Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Historia we wspomnieniach

Na tułaczym szlaku



W 1942 roku ze Związ­ku Sowiec­kie­go ewa­ku­owa­no armię gene­ra­ła Wła­dy­sła­wa Ander­sa. Wraz z żoł­nie­rza­mi nie­ludz­ką zie­mię opu­ści­ły tysią­ce cywi­lów, wśród nich tak­że dzie­ci. W następ­nych mie­sią­cach wol­ny świat pod­jął wiel­ką akcję pomo­cy. Dzię­ki niej, dzie­ci tra­fi­ły do osie­dli i szkół utwo­rzo­nych m.in. w Nowej Zelan­dii, Indiach, Afry­ce Połu­dnio­wej, Mek­sy­ku. Uczy­ły się miło­ści do Ojczy­zny z nadzie­ją, że po zakoń­cze­niu woj­ny będą mogły do niej wró­cić. Wie­lu nie było to jed­nak dane. Pol­ska – zdra­dzo­na przez zachod­nich alian­tów – zosta­ła odda­na Związ­ko­wi Sowiec­kie­mu. Pamię­ta­jąc o tych tra­gicz­nych uchodź­cach, z ini­cja­ty­wy Anny Walen­ty­no­wicz, Biu­ro Bez­pie­czeń­stwa Naro­do­we­go wraz z Insty­tu­tem Pamię­ci Naro­do­wej, pod patro­na­tem pre­zy­den­ta Lecha Kaczyń­skie­go zor­ga­ni­zo­wa­ło w listo­pa­dzie 2007 roku w Pała­cu Bel­we­der­skim kon­fe­ren­cję „Pol­skie dzie­ci na tuła­czym szla­ku  1939–1950”. Jej efek­tem jest m.in. książ­ka „Pol­skie dzie­ci na tuła­czych szla­kach 1939–1950” pod redak­cją Janu­sza Wró­bla i Joan­ny Żelaz­ko, wyda­na w War­sza­wie w 2008 roku przez IPN. To z niej zamiesz­cza­my frag­ment wspo­mnień Cze­sła­wa Saw­ki z Chi­ca­go (s. 204–219).

I Komu­nia Świę­ta pol­skich dzie­ci w San­ta Rosa w Mek­sy­ku fot. „Pol­skie dzie­ci…”

Pobyt w Kra­sno­wodz­ku dłu­żył się nam jed­nak coraz bar­dziej, może dla­te­go, że tak nie­cier­pli­wie ocze­ki­wa­li­śmy na wyjazd. Dotkli­wie dawa­ły się nam we zna­ki burze pia­sko­we nad­cią­ga­ją­ce z pobli­skiej pusty­ni. W koń­cu docze­ka­li­śmy się zaokrę­to­wa­nia na stat­ki, któ­re zabra­ły nas do Ira­nu. Nasz sta­tek był prze­ła­do­wa­ny do gra­nic moż­li­wo­ści, a wie­le osób cier­pia­ło na cho­ro­bę mor­ską. Podróż nie trwa­ła dłu­go, ale była ogrom­nie wyczer­pu­ją­ca. Odpły­nę­li­śmy wie­czo­rem i po cało­noc­nym rej­sie na dru­gi dzień dotar­li­śmy do irań­skie­go brze­gu. Naresz­cie byli­śmy wol­ni. W Pah­le­vi nie pozo­sta­li­śmy dłu­go, gdyż nie było tam odpo­wied­nich warun­ków. Wraz z tysią­ca­mi innych Pola­ków prze­wie­zio­no nas woj­sko­wy­mi cię­ża­rów­ka­mi do Tehe­ra­nu. Nie oby­ło się bez emo­cji, gdyż jecha­li­śmy krę­ty­mi, gór­ski­mi dro­ga­mi, czę­sto na skra­ju groź­nych prze­pa­ści. Hin­du­scy kie­row­cy pro­wa­dzi­li samo­cho­dy pew­nie i szczę­śli­wie dowieź­li nas do miej­sca prze­zna­cze­nia. W tym samym cza­sie w Ira­nie zna­la­zła się moja póź­niej­sza żona. Losy jej rodzi­ny w Rosji były jesz­cze bar­dziej tra­gicz­ne, niż to, co przy­pa­dło nam w udzia­le. Pod­czas pierw­szych mie­się­cy poby­tu na zesła­niu zmarł jej nowo naro­dzo­ny bra­ci­szek, któ­re­mu nada­no imię Sta­ni­sław. Warun­ki egzy­sten­cji w posioł­ku Ostrow­skij były bar­dzo cięż­kie, rodzi­ce swe skrom­ne por­cje przy­dzia­ło­we­go chle­ba odda­wa­li dzie­ciom, aby cho­ciaż one nie cier­pia­ły gło­du. Ogło­sze­nie „amne­stii” otwo­rzy­ło i przed nimi moż­li­wo­ści wyjaz­du na połu­dnie, gdzie spo­dzie­wa­li się zna­leźć zno­śniej­sze warun­ki kli­ma­tycz­ne i opie­kę Woj­ska Pol­skie­go. Rze­czy­wi­stość oka­za­ła się jed­nak zupeł­nie inna. W Uzbe­ki­sta­nie, gdzie po dłu­giej podró­ży zna­leź­li się Grodz­cy, o żyw­ność wca­le nie było łatwiej, a warun­ki zdro­wot­ne były jesz­cze gor­sze niż na mroź­nej pół­no­cy. Józef Grodz­ki zacho­ro­wał na tyfus, cho­ro­bę bar­dzo groź­ną, w pry­mi­tyw­nych warun­kach trud­ną do wyle­cze­nia. Zbie­gła się ona w cza­sie z zapo­wia­da­ną od pew­ne­go cza­su ewa­ku­acją woj­ska i lud­no­ści cywil­nej do Ira­nu. Mat­ka Sta­si sta­nę­ła wobec alter­na­ty­wy: pozo­stać w Rosji przy cięż­ko cho­rym mężu, czy też zosta­wić go i wyje­chać razem z dzieć­mi. Wybra­ła roz­wią­za­nie pośred­nie. Dzie­ci wysła­ła z woj­skiem do Ira­nu, a sama pozo­sta­ła w Bucha­rze, gdzie mie­ścił się szpi­tal zakaź­ny, w któ­rym leżał jej mąż. Decy­zja ta była bar­dzo ryzy­kow­na, ale nie­po­zba­wio­na racjo­nal­nych pod­staw. Zosta­jąc w Związ­ku Sowiec­kim, mia­ła nadzie­ję ura­to­wać męża, a zara­zem nie prze­kre­śla­ła szans dzie­ci na wydo­sta­nie się z „nie­ludz­kiej zie­mi” sta­li­now­skie­go impe­rium. Nie­ste­ty, Józef Grodz­ki zmarł w Bucha­rze i został tam pocho­wa­ny w zbio­ro­wej mogi­le. Mat­ka Sta­si po jego śmier­ci nie mia­ła moż­li­wo­ści opusz­cze­nia Związ­ku Sowiec­kie­go, gdyż ewa­ku­acja już się zakoń­czy­ła, a Rosja­nie ode­bra­li oby­wa­tel­stwo Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej wszyst­kim Pola­kom pozo­sta­ją­cym jesz­cze na sowiec­kiej zie­mi. Do Pol­ski mogła wró­cić dopie­ro po woj­nie, a z dzieć­mi spo­tka­ła się w latach sześć­dzie­sią­tych. Nie­zwy­kle dra­ma­tycz­nie poto­czy­ły się losy jej dzie­ci. Cała czwór­ka zna­la­zła się w trans­por­tach ewa­ku­acyj­nych, ale do Ira­nu dotar­ło tyl­ko tro­je rodzeń­stwa. W Kra­sno­wodz­ku zmarł z wycień­cze­nia Edward, naj­młod­szy brat mojej żony. Ona sama wraz z sio­strą Zofią wyje­cha­ły z sie­ro­ciń­cem do Pah­le­vi, a potem do obo­zu pod Tehe­ra­nem. Ina­czej poto­czy­ły się losy ich bra­ta Witol­da. Ewa­ku­owa­ny wraz z juna­ka­mi, na pro­gu wol­no­ści cięż­ko zacho­ro­wał i umarł. Pocho­wa­no go na tehe­rań­skim cmen­ta­rzu uchodź­ców pol­skich, gdzie jego grób pozo­sta­łe przy życiu sio­stry odna­la­zły przy­pad­ko­wo pod­czas uro­czy­sto­ści Wszyst­kich Świę­tych. Ewa­ku­acja ze Związ­ku Sowiec­kie­go otwo­rzy­ła przed nami nowy, szczę­śliw­szy okres życia. Przez dłuż­szy czas prze­by­wa­li­śmy w Ira­nie, aby w koń­cu tra­fić do Mek­sy­ku, gdzie w pobli­żu mia­sta Leon utwo­rzo­no duże osie­dle dla pol­skich uchodź­ców. Naj­dłuż­sza podróż mor­ska mego życia pro­wa­dzi­ła przez obóz tran­zy­to­wy w Ahwa­zie do Bom­ba­ju, gdzie zaokrę­to­wa­no nas na wiel­ki ame­ry­kań­ski trans­por­to­wiec woj­ska USS „Her­mi­ta­ge”. Dla mnie rejs był cie­ka­wą odmia­ną w dotych­cza­so­wym życiu, cho­ciaż na okrę­cie pano­wa­ła suro­wa dys­cy­pli­na, doku­cza­ły też upa­ły, szcze­gól­nie gdy zbli­ży­li­śmy się do stre­fy rów­ni­ko­wej. Pozwa­la­no mi spać na gór­nym pokła­dzie, gdzie było nie­co chłod­niej i znacz­nie cie­ka­wiej. Dosto­so­wać się jed­nak musia­łem do wymo­gów bez­pie­czeń­stwa, zabra­nia­ją­cych gło­śnych roz­mów i uży­wa­nia świa­tła. 24 czerw­ca 1943 roku o godzi­nie ósmej okręt wio­zą­cy urlo­po­wi­czów oraz cho­rych i ran­nych żoł­nie­rzy ame­ry­kań­skich, a tak­że uchodź­ców pol­skich, przy­bił do nabrze­ża mary­nar­ki wojen­nej w San Pedro pod Los Ange­les. Po zej­ściu na ląd cała nasza rodzi­na, tak jak i resz­ta Pola­ków, zosta­ła prze­wie­zio­na auto­bu­sa­mi do dwóch obo­zów tran­zy­to­wych, skąd wyru­szy­li­śmy pocią­giem w kie­run­ku gra­ni­cy mek­sy­kań­skiej. Do Leon w środ­ko­wym Mek­sy­ku przy­by­li­śmy 1 lip­ca 1943 roku. Ponie­waż osie­dle dla uchodź­ców, któ­re mie­ści­ło się w daw­nej hacjen­dzie San­ta Rosa, nie było jesz­cze goto­we, zamiesz­ka­li­śmy w szko­le La Gran­ja. Pierw­sze dni poby­tu w Leon wspo­mi­nam jako nie­zwy­kle eks­cy­tu­ją­ce. Przy­by­cie Pola­ków wywo­ła­ło wiel­kie zain­te­re­so­wa­nie miej­sco­wej lud­no­ści mek­sy­kań­skiej, któ­ra tłum­nie przy­cho­dzi­ła w pobli­że szko­ły, aby przy­glą­dać się egzo­tycz­nym przy­by­szom. Rów­nie cie­ka­wi byli Pola­cy, któ­rzy na ogół bar­dzo nie­wie­le, albo zgo­ła nic nie wie­dzie­li o Mek­sy­ku, jego histo­rii, kul­tu­rze i oby­cza­jach miesz­kań­ców. Jak zwy­kle naj­szyb­ciej barie­ry prze­ła­my­wa­li naj­młod­si. Led­wo nauczy­li się kil­ku słów po hisz­pań­sku, już nawią­zy­wa­li kon­tak­ty z rówie­śni­ka­mi z Leon. Ogó­łem w San­ta Rosa zna­la­zło się 1432 uchodź­ców. W pierw­szym trans­por­cie przy­by­ło 706 osób, w tym 540 doro­słych i 166 dzie­ci. W licz­bie tej mie­ści się pię­cio­ro człon­ków mojej rodzi­ny. Warun­ki życia w hacjen­dzie były począt­ko­wo trud­ne. Pierw­sza gru­pa uchodź­ców nie mogła od razu zamiesz­kać w San­ta Rosa, gdyż remont nie był ukoń­czo­ny. Jesz­cze w koń­cu sierp­nia, gdy prze­nie­sio­no nas do San­ta Rosa, część przy­by­szów musia­ła zamiesz­kać w zabu­do­wa­niach gospo­dar­czych, bra­ko­wa­ło ponad­to umy­wal­ni, pral­ni, były też kło­po­ty z wodą. Stop­nio­wo jed­nak sytu­acja popra­wi­ła się dzię­ki napły­wo­wi fun­du­szy od orga­ni­za­cji, któ­re zobo­wią­za­ły się finan­so­wać poszcze­gól­ne dzie­dzi­ny życia osie­dla, i szyb­kie­mu postę­po­wi prac budow­la­nych, w któ­re zaan­ga­żo­wa­li się sami uchodź­cy. Ojciec mój, jako czło­wiek przy­zwy­cza­jo­ny do cięż­kiej pra­cy, tak­że w San­ta Rosa zna­lazł dla sie­bie zaję­cie. Zaj­mo­wał się głów­nie robo­ta­mi remon­to­wo-budow­la­ny­mi, któ­re wyko­ny­wał na zamó­wie­nie admi­ni­stra­cji osie­dla. Pra­ce te były opła­ca­ne, co popra­wia­ło mate­rial­ne poło­że­nie mojej licz­nej rodzi­ny. Po przy­by­ciu do Mek­sy­ku zaczą­łem uczęsz­czać do pol­skiej szko­ły. Wpraw­dzie do szko­ły cho­dzi­łem już w Tehe­ra­nie, ale na sku­tek cią­głych zmian, napły­wu i odpły­wu uczniów oraz per­so­ne­lu, naucza­nie nie mogło stać na odpo­wied­nio wyso­kim pozio­mie. W San­ta Rosa roz­po­czę­ła się sys­te­ma­tycz­na edu­ka­cja mło­dzie­ży, naj­pierw cho­dzi­łem do V kla­sy szko­ły powszech­nej, a po ukoń­cze­niu kla­sy VI zda­łem egza­min do gim­na­zjum orga­ni­zo­wa­ne­go wła­śnie przez wybit­ne­go duchow­ne­go i wycho­waw­cę ks. Józe­fa Jarzę­bow­skie­go. Naukę kon­ty­nu­owa­łem przez pół­to­ra roku i dopie­ro wyjazd do Sta­nów Zjed­no­czo­nych prze­rwał moją edu­ka­cję w pol­skiej szko­le. Naj­waż­niej­szą pla­ców­ką opie­kuń­czą w San­ta Rosa był Zakład Wycho­waw­czy im. gen. Wła­dy­sła­wa Sikor­skie­go. Prze­by­wa­ło w nim 265 dzie­ci z naj­róż­niej­szych powo­dów pozba­wio­nych opie­ki rodzi­ciel­skiej. Nie zawsze były to peł­ne sie­ro­ty. Nie­kie­dy ich ojco­wie słu­ży­li w Pol­skich Siłach Zbroj­nych, zda­rza­ły się też sytu­acje, że rodzi­ce pozo­sta­li w Rosji. Tak było w przy­pad­ku Sta­ni­sła­wy Grodz­kiej i jej sio­stry Zofii, któ­re też zna­la­zły się w Mek­sy­ku. Pod­czas poby­tu w Mek­sy­ku mogłem zwie­dzić ten cie­ka­wy kraj. Wraz z kole­ga­mi i nauczy­cie­la­mi wyjeż­dża­li­śmy czę­sto do pobli­skie­go Leon. Z odle­glej­szych miej­sco­wo­ści docier
ali­śmy do sto­li­cy – Mek­sy­ku i słyn­ne­go sank­tu­arium Mat­ki Boskiej w Guade­lu­pe. Odwie­dzi­łem rów­nież Guada­la­ja­rę, głów­ne mia­sto sta­nu Jali­sco, i uzdro­wi­sko­we miej­sco­wo­ści nad jezio­rem Cha­pa­la. Naj­bar­dziej inte­re­su­ją­ca była jed­nak wyciecz­ka do wul­ka­nu Peri­cu­tin. Po zakoń­cze­niu woj­ny moi rodzi­ce zaczę­li się zasta­na­wiać nad przy­szło­ścią. O powro­cie do rodzin­nych stron, teraz włą­czo­nych do sowiec­kiej Bia­ło­ru­si, nie mogło być mowy. Na szczę­ście przed nami przy­szłość ryso­wa­ła się pomyśl­niej niż przed więk­szo­ścią uchodź­ców. Decy­du­jąc się na wyjazd do Mek­sy­ku, rodzi­ce bra­li pod uwa­gę fakt, iż w Chi­ca­go miesz­ka nasz bli­ski krew­ny, brat mamy. Wujek wyemi­gro­wał za oce­an jesz­cze przed I woj­ną świa­to­wą, ale pozo­stał gorą­cym pol­skim patrio­tą. (…) W mar­cu 1946 roku nasza rodzi­na jako jed­na z pierw­szych wyje­cha­ła z San­ta Rosa do Sta­nów Zjed­no­czo­nych. „Pol­skie dzie­ci na tuła­czych szla­kach 1939–1950”, red. J. Wró­bel, J. Żelaz­ko, War­sza­wa, 2008
 

wybrał Jaro­sław Sza­rek