Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Ścieżki życia

Wiara
busolą życiafot. H. Bejda

+++ Wła­dy­sław miał 12 lat, gdy wybu­chła II woj­na świa­to­wa. Woj­na, któ­ra zbu­rzy­ła jego spo­koj­ną codzien­ność i odci­snę­ła nie­za­tar­te pięt­no na jego życiu.
+++ Chło­pak miesz­kał wraz z rodzi­ną na wsi, miał trzech bra­ci, czwar­ty uro­dził się we wrze­śniu 1939 r. Rodzi­ce pro­wa­dzi­li duże gospo­dar­stwo, posia­da­li ponad pięć hek­ta­rów pola, dwa konie, trzy kro­wy, co na tam­te cza­sy sta­no­wi­ło spo­ry mają­tek. Nad­wyż­ki wypro­du­ko­wa­nej żyw­no­ści sprze­da­wa­li Żydom, a za zaosz­czę­dzo­ne pie­nią­dze powięk­sza­li gospo­dar­stwo. Żyło im się nie­źle, zresz­tą wte­dy nikt nie miał wygó­ro­wa­nych wyma­gań; naj­waż­niej­sze, że jedze­nia nie bra­ko­wa­ło.
+++ – Chle­ba mie­li­śmy pod dostat­kiem, mama co tydzień wypie­ka­ła sześć wiel­kich bochen­ków. Na śnia­da­nie jedli­śmy żur ze skwar­ka­mi, wszy­scy z jed­nej miski. Wyła­wia­li­śmy skwar­ki na wyści­gi, dla­te­go tacie nigdy się one nie dosta­ły – pan Wła­dy­sław śmie­je się gło­śno na to wspo­mnie­nie.
+++ Rodzi­ce wycho­wy­wa­li synów w posłu­szeń­stwie, sto­su­jąc suro­we kary za wszel­kie prze­wi­nie­nia. Dużą wagę przy­wią­zy­wa­li do wycho­wa­nia reli­gij­ne­go.
+++ – W każ­dą nie­dzie­lę szli­śmy razem z mamą do odle­głe­go o kil­ka kilo­me­trów kościo­ła na Mszę św., obo­wiąz­ko­wo uczest­ni­czy­li­śmy też w Rora­tach i Gorz­kich Żalach.
+++ Chłop­cy od dzie­ciń­stwa wdra­ża­ni byli do pra­cy. Rodzi­ce roze­zna­wa­li, co każ­de z dzie­ci naj­bar­dziej lubi robić oraz do cze­go naj­le­piej się nada­je i przy­dzie­la­li im sto­sow­ne obo­wiąz­ki.
+++ – Naj­star­szy Kazi­mierz uwiel­biał obco­wa­nie z koń­mi i z wiel­ką ocho­tą wyko­ny­wał pra­ce polo­we z uży­ciem kon­ne­go zaprzę­gu – wyja­śnia pan Wła­dy­sław. – Do mnie, a byłem dru­gi z kolei, nale­ża­ło obsłu­że­nie krów; musia­łem je napaść, przy­go­to­wać im jedze­nie, wyrzu­cić obor­nik ze staj­ni i uło­żyć świe­żą sło­mę. Nie prze­pa­da­łem za tym zaję­ciem – przy­zna­je – zawsze mia­łem inne zain­te­re­so­wa­nia, cią­gnę­ło mnie do ksią­żek, gar­ną­łem się do wie­dzy i z całe­go ser­ca pra­gną­łem się uczyć.
+++ Rodzi­ce, wspie­ra­jąc pra­gnie­nia Wład­ka, posła­li go do szko­ły.
+++ – Byłem im za to ogrom­nie wdzięcz­ny, dla­te­go sumien­nie wyko­ny­wa­łem pra­ce domo­we, rozu­mie­jąc, że nie mogę być z nich zupeł­nie zwol­nio­ny. Uczy­łem się wie­czo­ra­mi, gdy już wszy­scy odpo­czy­wa­li.
+++ W rodzin­nej miej­sco­wo­ści Wład­ka funk­cjo­no­wa­ły jedy­nie czte­ry kla­sy szko­ły pod­sta­wo­wej. Chło­piec skoń­czył je z bar­dzo dobry­mi wyni­ka­mi, dla­te­go mógł kon­ty­nu­ować naukę w Tar­no­wie.
+++ – Codzien­nie, nie­za­leż­nie od pogo­dy, prze­mie­rza­łem kil­ka­na­ście kilo­me­trów na rowe­rze lub gdy rower się zepsuł – na pie­cho­tę. A zimy nie były wte­dy tak łagod­ne, jak obec­nie; siar­czy­ste mro­zy i zaspy śnież­ne dawa­ły się moc­no we zna­ki. Jed­nak nigdy nie narze­ka­łem, wprost prze­ciw­nie, cie­szy­łem się, że po zali­cze­niu sied­mio­kla­so­wej pod­sta­wów­ki dane mi było uczyć się jesz­cze w szko­le śred­niej.
+++ Nie­ste­ty, było to moż­li­we jedy­nie do mar­ca 1943 r.
+++ Wła­dek uczęsz­czał wów­czas do Pry­wat­nej Szko­ły Mecha­nicz­nej w Tar­no­wie, był w dru­giej kla­sie. Pod koniec pierw­sze­go seme­stru w pla­ców­ce zja­wi­li się hitle­row­cy i zabra­li wszyst­kich uczniów klas dru­gich i trze­cich.
+++ – Nie wie­dzie­li­śmy, jaki los nas cze­ka. Dwa dni wcze­śniej dyrek­tor powie­dział nam tyl­ko, żeby­śmy sobie przy­go­to­wa­li na dro­gę suchy pro­wiant i parę zło­tych.
+++ W wyzna­czo­nym dniu Niem­cy zapro­wa­dzi­li mło­dzień­ców na dwo­rzec PKP i wywieź­li do Kra­ko­wa na ul. Rako­wic­ką, gdzie znaj­do­wa­ła się zbro­jow­nia, w któ­rej remon­to­wa­no kara­bi­ny i dzia­ła arty­le­ryj­skie. Mło­dzi chłop­cy mie­li tam obsłu­gi­wać tokar­nie, stru­gar­ki, fre­zar­ki i ślu­sar­ki. Cho­ciaż liczy­li sobie dopie­ro 16, 17 lat, byli dobrze przy­go­to­wa­ni do takiej pra­cy i pew­nie by ją polu­bi­li, gdy­by nie warun­ki, w jakich przy­szło ją wyko­ny­wać, a tak­że warun­ki byto­wa­nia.
+++ – To był praw­dzi­wy kosz­mar, np. za spóź­nie­nie do zakła­du gro­zi­ły kamie­nio­ło­my – pan Wła­dy­sław nie­chęt­nie wra­ca do tych wspo­mnień, ale dzie­li się nimi dla zacho­wa­nia pamię­ci. – Pra­co­wa­li­śmy na trzy zmia­ny, a naj­gor­sze były noce. Pew­ne­go razu czu­łem się ogrom­nie zmę­czo­ny i posta­no­wi­łem cho­ciaż chwi­lę się zdrzem­nąć. Gdy dostrzegł to nad­zo­ru­ją­cy nas Nie­miec, wylał na mnie wia­dro zim­nej wody i do rana musia­łem stać przy maszy­nie w mokrym ubra­niu.
+++ Ucznio­wie, a było ich oko­ło czter­dzie­stu, miesz­ka­li w jed­nym pomiesz­cze­niu – na stry­chu zbro­jow­ni, gdzie w lecie pano­wał strasz­ny zaduch, a w zimie nie­zno­śny chłód. Wszy­scy nosi­li jed­na­ko­we ubra­nia robo­cze i drew­nia­ki. Dosta­wa­li jeden posi­łek dzien­nie, o pozo­sta­łe sami musie­li zadbać.
+++ – Niem­cy dawa­li nam tyl­ko obiad. Na jadal­nię mogli­śmy wejść dopie­ro wte­dy, gdy oni skoń­czy­li jedze­nie i pozo­sta­wio­ne reszt­ki zla­li z powro­tem do kotłów. Tak, dla nas prze­zna­cza­no zlew­ki! – mówi z obu­rze­niem star­szy pan.
+++ W zbro­jow­ni zatrud­nie­ni byli rów­nież jeń­cy rosyj­scy. W prze­ci­wień­stwie do nich pol­scy ucznio­wie cie­szy­li się „przy­wi­le­ja­mi”. Gdy tam­ci przez cały czas pozo­sta­wa­li pod ści­słym nad­zo­rem, oni mogli na nie­dzie­lę poje­chać do domu. Gdy Rosja­nie pra­co­wa­li za dar­mo, Pola­cy otrzy­my­wa­li wyna­gro­dze­nie.
+++ – Nie­ste­ty tak mar­ne, że tygo­dnio­wa wypła­ta wystar­czy­ła zale­d­wie na bilet kole­jo­wy w jed­ną stro­nę – pod­kre­śla pan Wła­dy­sław.
+++ Pie­nią­dze na powrót do Kra­ko­wa dawa­li Wład­ko­wi rodzi­ce. Mama pako­wa­ła mu też zawsze boche­nek chle­ba, masło, ser, jaj­ka. Wszyst­kie te pro­duk­ty chło­pak wkła­dał do wiel­kiej tecz­ki, uszy­tej przez sąsia­da ze świń­skiej skó­ry.
+++ – Pamię­tam, że za każ­dym razem moja wypcha­na tecz­ka budzi­ła podej­rze­nia nie­miec­kiej poli­cji, i to zarów­no na dwor­cu w Tar­no­wie, jak i w Kra­ko­wie, dla­te­go cią­gle byłem kon­tro­lo­wa­ny. Po pew­nym cza­sie sta­ło się to cał­kiem zabaw­ne i nawet mnie śmie­szy­ło.
+++ Pan Wła­dy­sław pra­co­wał przy­mu­so­wo sie­dem­na­ście mie­się­cy, do koń­ca sierp­nia 1944 r. Gdy pod­czas poby­tu w domu dowie­dział się, że Rosja­nie zbli­ża­ją się pod Tar­nów, posta­no­wił nie wra­cać do zbro­jow­ni. Począt­ko­wo ukry­wał się w sto­do­le, ale wkrót­ce zre­zy­gno­wał z tego środ­ka ostroż­no­ści.
+++ – Zda­łem sobie spra­wę, że Niem­cy nie będą mnie szu­kać, mie­li teraz więk­sze zmar­twie­nie, front prze­su­wał się coraz bar­dziej na zachód i musie­li szy­ko­wać się do odwro­tu.
+++ Z tego okre­su mło­dy męż­czy­zna zapa­mię­tał strze­la­ni­nę, w któ­rej hitle­row­cy zabi­li kil­ku­na­stu par­ty­zan­tów usi­łu­ją­cych prze­pra­wić się przez Duna­jec. Nie doszło­by do tego, gdy­by nie zdra­da…
+++ Pod koniec woj­ny oku­pan­ci nie­miec­cy, oba­wia­jąc się powsta­nia, kaza­li wszyst­kim męż­czy­znom ze wsi udać się z kro­wa­mi do rzeź­ni w Tar­no­wie; tam mie­li oddać zwie­rzę­ta i dopie­ro na dru­gi dzień wró­cić do domu. Pan Wła­dy­sław szedł bocz­ny­mi dro­ga­mi, nie chciał bowiem spo­tkać żad­nych żoł­nie­rzy. Nie­ste­ty, natknął się na samot­ne­go hitle­row­ca.
+++ – Pró­bo­wał mnie zmu­sić do pój­ścia razem z nim; mia­łem gonić kro­wę, któ­rą zabrał z jakie­goś gospo­dar­stwa, ale uda­ło mi się wymi­gać. Zna­łem dobrze język nie­miec­ki i skła­ma­łem, że w kuź­ni cze­ka­ją na mnie żoł­nie­rze i wła­śnie z nimi muszę jechać. Uwie­rzył i pozwo­lił mi odejść.
+++ Pod­czas wyco­fy­wa­nia się Niem­cy doko­ny­wa­li wie­lu znisz­czeń. Wysa­dza­li w powie­trze wyso­kie budyn­ki, ponie­waż oba­wia­li się, że mogą być z nich obser­wo­wa­ni i namie­rza­ni.
+++ – Na wła­sne oczy widzia­łem – mówi pan Wła­dy­sław – jak w powie­trze wyla­ty­wa­ły wie­że kościo­łów w sąsied­nich miej­sco­wo­ściach i komi­ny pobli­skiej fabry­ki. To był bar­dzo przy­kry widok.
+++ Do opusz­czo­nej przez Niem­ców wsi wkro­czy­li Rosja­nie, ale ci, na szczę­ście, nie zatrzy­ma­li się na dłu­żej. Wła­dek tyl­ko raz miał stycz­ność z sowiec­kim żoł­nie­rzem.
+++ – Pew­ne­go razu nie­spo­dzie­wa­nie wszedł do nasze­go domu i zażą­dał wód­ki. Gdy mu powie­dzia­łem, że nie mam, rozej­rzał się po wnę­trzu, a zoba­czyw­szy na oknie papie­ro­sy, zabrał je i natych­miast uciekł.
+++ Po wyzwo­le­niu wieś zaczę­ła wra­cać do nor­mal­ne­go życia.
+++ Wła­dy­sław nie chciał pra­co­wać na roli, a ponie­waż pra­gnął mieć wła­sne pie­nią­dze, posta­no­wił udać się wraz z dwo­ma kole­ga­mi w poszu­ki­wa­niu pra­cy na Wybrze­że. Wszy­scy trzej zna­leź­li zatrud­nie­nie przy roz­ła­do­wy­wa­niu towa­rów w stocz­ni, a następ­nie przy ich roz­wo­że­niu pocią­ga­mi po całym kra­ju.
+++ Nie­ła­twa to była pra­ca – stwier­dza pan Wła­dy­sław. – I nie­zbyt bez­piecz­na. Kie­dyś np. przy roz­pa­ko­wy­wa­niu wago­nu oka­za­ło się, że bra­ku­je 200 kg sera szwaj­car­skie­go. Posą­dzo­no nas o kra­dzież i osa­dzo­no w aresz­cie. Po dwóch tygo­dniach odby­ła się roz­pra­wa w sądzie i dopie­ro wów­czas zosta­li­śmy unie­win­nie­ni.
+++ Po upły­wie pół roku Wła­dy­sław otrzy­mał od kole­gi list z infor­ma­cją o reak­ty­wo­wa­niu szko­ły, do któ­rej uczęsz­czał w cza­sie woj­ny. Jak­że się ucie­szył z moż­li­wo­ści kon­ty­nu­owa­nia nauki. Zawsze żywił nadzie­ję, że po woj­nie będzie mógł się kształ­cić i teraz sta­wa­ło się to real­ne. Pozo­sta­wa­ło prze­ko­nać rodzi­ców, aby sfi­nan­so­wa­li naukę syna. Gdy na Boże Naro­dze­nie przy­je­chał w odwie­dzi­ny, zapy­tał ich o to nie­śmia­ło. Zgo­dzi­li się od razu. Cho­ciaż byli pro­sty­mi ludź­mi, ceni­li w swym dziec­ku zami­ło­wa­nie do zdo­by­wa­nia wie­dzy. Wie­rzy­li, że wykształ­ce­nie spra­wi, iż w przy­szło­ści będzie mu się lepiej żyć.
+++ Wła­dy­sław roz­li­czył się z pra­co­daw­cą i wró­cił w rodzin­ne stro­ny. Naukę roz­po­czął od dru­gie­go seme­stru, nad­ra­bia­jąc szyb­ko mate­riał i zali­cza­jąc wszyst­kie przed­mio­ty.
+++ – Pomo­gło mi to, że w każ­dej wol­nej chwi­li roz­wią­zy­wa­łem zada­nia mate­ma­tycz­ne. To było moje hob­by, moja roz­ryw­ka.
+++ Po matu­rze otrzy­mał pra­cę w biu­rze kon­struk­cyj­nym duże­go zakła­du pro­duk­cyj­ne­go. Wkrót­ce zaocz­nie koń­czył stu­dia i jako cenio­ny pra­cow­nik piął się po szcze­blach zawo­do­wej karie­ry.
+++ – Z pew­ny­mi ogra­ni­cze­nia­mi – śmie­je się – bo nigdy nie zapi­sa­łem się do par­tii, mimo licz­nych naci­sków. Brzy­dzi­łem się tym. Dla­cze­go? Bo wycho­wa­no mnie w wie­rze kato­lic­kiej i w duchu patrio­ty­zmu.
+++ Pan Wła­dy­sław po dziś dzień pozo­sta­je wier­ny wpo­jo­nym w dzie­ciń­stwie war­to­ściom. Wia­ra w Boga uła­twia mu życie i poma­ga prze­trwać trud­ne chwi­le; pozwa­la wciąż podą­żać we wła­ści­wym kie­run­ku i pamię­tać o celu osta­tecz­nym.
+++ – Wszak nikt na zie­mi nie będzie żyć wiecz­nie – powta­rza czę­sto. Star­szy pan wciąż ma w pamię­ci cięż­kie wojen­ne cza­sy i dla­te­go uwa­ża, że ludzie zawsze powin­ni się doga­dy­wać, a nie eska­lo­wać kon­flik­tów. Pomi­mo 84 lat jest aktyw­ny i cią­gle bar­dzo zaję­ty. Codzien­nie czy­ta pra­sę, a w ramach relak­su roz­wią­zu­je dru­ko­wa­ne w gaze­tach zada­nia mate­ma­tycz­ne dla gim­na­zja­li­stów i matu­rzy­stów.

Jadwi­ga Mar­ty­ka