Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Historia we wspomnieniach

Tu jest obóz koncentracyjny Auschwitz…


Obo­zo­we zdję­cia rtm. Witol­da Pilec­kie­go

25 maja 1948 roku w wię­zie­niu moko­tow­skim w War­sza­wie, z wyro­ku komu­ni­stycz­ne­go sądu, zamor­do­wa­no rot­mi­strza Witol­da Pilec­kie­go. W 1940 roku dobro­wol­nie uwię­zio­ny w KL Auschwitz-Bir­ke­nau orga­ni­zo­wał w nim dzia­łal­ność wywia­dow­czo-dywer­syj­ną i przez pra­wie trzy lata infor­mo­wał pod­zie­mie o sytu­acji w obo­zie. Po uciecz­ce orga­ni­zo­wał taj­ną orga­ni­za­cję NIE (Nie­pod­le­głość) na wypa­dek sowiec­kiej oku­pa­cji. Wal­czył w Powsta­niu War­szaw­skim, następ­nie słu­żył w II Kor­pu­sie gen. Andre­sa. Wró­cił do Pol­ski i został aresz­to­wa­ny przez UB. Po okrut­nym śledz­twie, wraz z Marią Sze­lą­gow­ską i Tade­uszem Płu­żań­skim, został ska­za­ny na karę śmier­ci. Po ogło­sze­niu wyro­ku powie­dział: „Ja już żyć nie mogę (…) mnie wykoń­czo­no. Bo Oświę­cim to była igrasz­ka”. Poni­żej zamiesz­cza­my frag­men­ty „Rapor­tu rtm. Witol­da Pilec­kie­go…”, opi­su­ją­ce jego przy­by­cie do KL Auschwitz, zamiesz­czo­ne w książ­ce Ada­ma Cyry, „Ochot­nik do Auschwitz. Witold Pilec­ki 1901–1948”, Oświę­cim 2000.
+++ …Dnia 19 wrze­śnia 1940 roku – dru­ga łapan­ka w War­sza­wie. Jesz­cze żyje kil­ku ludzi, któ­rzy widzie­li, jak o godzi­nie 6.00 rano sze­dłem sam i na rogu Alei Woj­ska i Feliń­skie­go sta­ną­łem w „piąt­ki” usta­wia­ne przez eses­ma­nów z łapa­nych męż­czyzn. Potem zała­do­wa­no nas na Pla­cu Wil­so­na do aut cię­ża­ro­wych i zawie­zio­no do koszar Szwo­le­że­rów. Po spi­sa­niu danych per­so­nal­nych w zor­ga­ni­zo­wa­nym tam pro­wi­zo­rycz­nie biu­rze i ode­bra­niu ostrych przed­mio­tów (pod groź­bą zastrze­le­nia, jeśli się potem u kogoś bodaj żylet­ka znaj­dzie) wpro­wa­dzo­no nas na ujeż­dżal­nię, gdzie pozo­sta­wa­li­śmy przez 19 i 20 wrze­śnia.
+++ W cią­gu tych paru dni nie­któ­rzy zdą­ży­li już zapo­znać się z pał­ką gumo­wą spa­da­ją­cą na ich gło­wy. Mie­ści­ło się to jed­nak w ramach moż­li­wych do przy­ję­cia, dla ludzi przy­zwy­cza­jo­nych do tego rodza­ju spo­so­bów utrzy­my­wa­nia ładu przez stró­żów porząd­ku. W tym cza­sie nie­któ­re rodzi­ny wyku­py­wa­ły swych naj­bliż­szych, pła­cąc ogrom­ne sumy eses­ma­nom. W nocy spa­li­śmy wszy­scy poko­tem na zie­mi. Ujeż­dżal­nię oświe­tlał ogrom­ny reflek­tor, sto­ją­cy przy wej­ściu. Po czte­rech stro­nach umiesz­cze­ni byli eses­ma­ni z bro­nią maszy­no­wą.
+++ Było nas tysiąc osiem­set kil­ku­dzie­się­ciu. Mnie oso­bi­ście naj­bar­dziej dener­wo­wa­ła bier­ność masy Pola­ków. Wszy­scy zła­pa­ni nasią­kli już jakąś psy­cho­zą tłu­mu, któ­ra wte­dy wyra­ża­ła się w tym, że cały ten tłum upodob­nił się do sta­da bara­nów. Nęci­ła mnie myśl pro­sta: wzbu­rzyć umy­sły, pode­rwać do czy­nu tę masę. Współ­to­wa­rzy­szo­wi memu – Sław­ko­wi Szpa­kow­skie­mu (wiem, że żył do cza­su Powsta­nia w War­sza­wie) pro­po­no­wa­łem nawet wspól­ną akcję w nocy: opa­no­wa­nie tłu­mu, napad na poste­run­ki, przy czym mia­łem – prze­cho­dząc do ubi­ka­cji – „zawa­dzić” o reflek­tor i znisz­czyć go. Lecz ja prze­cież w innym celu zna­la­złem się w tym śro­do­wi­sku, a to było­by pój­ściem na rzecz znacz­nie mniej­szą… On w ogó­le uwa­żał to za pomysł z dzie­dzi­ny fan­ta­zji.
+++ 21 wrze­śnia rano wsa­dzo­no nas do aut cię­ża­ro­wych i w towa­rzy­stwie eskor­tu­ją­cych moto­cy­kli z bro­nią maszy­no­wą, odwie­zio­no na dwo­rzec zachod­ni i zała­do­wa­no do wago­nów towa­ro­wych. W wago­nach tych przed­tem widocz­nie musie­li wieźć wap­no, gdyż cała pod­ło­ga była nim wysy­pa­na. Wago­ny zamknię­to. Wie­zio­no dzień cały. Pić ani jeść nie dali. Zresz­tą jeść nikt nie chciał. Mie­li­śmy, wyda­ny dnia poprzed­nie­go, chleb któ­re­go wte­dy ani jeść ani cenić nie umie­li­śmy. Chcia­ło się nam tyl­ko bar­dzo pić. Wap­no pod wpły­wem wstrzą­sów roz­drab­nia­ło się w pył. Uno­si­ło się w powie­trzu, draż­ni­ło noz­drza i gar­dło. Pić nie dali. Przez szcze­li­ny desek, któ­ry­mi zabi­te były okna, widzie­li­śmy, że wio­zą nas gdzieś na Czę­sto­cho­wę. Oko­ło 10 wie­czór (godzi­na 22.00) pociąg się zatrzy­mał w jakimś miej­scu i dalej już nie jechał. Sły­chać było krzy­ki, wrzask, otwie­ra­nie wago­nów, uja­da­nie psów.
+++ To miej­sce we wspo­mnie­niach moich nazwał­bym momen­tem, w któ­rym koń­czy­łem ze wszyst­kim, co było dotych­czas na zie­mi i zaczą­łem coś, co było chy­ba gdzieś poza nią. Nie jest to sile­nie się na jakieś dziw­ne sło­wa, okre­śle­nia. Prze­ciw­nie – uwa­żam, że na żad­ne słów­ko ład­nie brzmią­ce, a nie­istot­ne, wysi­lać się nie potrze­bu­ję. Tak było. W gło­wy nasze ude­rza­ły nie tyl­ko kol­by eses­ma­nów – ude­rza­ło coś wię­cej. Bru­tal­nie kop­nię­to we wszyst­kie nasze poję­cia, do któ­rych myśmy się na zie­mi przy­zwy­cza­ili (do jakie­goś porząd­ku rze­czy – pra­wa). To wszyst­ko wzię­ło w łeb. Usi­ło­wa­no ude­rzyć moż­li­wie rady­kal­nie. Zła­mać nas psy­chicz­nie jak naj­szyb­ciej.
+++ Zgiełk i jazgot gło­sów zbli­żał się stop­nio­wo. Naresz­cie gwał­tow­nie otwar­to drzwi nasze­go wago­nu. Ośle­pi­ły nas reflek­to­ry skie­ro­wa­ne we wnę­trze.
+++ – Heraus! rrraus! rrraus! [Wycho­dzić!, szyb­ko! …] – pada­ły wrza­ski, a kol­by eses­ma­nów spa­da­ły na ramio­na, ple­cy i gło­wy kole­gów.
+++ Nale­ża­ło szyb­ko zna­leźć się na zewnątrz. Sko­czy­łem i wyjąt­ko­wo nie dosta­łem kol­bą; sta­jąc w piąt­ki tra­fi­łem w śro­dek kolum­ny. Zgra­ja eses­ma­nów biła, kopa­ła i robi­ła nie­sa­mo­wi­ty wrzask: „zu Fün­fe!” [piąt­ka­mi]. Na sto­ją­cych na skrzy­dłach pią­tek, rzu­ca­ły się psy, szczu­te przez żoł­da­ków. Ośle­pie­ni reflek­to­ra­mi, pcha­ni, bici, kopa­ni, szczu­ci psa­mi, rap­tow­nie zna­leź­li­śmy się w warun­kach, w jakich wąt­pię, by ktoś z nas był kie­dy­kol­wiek. Słab­si byli oszo­ło­mie­ni do tego stop­nia, że napraw­dę two­rzy­li bez­myśl­ną gru­pę.
+++ Pędzo­no nas przed sie­bie, ku więk­szej ilo­ści sku­pio­nych świa­teł. W dro­dze kaza­no jed­ne­mu z nas biec do słu­pa w bok od dro­gi i zaraz w ślad za nim pusz­czo­no serię z peema. Zabi­to. Wycią­gnię­to z sze­re­gu dzie­się­ciu przy­god­nych kole­gów i zastrze­lo­no w mar­szu z pisto­le­tów, w ramach „odpo­wie­dzial­no­ści soli­dar­nej” za „uciecz­kę”, któ­rą zaaran­żo­wa­li sami eses­ma­ni. Wszyst­kich jede­na­stu cią­gnię­to na rze­mie­niach uwią­za­nych do jed­nej nogi. Draż­nio­no psy skrwa­wio­ny­mi tru­pa­mi i szczu­to je na nich. Wszyst­ko to robio­no przy akom­pa­nia­men­cie śmie­chu i kpin.
+++ Zbli­ża­li­śmy się do bra­my, umiesz­czo­nej w ogro­dze­niu z dru­tów, na któ­rej wid­niał napis: „Arbe­it macht frei” [Pra­ca czy­ni wol­nym]. Póź­niej dopie­ro nauczy­li­śmy się go dobrze rozu­mieć. Za ogro­dze­niem, rzę­da­mi usta­wio­ne były muro­wa­ne budyn­ki, wśród któ­rych wid­niał roz­le­gły plac. Sto­jąc wśród szpa­le­ru eses­ma­nów, przed samą bra­mą, dozna­li­śmy na moment więk­sze­go spo­ko­ju. Odpę­dzo­no psy, kaza­no nam wyrów­nać piąt­ki. Tutaj liczo­no nas skru­pu­lat­nie na koń­cu doli­cza­jąc cią­gnio­ne tru­py. Wyso­ki, wte­dy jesz­cze poje­dyn­czy płot z dru­tu kol­cza­ste­go i bra­ma peł­na eses­ma­nów nasu­nę­ły mi mimo­wol­nie, czy­ta­ny kie­dyś afo­ryzm chiń­ski: „Wcho­dząc, pomyśl o odwro­cie, a wycho­dzić będziesz cało…”. Uśmiech iro­nicz­ny zro­dził się gdzieś we mnie i przy­gasł… na co to tutaj się przy­da…
+++ Za dru­ta­mi, na wiel­kim pla­cu, ude­rzył nas inny widok. W nie­co fan­ta­stycz­nym, peł­za­ją­cym po nas ze wszyst­kich stron świe­tle reflek­to­rów, widocz­ni byli jacyś niby ludzie. Z zacho­wa­nia podob­ni raczej do dzi­kich zwie­rząt (bez­względ­nie obra­żam tu zwie­rzę­ta – nie ma jesz­cze w naszym języ­ku okre­śle­nia na takie stwo­ry). W dziw­nych ubra­niach w pasy, jakie się widzia­ło na fil­mach o Sing-Sing, z orde­ra­mi na kolo­ro­wych wstąż­kach (tak mi się wte­dy w miga­ją­cym świe­tle wyda­wa­ło), z drą­ga­mi w ręku, rzu­ci­li się z dzi­kim śmie­chem na poje­dyn­czych naszych kole­gów. Bijąc ich po gło­wach, kopiąc leżą­cych już na zie­mi w ner­ki i w inne czu­łe miej­sca, wska­ku­jąc buta­mi na pier­si, brzuch – zada­wa­li śmierć z nie­sa­mo­wi­tym jakimś entu­zja­zmem.
+++ „Ach! Więc zamknę­li nas w zakła­dzie dla obłą­ka­nych!…” – prze­mknę­ła mi myśl. – Co za pod­łość! – rozu­mo­wa­łem jesz­cze kate­go­ria­mi zie­mi. Ludzie z łapan­ki – a więc nawet w poję­ciu Niem­ców nie obcią­że­ni żad­ną winą wobec Trze­ciej Rze­szy. (…) Tu nie potrze­ba było mieć żad­nej spra­wy poli­tycz­nej, żeby zgi­nąć. Zabi­ja­no pierw­sze­go lep­sze­go z brze­gu. Zaczy­na­ło się od pyta­nia rzu­co­ne­go przez pasia­ste­go człe­ka z drą­giem: „Was bist du von zivil?” [kim jesteś z zawo­du]. Odpo­wiedź: ksiądz, sędzia, adwo­kat wów­czas powo­do­wa­ła bicie i śmierć. Przede mną w piąt­ce stał jakiś kole­ga, któ­ry na to pyta­nie, rzu­co­ne mu z rów­no­cze­snym uję­ciem go gar­ścią za ubra­nie pod gar­dłem, odpo­wie­dział: „Rich­ter” [sędzia]. Fatal­ny pomysł! Po chwi­li był na zie­mi bity i kopa­ny. Więc wykań­cza­no spe­cjal­nie inte­li­gen­cję. Po tym spo­strze­że­niu zmie­ni­łem nie­co zda­nie. To nie obłą­kań­cy, to jakieś potwor­ne narzę­dzie do wymor­do­wa­nia Pola­ków, roz­po­czy­na­ją­ce swe dzie­ło od inte­li­gen­cji. Pić chcia­ło się okrop­nie. Przy­wie­zio­no wła­śnie kotły z jakimś napo­jem. Ci sami zabi­ja­ją­cy nas obno­si­li kub­ki z napo­jem wśród sze­re­gów, pyta­jąc: „Was bist du von zivil?”. Dosta­wa­li­śmy upra­gnio­ny, bo mokry – napój, wymie­nia­jąc jakiś zawód robot­ni­ka czy rze­mieśl­ni­ka. A ci niby-ludzie, bijąc nas i kopiąc wykrzy­ki­wa­li:… „hier ist KL Auschwitz – mein lie­ber Mann” […tu jest obóz kon­cen­tra­cyj­ny Auschwitz – mój dro­gi]… Adam Cyra, „Ochot­nik do Auschwitz. Witold Pilec­ki 1901–1948”, Oświę­cim 2000

wybrał Jaro­sław Sza­rek