Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Wędrówki po Kresach

+++ Pozostał tylko cmentarz

+++ Ks. Antoni Andruszczyszyn – pierwszy proboszcz odrodzonej parafii w BerezdowieMię­dzy Sła­wu­tą a Kor­cem leży Berez­dów, duża wieś, liczą­ca 1250 osób. Prze­pły­wa przez nią rzecz­ka Sie­czan­ka. Cho­dząc po uli­cach tej zanie­dba­nej osa­dy aż trud­no uwie­rzyć, że jesz­cze w XIX w. była ona mia­stecz­kiem i czymś w rodza­ju sto­li­cy pol­skie­go mini­re­gio­nu, zło­żo­ne­go z kil­ku­na­stu pol­skich wsi. Wszyst­kie nale­ża­ły do para­fii w Berez­do­wie. Było ich w sumie kil­ka­na­ście. Rejon berez­dow­ski, jako typo­wo pol­ski, znikł z mapy po I woj­nie świa­to­wej wsku­tek aresz­to­wań, wywó­zek i mor­dów. Obec­nie po Pola­kach pozo­stał tyl­ko cmen­tarz. W całej para­fii miesz­ka zale­d­wie dwie­ście osób. Nie­wie­le, jeśli się zwa­ży, że do para­fii nale­ży 25 wsi. Jesz­cze w 1944 r. we wsi stał budy­nek kościo­ła, któ­ry zamknię­ty został po II woj­nie świa­to­wej i osta­tecz­nie prze­ro­bio­ny na klub. W 1994 r. dyrek­tor miej­sco­we­go koł­cho­zu posta­no­wił go roze­brać. Ofi­cjal­nie pod pozo­rem, iż gro­ził zawa­le­niem. De fac­to miej­sco­we wła­dze oba­wia­ły się, że miej­sco­wi Pola­cy, mobi­li­zo­wa­ni przez sła­wuc­kie­go pro­bosz­cza Anto­nie­go Andrusz­czy­szy­na, będą chcie­li kościół odzy­skać i wyre­mon­to­wać. Sądzi­ły one rów­nież, że wier­ni będą chcie­li odzy­skać wie­ko­wy muro­wa­ny dom para­fial­ny, któ­ry szczę­śli­wym zbie­giem oko­licz­no­ści prze­trwał do cza­sów współ­cze­snych. Do rewo­lu­cji bol­sze­wic­kiej peł­nił on rolę ple­ba­nii i szkół­ki nie­dziel­nej. Miej­sco­wi księ­ża w okre­sie waka­cji orga­ni­zo­wa­li w nim sta­cjo­nar­ne kur­sy kate­che­tycz­ne dla oko­licz­nej mło­dzie­ży, któ­ra w roku szkol­nym nie mogła z powo­du odle­gło­ści dojeż­dżać na lek­cje reli­gii. Berez­dow­scy urzęd­ni­cy bali się, że jeśli tutej­si Pola­cy odzy­ska­ją kościół oraz ple­ba­nię, to na miej­scu zamiesz­ka kapłan, a pol­skość, któ­ra tu zawsze koja­rzy­ła się z kato­li­cy­zmem zacznie się odra­dzać. Miej­sco­wa Rada Wiej­ska nie chcia­ła do tego dopu­ścić. W Berez­do­wie żywioł pol­ski został juz ofi­cjal­nie usu­nię­ty. Według rela­cji tutej­szych miesz­kań­ców oczysz­cza­nie z Pola­ków zaczę­ło się w 1935 r. Wte­dy to pierw­szych Pola­ków z Bre­rez­do­wa i oko­lic depor­to­wa­no na Wschod­nią Ukra­inę. Mie­li na nowo zalud­niać wsie wymar­łe w cza­sie Wiel­kie­go Gło­du w rejo­nie Don­ba­su i Zapo­ro­ża. W latach 1936 i 1937 kon­ty­nu­owa­no wywóz­kę Pola­ków z oko­lic Berez­do­wa do Kazach­sta­nu. W 1937 r. nastą­pi­ło apo­geum prze­śla­do­wań tutej­szych Pola­ków. Naj­bar­dziej aktyw­ni zosta­li aresz­to­wa­ni i wymor­do­wa­ni.
+++ Kościół w Berez­do­wie zamknię­to w 1937 r. Wła­dze sowiec­kie urzą­dzi­ły w nim maga­zyn. Ksiądz, któ­ry go obsłu­gi­wał, uciekł i nie uda­ło się go aresz­to­wać. Ukry­wał się wśród ludzi i w pry­wat­nych domach odpra­wiał nabo­żeń­stwa. Duże zale­sie­nie tere­nu i zwar­tość sku­pisk pol­skich spra­wia­ło, że GPU, a póź­niej NKWD nie potra­fi­ły go wytro­pić.
+++ Wraz z roz­po­czę­ciem nisz­cze­nia pol­skie­go ele­men­tu wła­dze sowiec­kie zamknę­ły pol­skie szko­ły i roz­po­czę­ły przy­spie­szo­ną ukra­ini­za­cję wszyst­kich Pola­ków miesz­ka­ją­cych w rejo­nie Berez­do­wa. Osie­dla­ły też na tych tere­nach Ukra­iń­ców. Po wybu­chu woj­ny nie­miec­ko-sowiec­kiej Pola­kom uda­ło się odzy­skać kościół. Nie­ste­ty nie na dłu­go. Ukra­iń­cy, któ­rzy nie mie­li swo­jej cer­kwi w Berez­do­wie, bo nigdy w nim nie miesz­ka­li, ode­bra­li świą­ty­nię siłą. Mie­li popar­cie nie­miec­kiej admi­ni­stra­cji i Pola­cy nie mogli nic zro­bić.
+++ Po II woj­nie świa­to­wej Pola­cy, któ­rym uda­ło się prze­trwać wszyst­kie nawał­ni­ce, byli ska­za­ni na życie w koł­cho­zie. W wie­lu wsiach powsta­ły kato­lic­kie wspól­no­ty, zbie­ra­jąc się na modli­twie w pry­wat­nych domach. Jeź­dzi­li też do Połon­ne­go, w któ­rym był czyn­ny kościół. Gdy w Sła­wu­cie zaczę­ła się odra­dzać para­fia, sku­pio­na wokół nie­wiel­kiej kaplicz­ki, berez­do­wia­cy zwią­za­li się z nią, co było o tyle natu­ral­ne, że w cza­sach sowiec­kich Berez­dów został włą­czo­ny do rejo­nu sła­wuc­kie­go.
+++ Kaplica na cmentarzuGdy pro­bosz­czem w Sła­wu­cie został ks. Anto­ni Andrusz­czy­szyn, mógł do nich zacząć ofi­cjal­nie dojeż­dżać i odpra­wiać Msze św. w domach pry­wat­nych. Kie­dy jego następ­cą w Sła­wu­cie został ks. Jan Szań­ca, w Berez­do­wie zbu­do­wa­no na cmen­ta­rzu kaplicz­kę, w któ­rej co nie­dzie­lę jest odpra­wia­na Msza św. Jed­ną z jej uczest­ni­czek jest Euge­nia Bro­nicz, któ­rej rodzi­na zesła­na do Kazach­sta­nu wró­ci­ła do Berez­do­wa w 1948 r.Szkoła w Berezdowie Ona uro­dzi­ła się w Berez­do­wie w 1925 r. W tutej­szym koście­le zosta­ła ochrzczo­na i pamię­ta, że w każ­dą nie­dzie­lę szła na Mszę św. z całą rodzi­ną W jej domu roz­ma­wia­no tyl­ko po pol­sku. Ona sama zdą­ży­ła jesz­cze uczęsz­czać przez dwa lata do pol­skiej szko­ły. Wię­cej szczę­ścia miał jej naj­star­szy brat, któ­ry zdo­łał ukoń­czyć w Sła­wu­cie sie­dem klas pol­skiej szko­ły. W 1936 r. całą rodzi­nę, skła­da­ją­cą się z rodzi­ców i czwor­ga dzie­ci, wywie­zio­no do Kazach­sta­nu.
+++ – Przy­wie­zio­no nas do „tocz­ki” Czer­ni­chow­ka – wspo­mi­na pani Euge­nia. – Był to goły step. Nie było tu nic nie­zbęd­ne­go do życia. Nawet stud­ni z wodą. Woj­sko roz­sta­wi­ło namio­ty, w któ­rych począt­ko­wo zamiesz­ka­li­śmy. Potem zaczę­li­śmy kopać zie­mian­ki, skła­da­ją­ce się z dwóch dużych pomiesz­czeń. W każ­dym zamiesz­ka­ła jed­na rodzi­na. W tym miejscu był kościółWywier­co­no stud­nię i nie musie­li­śmy pić obrzy­dli­wej sło­nej wody. Otwar­to też sklep, w któ­rym moż­na było kupić coś do jedze­nia. W 1948 r. komen­dant udzie­lił ojcu pozwo­le­nia, na powrót z rodzi­ną na Ukra­inę. Musiał jed­nak zosta­wić cały doby­tek. Nie mógł nicze­go zabrać. Ojciec się jed­nak nie ocią­gał. Spa­ko­wa­li­śmy pod­ręcz­ny bagaż i przy­je­cha­li­śmy w rodzin­ne stro­ny. Tu oczy­wi­ście nikt na nas nie cze­kał. W naszym domu miesz­kał ktoś inny. Przy­ję­ła nas pod swój dach sąsiad­ka. Ojciec cho­dził do władz, pro­sił o przy­dział jakie­goś domu. Powie­dzia­no mu, że jeśli zapła­ci 50 tys. rubli, to mu przy­dzie­lą dom. On oczy­wi­ście nie miał takiej kwo­ty. Osta­tecz­nie uda­ło mu się dostać pra­cę w koł­cho­zie jako bry­ga­dzi­sta. W związ­ku z tym otrzy­ma­li­śmy cha­łu­pę. Oka­za­ło się jed­nak, że nale­ża­ła ona tak­że do zesła­ne­go Pola­ka, któ­ry rów­nież wró­cił i zażą­dał zwro­tu budyn­ku. Ojciec nie musiał tego robić, ale oświad­czył, że zwró­ci budy­nek, bo nie potrze­bu­je cudzej wła­sno­ści. Zazna­czył jed­nak, że zro­bi to, jak tyl­ko zbu­du­je wła­sny dom. Koł­choz przy­dzie­lił mu dział­kę, na któ­rej wzniósł nie­wiel­ki budy­nek. Miesz­ka­li­śmy w nim przez kil­ka lat. Wkrót­ce bra­cia się poże­ni­li i zało­ży­li wła­sne rodzi­ny. Ja tak­że wyszłam za mąż. Doro­bi­li­śmy się z mężem nowe­go domu, w któ­rym miesz­ka­my z synem po dziś dzień. Cór­ka ze swo­ją rodzi­ną miesz­ka w Don­ba­sie. Euge­nia Bro­nicz dobrze mówi po pol­sku, choć cza­sem musi się zatrzy­mać, żeby dobrać sło­wa. Rzad­ko nie­ste­ty się nim posłu­gu­je. Dawna plebania w BerezdowieW Berez­do­wie nie ma już z kim roz­ma­wiać w ojczy­stym języ­ku. Czy­ni to tyl­ko w nie­dzie­lę, kie­dy do miej­sco­wej kapli­cy przy­jeż­dża ksiądz Jan Szań­ca ze Sła­wu­ty, żeby dla tutej­szych wier­nych odpra­wić Mszę św. Przy­cho­dzi ich na nabo­żeń­stwo nie­ste­ty coraz mniej. Góra trzy­dzie­ści osób. Ludzi o pol­skim pocho­dze­niu jest w osa­dzie znacz­nie wię­cej, ale są moc­no zukra­ini­zo­wa­ni. Nie chcą ujaw­niać swo­ich korze­ni. Pani Euge­nia zna ich wszyst­kich. Pra­co­wa­ła do eme­ry­tu­ry w tutej­szej szko­le jako nauczy­ciel­ka klas począt­ko­wych i zna całe tutej­sze śro­do­wi­sko.
+++ Mło­dzie­ży pol­skiej jest bar­dzo mało. Tak jak ze wszyst­kich tego typu osad, mło­dzież wyjeż­dża na stu­dia do więk­szych miast i już nie wra­ca. Nie ma przed sobą w Berez­do­wie żad­nych per­spek­tyw. Osa­da sys­te­ma­tycz­nie się wylud­nia i ule­ga degra­da­cji. Rodzi­na pani Bro­nicz jest ostat­nią, któ­ra jesz­cze pamię­ta o wywóz­kach Pola­ków. Depor­to­wa­nych do Kazach­sta­nu, któ­rym uda­ło się wró­cić w rodzin­ne stro­ny w miej­sco­wo­ści prak­tycz­nie już nie ma. Wszy­scy wymar­li. Wie­lu Pola­ków z Berez­do­wa i oko­lic żyje nato­miast w Sła­wu­cie.

tekst i foto: Marek A. Koprow­ski