Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Wędrówki po Kresach

Nie zmarnowała życia

+++

Jadwi­ga Soko­łow­ska

Dom Jadwi­gi Soko­łow­skiej leży na samym koń­cu Kamion­ki, przy ul. Leśnej. Pro­wa­dzi do nie­go piasz­czy­sta dro­ga pro­sto­pa­dła do asfal­to­wej tra­sy z Ostro­ga na Kuniów i dalej do Krze­mień­ca wzdłuż Wilii, czy­li daw­nej pol­sko-sowiec­kiej gra­ni­cy. Po prze­by­ciu kil­ku­set metrów mija się zabu­do­wa­nia koł­cho­zu i kil­ka chat, by dalej jechać wzdłuż ciem­nej ścia­ny lasu. Dro­ga lek­ko wspi­na się pod gór­kę, na szczy­cie któ­rej sto­ją dwa nie­wiel­kie drew­nia­ne zabu­do­wa­nia. W jed­nym z nich miesz­ka pani Jadwi­ga. Tuż za jej domem dro­ga opa­da do rzecz­ki. Dla miesz­czu­cha oko­li­ca siel­sko-aniel­ska. Śpiew pta­ków mie­sza się ze szme­rem rze­ki, a zapach igli­wia z suszo­nym sia­nem wie­zio­nym na furze przez syna sąsiad­ki. Dla samot­nej
Pani Jadwi­ga ze swo­im pro­bosz­czem ks. Witol­dem Kowa­lo­wem

sta­rusz­ki miesz­ka­nie tutaj to jed­nak swo­isty dopust Boży. Zwłasz­cza zimą, gdy wodę trze­ba nosić z odle­głe­go od domu źró­dła. Pani Jadwi­ga to drob­na, ale ener­gicz­na jesz­cze oso­ba, któ­ra dba, by na podwór­ku było czy­sto, kury były nakar­mio­ne, a miesz­ka­nie posprzą­ta­ne. Domek jest nie­wiel­ki, ale przy­tul­ny. Gości pani Jadwi­ga pro­wa­dzi do głów­ne­go poko­ju, w któ­rym od razu widać, kto tu jest gospo­da­rzem. Na ścia­nach wiszą duże reli­gij­ne obra­zy, a w cen­tral­nym miej­scu znaj­du­je się ołta­rzyk. Przy nim zdję­cie jej wnu­ka Bory­sa.
+++ Dla pani Jadwi­gi jest on naj­więk­szą dumą i dowo­dem na to, że jej życie nie poszło na mar­ne. Zdję­cie wnu­ka stoi na hono­ro­wym miej­scu w poko­ju, w któ­rym przyj­mu­je gości. Gdy patrzy na nie, uspo­ka­ja się, a jej twarz pro­mie­nie­je uśmie­chem. Ma z cze­go być dum­na. Jej wnuk jest nie tyl­ko księ­dzem, ale… dobrym księ­dzem. Po ukoń­cze­niu Wyż­sze­go Semi­na­rium Duchow­ne­go w Gród­ku Podol­skim, został skie­ro­wa­ny na spe­cja­li­stycz­ne stu­dia do Rzy­mu. Po ich ukoń­cze­niu został pro­bosz­czem w jed­nej z para­fii koło Gród­ka i wykła­dow­cą w semi­na­rium. Obec­nie wybie­ra się do Rzy­mu na obro­nę dok­to­ra­tu.
+++
Ołta­rzyk w domu pani Jadwi­gi

Pani Jadwi­ga uro­dzi­ła się w rodzi­nie Emi­lii z domu Polkie­wicz i Jana Soko­łow­skie­go w 1926 r., kil­ka kilo­me­trów od daw­nej, prze­bie­ga­ją­cej na Wilii, pol­sko-sowiec­kiej gra­ni­cy. Jako dziec­ko tyl­ko z odda­li mogła popa­trzeć na wyso­ki brzeg Wilii, na któ­rym sta­ły bia­ło-czer­wo­ne słu­py gra­nicz­ne. Do pol­skiej szko­ły uczęsz­cza­ła tyl­ko dwa tygo­dnie. Pla­ców­kę tuż po roz­po­czę­ciu roku szkol­ne­go zli­kwi­do­wa­no. Pani Jadwi­ga pamię­ta te cza­sy dosko­na­le. Choć była wte­dy dziec­kiem, moc­no utkwi­ły w jej pamię­ci. Był to bowiem czas sta­li­now­skich repre­sji, któ­re tu w Kamion­ce nie omi­nę­ły żad­nej pol­skiej rodzi­ny.
+++ – Dwaj bra­cia mojej mat­ki byli repre­sjo­no­wa­ni – opo­wia­da pani Jadwi­ga. – Wraz ze swy­mi rodzi­na­mi zosta­li wywie­zie­ni do Kazach­sta­nu, gdzie wszel­ki ślad po nich zagi­nął. Dwaj bra­cia ojca też poje­cha­li do Kazach­sta­nu. Trze­ci brat ojca był mądrzej­szy i uciekł do Sła­wu­ty, gdzie przez dzie­sięć lat żył bez „przy­pi­ski”, ukry­wa­jąc się – dzię­ki cze­mu prze­żył. Naszą rodzi­nę na szczę­ście pozo­sta­wio­no w spo­ko­ju. Ktoś bowiem musiał pra­co­wać w koł­cho­zie. Ojca, Bole­sła­wa, wkrót­ce jed­nak aresz­to­wa­no i ska­za­no na 1,5 roku wię­zie­nia.
Te obra­zy pani Jadwi­ga odzie­dzi­czy­ła po przod­kach

Pota­jem­nie zarżnął bowiem cie­lacz­ka, któ­re­go for­mal­nie był zobo­wią­za­ny oddać do koł­cho­zu. Namó­wił go do tego Żyd z Nie­ti­szy­na, obie­cu­jąc, że jak ojciec opra­wi to zwie­rzę, a on prze­nie­sie mię­so przez las, nikt nie będzie wie­dział. Przez całą noc w obór­ce palił się jed­nak kaga­nek i ktoś zaob­ser­wo­wał to i doniósł. Rano przy­je­cha­li mili­cjan­ci na koniach i ojca zabra­li. Za przy­własz­cze­nie koł­cho­zo­wej wła­sno­ści dostał 1,5 roku wię­zie­nia. Jak na sowiec­kie warun­ki, nie­wie­le. Ojciec wyszedł z nie­go z zupeł­nie znisz­czo­nym zdro­wiem. Przez dwa i pół roku cho­ro­wał i był nie­zdol­ny do pra­cy. My z mamą wła­sno­ręcz­nie musia­ły­śmy zbu­do­wać małą cha­tyn­kę, żeby nasza rodzi­na mia­ła gdzie miesz­kać. Z domu, któ­ry wcze­śniej zaj­mo­wa­li­śmy, wyrzu­co­no nas. Ojciec nie odzy­skaw­szy zdro­wia zmarł w 1938 r. Mama zosta­ła z czwór­ką dzie­ci. Wkrót­ce wybu­chła woj­na. 12-let­ni brat zgi­nął na nie­wy­pa­le. Star­szą sio­strę wywie­zio­no do pra­cy w Niem­czech. Mnie też chcia­no wywieźć. Przez dwa tygo­dnie z trans­por­tem ocze­ki­wa­łam w Zasła­wiu na podróż do Rze­szy. Osta­tecz­nie ura­to­wa­ła mnie mat­ka, któ­ra mia­ła sąsiad­kę Niem­kę, Tyl­dę. Wyszła ona za mąż za Niem­ca, któ­ry w Zasła­wiu był sze­fem admi­ni­stra­cji. Wydał on dla całej rodzi­ny zaświad­cze­nia, dzię­ki któ­rym Niem­cy już się nas nie cze­pia­li.
+++ Ura­to­wa­nie od wywóz­ki do Nie­miec nie ozna­cza­ło jed­nak koń­ca kło­po­tów rodzi­ny Jadwi­gi Soko­łow­skiej. Poja­wi­ło się bowiem nowe zagro­że­nie, któ­re­go nadej­ście zwia­sto­wa­ły krwa­we łuny poża­rów. Oddzia­ły Ukra­iń­skiej Powstań­czej Armii zaczę­ły prze­cho­dzić daw­ną pol­sko-sowiec­ką gra­ni­cę i nieść śmierć oraz znisz­cze­nie. Mor­do­wa­li Pola­ków, z któ­ry­mi nie zdą­ży­ła zro­bić „porząd­ku” wła­dza radziec­ka. Rabo­wa­li doby­tek. Wśród Ukra­iń­ców usi­ło­wa­li prze­pro­wa­dzać pobór w swo­je sze­re­gi, pali­li wszyst­ko, co tyl­ko mogło przy­dać się Niem­com i co mia­ło sowiec­kie korze­nie.
+++ – Na Mar­ty­niu­ku spa­li­li całe zabu­do­wa­nia koł­cho­zu – wspo­mi­na pani Jadwi­ga. – Pło­nę­ły one razem ze zwie­rzę­ta­mi. Ban­de­row­cy nie pozwo­li­li nicze­go rato­wać. Kro­wy i świ­nie, a tak­że koł­cho­zo­we maga­zy­ny zosta­ły stra­wio­ne przez pło­mie­nie. Strasz­ny ryk krów i kwik świń sły­chać było w całej oko­li­cy. Nie­któ­re pol­skie rodzi­ny, jak m.in. Wer­tyń­skich, ucie­kły z Kamion­ki oba­wia­jąc się mor­du. Myśmy zosta­li. Ban­de­row­cy na szczę­ście dali nam spo­kój. W oko­li­cy poja­wi­li się też radziec­cy par­ty­zan­ci, któ­rzy koło Nie­ti­szy­na sto­czy­li z nimi w lasach dużą bitwę, wypie­ra­jąc ich za Horyń.
+++ Zakoń­cze­nie woj­ny nie ozna­cza­ło dla pani Jadwi­gi powro­tu do kra­iny szczę­śli­wo­ści. Ponow­nie zaczę­ła pra­co­wać w koł­cho­zie, czy­li jak się mówi po ukra­iń­sku w „koł­cho­spi”. Prze­pra­co­wa­ła 32 lata na fer­mie jako dojar­ka krów. Zaj­mo­wa­ła się też ich pasie­niem.
+++ – Była to bar­dzo cięż­ka pra­ca, za bar­dzo nędz­ne wyna­gro­dze­nie – opo­wia­da. – Do 1955 r. w ogó­le nie wypła­ca­no nam pen­sji. Zapi­sy­wa­no nam tzw. „tru­dod­ni”. Za każ­dy „tru­do­dień” nale­ża­ło się 50 gra­mów ziar­na i 3 kopiej­ki. Mnie nali­czo­no 450 „tru­dod­ni”. Łatwo więc obli­czyć, że za cały rok otrzy­my­wa­łam 13 rubli i 50 kopie­jek i nie­co ponad 200 kg, czy­li czte­ry wor­ki ziar­na. Z tego nie dało się wyży­wić… Haro­wać trze­ba zaś było na okrą­gło, świą­tek i pią­tek. Codzien­nie wsta­wa­łam o czwar­tej rano i musia­łam iść na fer­mę. Po wydo­je­niu krów wra­ca­łam do domu, żeby pomóc mamie, zaś o dwu­na­stej w połu­dnie zno­wu masze­ro­wa­łam na fer­mę. Bywa­ło, że wra­ca­łam do domu o dwu­dzie­stej dru­giej wie­czo­rem. Naj­go­rzej było zimą, kie­dy czę­sto trze­ba było brnąć przez zaspy. Dróg wte­dy nikt nie odśnie­żał. Spóź­nić się do pra­cy nie było wol­no. Za nie­przyj­ście pła­ci­ło się „sztraf” (karę) w wyso­ko­ści 10 rubli! Taka kara ozna­cza­ła pra­cę cał­ko­wi­cie za dar­mo przez kil­ka lat. Ludzie sła­nia­li się więc na nogach, ale do pra­cy przy­cho­dzi­li…
+++ Jedy­ny­mi waż­ny­mi wyda­rze­nia­mi w mono­ton­nym życiu pani Jadwi­gi było mał­żeń­stwo, naro­dzi­ny syna i cór­ki, a tak­że śmierć mat­ki. Za mąż wyszła za Pola­ka, Soko­łow­skie­go, nie musia­ła więc zmie­niać nazwi­ska. Uro­dzi­ny dzie­ci zapa­mię­ta­ła tak­że ze wzglę­du na ich chrzci­ny. W owym cza­sie, czy­li w latach pięć­dzie­sią­tych, jedy­nym czyn­nym kościo­łem była świą­ty­nia w Ostro­gu, do któ­re­go dojeż­dżał o. Aloj­zy Kaszu­ba. – +++ Każ­de ze swych dzie­ci nio­słam, uda­jąc się na pie­cho­tę do Ostro­ga – wspo­mi­na. – Dwa­dzie­ścia kilo­me­trów w jed­ną stro­nę i dwa­dzie­ścia w dru­gą. Żad­nej komu­ni­ka­cji wów­czas prze­cież nie było. Dla tej drob­nej kobie­ty marsz z dziec­kiem na ręku był na pew­no dużym wysił­kiem, ale ona nie żału­je. – Pan Bóg wyna­gro­dził mi to z nawiąz­ką – śmie­je się. – Wła­śnie w koście­le w Ostro­gu, już w wol­nej Ukra­inie, mój wnuk odkrył swo­je powo­ła­nie. Pro­si­łam go, żeby zaj­rzał kie­dyś do świą­ty­ni w tym mie­ście. Po pierw­szej Mszy św. wyszedł z niej zauro­czo­ny. Gdy przy­je­chał do mnie powie­dział: – Bab­ciu tam jest taki ksiądz „po duszy”. – Od tej pory z Nie­ti­szy­na, w któ­rym miesz­kał, jeź­dził do Ostro­ga sys­te­ma­tycz­nie, gdzie pod okiem ks. Kowa­lo­wa zdo­by­wał wie­dzę reli­gij­ną. Pani Jadwi­ga nigdy nie kry­ła, że jest oso­bą wie­rzą­cą. W jej domu zawsze urzą­dzo­ny był ołta­rzyk i wisia­ły reli­gij­ne obra­zy. Po tych ozna­kach od razu moż­na było wywnio­sko­wać, kto w nim miesz­ka. Była na naj­waż­niej­szym szcze­blu dra­bi­ny spo­łecz­nej i nikt nie mógł jej nic zro­bić. – Któ­re­goś wie­czo­ru przy­szedł do mnie w cywil­nym ubra­niu wędrow­ny pra­wo­sław­ny, przed­sta­wił się i zapy­tał, czy mam ochrzczo­ne dzie­ci – wspo­mi­na pani Jadwi­ga. – Gdy wszedł do wnę­trza cha­ty, spoj­rzał na ścia­nę, gdzie wisia­ły obra­zy, sta­nął jak wry­ty i oświad­czył: – a tu Pola­cy miesz­ka­ją, to prze­pra­szam! – Chciał wyjść, ale zapro­si­łam go do sto­łu. Był bar­dzo zado­wo­lo­ny, gdy mu powie­dzia­łam, że Bóg jest jeden. Dziś pani Jadwi­ga doży­wa swo­ich dni. Nie pro­wa­dzi już mini­go­spo­dar­stwa. Ma tyl­ko nie­wiel­ki ogró­dek i pięć kurek. Zdro­wie jej jesz­cze dopi­su­je. Przy­naj­mniej na tyle, by odwie­dzać sąsiad­ki i cie­szyć się z odwie­dzin gości. Nie ukry­wa jed­nak, że naj­bar­dziej cie­szy się z odwie­dzin wnu­ka Bory­sa. Wte­dy rosną jej skrzy­dła. Wzra­sta też prze­ko­na­nie, że nie zmar­no­wa­ła życia.

Tekst i foto: Marek A. Koprow­ski