­waż wte­dy poci­ski te mia­ły więk­szą prze­bi­jal­ność. Wobec tego nie cał­kiem bez­piecz­nie czu­li­śmy się w naszym schro­nie pod czoł­giem, bo ist­nia­ła oba­wa, że jed­nak tego rodza­ju poci­ski, o ile by się nie roz­bi­ły na samym moście umiesz­czo­nym nad czoł­giem, to mogły­by prze­bić dno czoł­gu, któ­re było sto­sun­ko­wo nie gru­be i wte­dy, nic by z nas nie pozo­sta­ło.

***

+++ Raz, pod­czas takie­go ostrze­li­wa­nia i takiej ciszy w schro­nie, począ­łem dozna­wać więk­sze­go niż zwy­kle pode­ner­wo­wa­nia. Zda­wa­ło mi się, że jakieś przej­mu­ją­ce zim­no prze­pły­wa to do nóg, to znów do gło­wy w spo­sób odczu­wal­ny, wędru­jąc po cie­le bez prze­rwy, tam i z powro­tem.
+++ Usi­ło­wa­łem ten stan prze­rwać przez prze­ko­ny­wa­nie same­go sie­bie, że nie powi­nie­nem się bać, że strach mi jako księ­dzu nie przy­stoi i że powi­nie­nem być opa­no­wa­ny itd. Począ­łem się w tym celu modlić, aby się uspo­ko­ić. Uczu­cia jed­nak stra­chu, któ­re moż­na by porów­nać do uczu­cia prze­mar­z­nię­cia, kie­dy to nie może­my opa­no­wać pew­nych drga­wek – choć nie powięk­sza­ło się, ale też nie ustę­po­wa­ło – wobec cią­głych wybu­chów i dzwo­nie­nia odłam­ków o pan­cerz czoł­gu.
+++ Ponie­waż wyda­wa­ło mi się wte­dy, że tego rodza­ju obja­wy stra­chu prze­ży­wa­ją ludzie z tak zwa­nej inte­li­gen­cji, bar­dziej wyde­li­ka­ce­ni, ale nie ludzie pro­ści, wię­cej zahar­to­wa­ni przez róż­ne­go rodza­ju tru­dy fizycz­ne. Zatem zwy­kli żoł­nie­rze tego stra­chu nie odczu­wa­ją. Aby się o tym prze­ko­nać przy­tu­li­łem się moc­niej do obok mnie leżą­ce­go żoł­nie­rza, i o dzi­wo stwier­dzi­łem, że bie­dak cały drży, aż się cały rusza. A więc musi on odczu­wać coś wię­cej niż zim­no, któ­re­go ja doświad­cza­łem, jeże­li strach go aż tak roz­trząsł. Zamiast współ­czu­cia dla bie­da­ka, odczu­łem jakąś wewnętrz­ną satys­fak­cję dla mej próż­no­ści, że ze mną nie jest zno­wu aż tak źle, jeże­li ja lepiej od nie­go się trzy­mam.
+++ To mnie uspo­ko­iło – i z miej­sca zasną­łem, gdyż byłem napraw­dę zmę­czo­ny. Przez sen tyl­ko sły­sza­łem jak dłu­go jesz­cze roz­le­ga­ły się wybu­chy poci­sków nie­miec­kich, któ­re w nocy wywo­ły­wa­ły wśród gór potęż­ne echo.

***

+++ Pra­ca na punk­cie sani­tar­nym była dobrze zor­ga­ni­zo­wa­na i jed­ne­go pra­gnę­li­śmy: szyb­kie­go zwy­cię­stwa, bo wszy­scy bar­dzo odczu­wa­li­śmy cię­żar chwi­li. Był wpraw­dzie spo­sób do doda­nia sobie ducha, gdyż każ­de­go dnia wydzie­la­no żoł­nie­rzo­wi dużą por­cję rumu dla ani­mu­szu, ale ja rezy­gno­wa­łem z nie­go uwa­ża­jąc, że księ­dzu nie moż­na w tak waż­nym momen­cie przy­go­to­wy­wa­nia ludzi na śmierć być pod wpły­wem, choć­by nie­du­żym alko­ho­lu – nawet gdy­by cho­dzi­ło o łatwiej­sze opa­no­wa­nie ner­wów. Nie piłem więc rumu, choć widzia­łem na przy­kła­dzie leka­rza, że to może dodać czło­wie­ko­wi wie­le odwa­gi, któ­rej ist­nia­ła potrze­ba. Nie moż­na prze­cież było przez cały czas sie­dzieć w schro­nie, choć takich chwil mało było zarów­no w dzień, jak i w nocy.
+++ W takiej sytu­acji czas sza­le­nie się dłu­żył, a pra­gnie­nie zakoń­cze­nia wszyst­kie­go, pra­gnie­nie szyb­kie­go zwy­cię­stwa, było ogrom­ne. Żyło się nim. Prze­cież to by dało owe wytchnie­nie, któ­re­go potrze­bę tak się odczu­wa­ło. Czło­wiek w tym wypad­ku jakoś by się pozbie­rał i doszedł do sie­bie. Prze­brał­by się w czy­stą bie­li­znę, a przede wszyst­kim zdjął­by spo­koj­nie z nóg buty, któ­rych przez cały czas nie spo­sób było zdej­mo­wać, bo sta­le trze­ba było być goto­wym na wszyst­ko. Z tego powo­du przez cały czas bitwy pod Mon­te Cas­si­no tyl­ko dwa razy zdją­łem buty i to na krót­ko, by nogi prze­wie­trzyć, bo już wytrzy­mać nie mogłem i zda­wa­ło mi się, że cho­dzę po szpil­kach. Cze­ka­ło się więc z upra­gnie­niem koń­ca bitwy i jako ogrom­ny zawód prze­ży­wa­ło się wia­do­mo­ści z fron­tu, któ­re o tym nie mówi­ły. Gdy więc, 18 maja rano, przy­szła wia­do­mość, że mamy postą­pić do przo­du, prze­nieść się z punk­tem sani­tar­nym bli­żej klasz­to­ru, któ­ry jako­by miał być wzię­ty, zapa­no­wa­ła napraw­dę wiel­ka radość, bo tym razem nie było wąt­pli­wo­ści, że jeste­śmy bli­żej koń­ca.
+++ Radość ta doszła do szczy­tu, gdy wkrót­ce potem, gdy byli­śmy już pod Gar­dzie­lą, przy­szło potwier­dze­nie wia­do­mo­ści o wzię­ciu klasz­to­ru. Nie chcia­ło się po pro­stu wie­rzyć, że już koniec tego wszyst­kie­go, co było. Obli­cza wszyst­kich tak czę­sto dotąd przy­gnę­bio­ne, roz­po­go­dzi­ły się. We wszyst­kich wstą­pi­ło nowe życie. Już napo­tka­ny żoł­nierz nie pytał mnie: „Kape­la­nie, kie­dy to się skoń­czy?”.

***

+++ W Gar­dzie­li, tylo­krot­nie wymie­nia­nej w dzien­nych bojo­wych roz­ka­zach, w któ­rą tyle krwi pol­skiej wsią­kło, zwłasz­cza bied­nych sape­rów, któ­rzy za wszel­ką cenę sta­ra­li się ją roz­mi­no­wać, aby uła­twić przej­ście czoł­gom i któ­ra tak zaja­dle się bro­ni­ła nie tyl­ko mina­mi ale i ogniem kara­bi­nów maszy­no­wych z wła­snych sta­no­wisk i z Mass Alba­net­ty, stał spa­lo­ny czołg śp. por. Ludo­mi­ra Bia­łec­kie­go. Jemu to, w loso­wa­niu z ppor. Kocha­now­skim, przy­pa­dło to przej­ście przez Gar­dziel, o któ­rym wia­do­mo było, że jest zami­no­wa­ne i że ten, któ­ry pierw­szy poku­si się je sfor­so­wać, będzie musiał pra­wie że na pew­no wyle­cieć w powie­trze. Przy­pusz­cze­nie to speł­ni­ło się. Teraz stał jego spa­lo­ny czołg, a obok nie­go leża­ła wie­ża, któ­ra choć waży 9 ton, zosta­ła przez wewnętrz­ny wybuch amu­ni­cji zdmuch­nię­ta z nasa­dy czoł­gu. Spa­da­jąc z nie­go wbi­ła się ona swą lufą głę­bo­ko w zie­mię. Wybuch ten był następ­stwem zapa­le­nia się amu­ni­cji czoł­go­wej, jaki nastą­pił wsku­tek wstrzą­su po naje­cha­niu przez czołg na miny, poukła­da­ne tutaj przez Niem­ców jed­na na dru­giej, dla zwięk­sze­nia ich siły wybu­chu.
+++ Zało­ga czoł­gu cała nie zgi­nę­ła na miej­scu, bo amu­ni­cja czoł­gu, skła­da­ją­ca się głów­nie w takim wypad­ku z 150 poci­sków arty­le­ryj­skich, nie wybu­chła rów­no­cze­śnie z wybu­chem min, lecz nie­co póź­niej. Mogli więc jesz­cze nie­któ­rzy, ale już paląc się, wysko­czyć z czoł­gu. Uczy­ni­li to, z pię­cio­oso­bo­wej zało­gi czoł­gu: ppor. Ludo­mir Bia­łec­ki – dowód­ca czoł­gu i plut. Józef Nic­kow­ski – jego kie­row­ca, któ­rzy byli naj­bli­żej wła­zów czoł­gu. Ale i oni pomar­li. Pierw­szy zna­lazł śmierć w zaro­śnię­tym tar­ni­ną rowie, odle­głym od czoł­gu jakieś 100–150 metrów, a dru­gi skoń­czył życie po 8 dniach, w strasz­nych męczar­niach, w szpi­ta­lu. Wycią­gnię­ty los był więc praw­dzi­wy, choć fatal­ny. Naoko­ło czoł­gu było aż czar­no od spa­le­ni­zny. Wszę­dzie wala­ło się peł­no odłam­ków z amu­ni­cji.
+++ Kie­dy w dru­gą rocz­ni­cę zwy­cię­stwa pod Mon­te Cas­si­no pobie­ra­no w Gar­dzie­li, nie­da­le­ko spa­lo­ne­go czoł­gu śp. por. Bia­łec­kie­go, do urn zie­mię, któ­rą od razu poświę­ci­łem, a któ­ra mia­ła być prze­wie­zio­na do Pol­ski, to wte­dy przy wsy­py­wa­niu zie­mi do urn, urny aż dźwię­cza­ły, tyle odłam­ków wraz z zie­mią do urn wpa­da­ło, bo tyle ich wszę­dzie w Gar­dzie­li leża­ło.

***

+++ Za Gar­dzie­lą teren się roz­sze­rzał. Cały pokry­ty był czer­wo­ny­mi maka­mi, któ­rych wszę­dzie było peł­no. Gęsto sku­pio­ne leje po wybu­chach poci­sków armat­nich i moź­dzie­rzo­wych, i porzu­co­ne wra­ki czoł­gów ame­ry­kań­skich, przy któ­rych jesz­cze leża­ły czar­ne tru­py ich spa­lo­nych załóg, świad­czy­ły, że po tej pięk­nej łącz­ce pło­ną­cej w tej chwi­li czer­wie­nią maków, prze­cha­dza­ła się śmierć i po swo­je­mu nisz­czy­ła życie. Czer­wo­ne maki w takiej sytu­acji były jakimś ana­chro­ni­zmem – albo nie­od­par­tym woła­niem życia, któ­re wszyst­ko prze­zwy­cię­ża, podob­nie jak ten śpiew po krza­kach na wzgó­rzach Mon­te Cas­si­no roz­licz­nych sło­wi­ków, któ­ry aż draż­nił czło­wie­ka, gdyż był nie w porę, nie­od­po­wied­ni do ogól­ne­go nastro­ju, jak­by zgrzy­tem w melo­dii woj­ny, któ­ra od rado­ści ucie­ka bo kar­mi się lękiem, roz­dzie­ra­ją­cym woła­niem ran­ne­go o pomoc i syci się śmier­cią. I podob­nie jak sło­wi­ki, któ­re prze­ry­wa­ły swo­ją pieśń życia tyl­ko na chwi­lę, gdy w bez­po­śred­niej bli­sko­ści od nich padł w krza­ki pocisk, ale zaraz potem, zra­zu nie­śmia­ło, jak­by na pró­bę pocmo­ku­jąc, zno­wu nuci­ły ją z tym więk­szą siłą na nowo, tak i maki, gdzie tyl­ko mogły tam rosły, wal­cząc o swo­je pra­wo do życia na każ­dej pię­dzi zie­mi, mimo że czło­wiek je dep­tał, nie zwra­cał na nie uwa­gi i wyry­wał z korze­nia­mi przez swo­je poci­ski.

Fran­ci­szek Stu­dziń­ski OP, „Wspo­mnie­nia kape­la­na­Puł­ku 4 Pan­cer­ne­go »Skor­pion« spod Mon­te Cassino”,Kraków, 1998
wybrał Jaro­sław Sza­rek