Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Ścieżki życia

Życie w bliskości Pana

+++ Dzie­ciń­stwo Ste­ni przy­pa­dło na okres II woj­ny świa­to­wej; wraz z rodzi­ną miesz­ka­ła wów­czas w oko­li­cach Oświę­ci­mia. Ojciec wywie­zio­ny został na robo­ty do Nie­miec i w cza­sie zawie­ru­chy wojen­nej pra­co­wał we wro­cław­skim Pafa­wa­gu. Po wyzwo­le­niu, gdy mia­sto zna­la­zło się w gra­ni­cach Pol­ski, zde­cy­do­wał osie­dlić się w nim na sta­łe i ścią­gnąć do sie­bie żonę oraz dzie­ci. Podob­nie jak wie­le innych pol­skich rodzin, napły­wa­ją­cych z róż­nych rejo­nów Pol­ski, zamiesz­ka­li w jed­nym z opusz­czo­nych przez Niem­ców domów. Ste­nia mia­ła wte­dy zale­d­wie sie­dem lat, lecz dobrze pamię­ta powo­jen­ny wygląd mia­sta, w ogrom­nej czę­ści zrów­na­ne­go z zie­mią. Do lute­go 1945 r. Wro­cław był prze­cież regu­lar­nie bom­bar­do­wa­ny i ostrze­li­wa­ny, bowiem Rosja­nie otrzy­ma­li roz­kaz, by mia­sto zdo­być, a Niem­cy, by bro­nić go do ostat­niej kro­pli krwi. Kosz­mar­ne znisz­cze­nia, ruiny i pię­trzą­ce się wzdłuż ulic zwa­ły gru­zu na zawsze pozo­sta­ły w pamię­ci pani Ste­ni. Kobie­ta nie zapo­mni też trwa­ją­ce­go wie­le lat odgru­zo­wy­wa­nia mia­sta. – Wyda­wa­ło się, że robo­ty te nigdy się nie skoń­czą – mówi. – W tych bar­dzo inten­syw­nych, począt­ko­wo nie­mal cał­ko­wi­cie żywio­ło­wych pra­cach, bra­li udział wszy­scy miesz­kań­cy, tak­że ci naj­młod­si; liczy­ła się prze­cież każ­da para rąk. Jako ucznio­wie pod­sta­wów­ki, cho­dzi­li­śmy do odgru­zo­wy­wa­nia nawet w nie­dzie­le. Naj­pierw był apel i wspól­ny wymarsz do kościo­ła na Mszę św., a dopie­ro potem pra­ca. Dziew­czę­ta zbie­ra­ły kamie­nie i ukła­da­ły je na kup­ki, któ­re chłop­cy wrzu­ca­li łopa­ta­mi do usta­wio­nych wzdłuż ulic wago­ni­ków. Wszy­scy chęt­nie bra­li udział w usu­wa­niu gru­zów, cho­ciaż za pra­cę nikt nie otrzy­my­wał wyna­gro­dze­nia. Nikt też nie narze­kał na tru­dy dnia codzien­ne­go. Miesz­kań­cy mia­sta cie­szy­li się, że woj­na się skoń­czy­ła i moż­na żyć bez­piecz­nie. Odno­si­li się do sie­bie z ogrom­ną życz­li­wo­ścią i trosz­czy­li się o sie­bie nawza­jem; nie wyrzą­dza­li sobie krzyw­dy, tyl­ko wza­jem­nie sobie poma­ga­li. Sąsie­dzi wymie­nia­li się żyw­no­ścią, a gdy ktoś zacho­ro­wał, szu­ka­li leka­rzy i lekarstw, zaś w tram­wa­ju młod­si ustę­po­wa­li miej­sca star­szym, bo każ­dy myślał o dru­gim, nie o sobie. – I to już w nas pozo­sta­ło; w ludziach tam­te­go poko­le­nia – pani Ste­nia uśmie­cha się z nostal­gią. Po woj­nie żad­nej rodzi­nie się nie prze­le­wa­ło, ale dzie­ci – pomi­mo złych warun­ków – były bez­tro­skie i bie­dy jakoś nie zauwa­ża­ły. Wszy­scy dooko­ła żyli skrom­nie, więc malu­chy nabra­ły prze­ko­na­nia, że tak wła­śnie ma być i czu­ły się napraw­dę szczę­śli­we. – Mie­li­śmy nie­wiel­kie wyma­ga­nia – pod­kre­śla pani Ste­nia. – Na co dzień jedli­śmy chleb z mar­ga­ry­ną, a tyl­ko cza­sem ze smal­cem, bo był on droż­szy i trud­no dostęp­ny, zda­rza­ło się, że w kolej­ce po sło­ni­nę cze­ka­li­śmy do pierw­szej w nocy. Poży­wie­nie bar­dzo sza­no­wa­li­śmy, nie mar­nu­jąc ani jed­nej skór­ki chle­ba. O nowej odzie­ży nie mogło być mowy; nosi­li­śmy ubra­nia jed­no po dru­gim i nawet przez myśl nam nie prze­szło, że jakiś ciuch jest nie­mod­ny czy mało gustow­ny. Podob­nie było z książ­ka­mi. Młod­sze dzie­ci uczy­ły się z pod­ręcz­ni­ków star­sze­go rodzeń­stwa. Na szczę­ście pro­gra­my szkol­ne nie ule­ga­ły wte­dy tak czę­stym zmia­nom, jak obec­nie. Zaba­wek też nie potrze­bo­wa­li­śmy, w wol­nym cza­sie prze­by­wa­li­śmy na ogół na ruinach lub w piw­ni­cach znisz­czo­nych budyn­ków i bawi­li­śmy się w woj­nę. Uda­wa­li­śmy, że jest alarm i kry­je­my się przed nalo­ta­mi. To były smut­ne zaba­wy, ale nam wyda­wa­ły się cie­ka­we i dobre. Zda­rza­ły się sytu­acje, że znaj­do­wa­li­śmy np. odcię­tą nogę w bucie; takie obra­zy mam przed ocza­mi do dziś – wzdry­ga się na to wspo­mnie­nie. Cho­ciaż rodzi­ce Ste­ni byli bar­dzo bied­ni, mie­li bowiem czwór­kę dzie­ci, a na utrzy­ma­nie zara­biał jedy­nie ojciec, nie prze­szka­dza­ło im to w przy­gar­nię­ciu do sie­bie jesz­cze jed­ne­go chłop­ca. – To był nasz kuzyn – wyja­śnia. – Gdy zgi­nął mu ojciec, jego mama napi­sa­ła do nas list z proś­bą o umiesz­cze­nie Jasia w Domu Dziec­ka. Bar­dzo było nam go żal, mnie szcze­gól­nie, więc popro­si­łam rodzi­ców, by został z nami; modli­łam się też w tej inten­cji. Jakaż była moja radość, gdy rodzi­ce się zgo­dzi­li. Sie­dem­na­sto­let­nia Ste­nia zda­wa­ła sobie spra­wę, że teraz jesz­cze trud­niej będzie im zwią­zać koniec z koń­cem i zapra­gnę­ła ulżyć rodzi­com; jako naj­star­sza z rodzeń­stwa (po śmier­ci sio­stry) czu­ła się w obo­wiąz­ku im poma­gać. Uwa­ża­ła się za doro­słą, gdyż zda­ła wła­śnie matu­rę w Tech­ni­kum Finan­so­wym i wymy­śli­ła, że naj­lep­szym spo­so­bem będzie zamąż­pój­ście i wypro­wa­dze­nie się z domu. Nie dla­te­go, żeby jej tam było źle, ale żeby nie być cię­ża­rem. Zawsze bar­dziej myśla­ła o innych niż o sobie. Była pięk­ną dziew­czy­ną, więc kan­dy­da­ta na męża nie musia­ła dłu­go szu­kać. Pozna­ła go przez kole­żan­kę, był zawo­do­wym żoł­nie­rzem. Cho­dzi­li razem do kina, na spa­ce­ry, odwie­dzał ją w domu. Wyglą­da­li na parę, cho­ciaż ona nie zaan­ga­żo­wa­ła się uczu­cio­wo. Pew­ne­go dnia, chy­ba po pół roku zna­jo­mo­ści, kole­żan­ka nie­spo­dzie­wa­nie zapy­ta­ła, kie­dy bio­rą ślub. – Bez zasta­no­wie­nia odpar­łam, że za czte­ry mie­sią­ce. On się nic nie ode­zwał, z natu­ry był nie­śmia­ły, ale ogrom­nie się ucie­szył. A ja? Wła­ści­wie to nie bar­dzo mi się podo­bał, ale prze­cież… musia­łam pomóc rodzi­com. O sobie rze­czy­wi­ście nie myśla­łam. Mło­dzi szyb­ko zała­twi­li for­mal­no­ści, zresz­tą wte­dy nie było ich zbyt wie­le. Przy zapo­wie­dziach ksiądz spraw­dził jedy­nie, czy przy­szła żona i mat­ka potra­fi się modlić, bowiem na kobie­cie spo­czy­wa­ła odpo­wie­dzial­ność za reli­gij­ne wycho­wa­nie dzie­ci. W mał­żeń­stwie wszyst­ko nie­źle się ukła­da­ło, no… gdy­by jesz­cze mąż nie był tak bar­dzo zazdro­sny. – Nie dawa­łam mu ku temu naj­mniej­szych powo­dów, ale miał po pro­stu taką podejrz­li­wą natu­rę. Ta zazdrość ogrom­nie mi cią­ży­ła, nie­raz w nocy sobie popła­ka­łam – wyzna­je pani Ste­nia. – Poza tym był dobrym czło­wie­kiem, pra­co­wi­tym, uczci­wym, nigdy mnie nie ude­rzył, nie pił alko­ho­lu. Pani Ste­nia mia­ła kiep­skie zdro­wie. Gdy nosi­ła pod ser­cem pierw­sze dziec­ko, bada­ją­cy ją lekarz, Rosja­nin, stwier­dził koniecz­ność ope­ra­cji płu­ca i naka­zał, aby wcze­śniej usu­nę­ła cią­żę. Gdy mło­dziut­ka kobie­ta nie zgo­dzi­ła się na to, kazał ją wypi­sać ze szpi­ta­la. Na szczę­ście inny lekarz, Polak, zasto­so­wał alter­na­tyw­ny spo­sób lecze­nia i obe­szło się bez skal­pe­la. Musia­ła jed­nak przez kil­ka mie­się­cy pozo­stać w szpi­ta­lu i leżeć nie­mal bez ruchu, z unie­sio­ny­mi do góry noga­mi. Potrzeb­na była też strep­to­my­cy­na, o któ­rą na szczę­ście wysta­ra­li się rodzi­ce. – Wyzdro­wia­łam i uro­dzi­łam zdro­we dziec­ko – cie­szy się pani Ste­nia. – Anty­bio­ty­ki mu nie zaszko­dzi­ły. Widocz­nie Pan Bóg miał wobec nas inne pla­ny. Po trzech latach mąż pani Ste­ni otrzy­mał służ­bo­we prze­nie­sie­nie do Tar­no­wa. – Roz­sta­nie z Wro­cła­wiem było dla mnie cięż­kie, tęsk­ni­łam za rodzi­ną, czę­sto pła­ka­łam, lecz pogo­dzi­łam się z losem. Gdy na świat przy­szła cór­ka, szcze­gól­nie odczu­łam brak mamu­si – mówi, wzdy­cha­jąc. – Mia­łam wte­dy ata­ki worecz­ka żół­cio­we­go i strasz­nie cier­pia­łam. A z dzieć­mi zosta­wa­łam sama, bo mąż pra­wie cały dzień był w pra­cy. Cięż­kie lata uda­ło się prze­trwać. Dzie­ci szyb­ko rosły i pod tro­skli­wym mat­czy­nym okiem wspa­nia­le się roz­wi­ja­ły. Pani Ste­nia sku­pia­ła na nich pra­wie całą swą uwa­gę. – Dzie­ci to moje naj­więk­sze szczę­ście, moja radość i duma, moje życie. Pomi­mo mło­de­go wie­ku – Ste­nia mia­ła osiem­na­ście lat, gdy uro­dził się syn, a dwa­dzie­ścia dwa, gdy na świat przy­szła cór­ka – bez żad­nych pro­ble­mów radzi­ła sobie z ich wycho­wa­niem. – To była intu­icja i chy­ba jesz­cze bar­dziej pomoc Ducha Świę­te­go – stwier­dza. – Nie posia­da­łam prze­cież żad­ne­go przy­go­to­wa­nia peda­go­gicz­ne­go, ani nawet kur­su przed­mał­żeń­skie­go, nie było też ksią­żek, a na gaze­ty nie było nas stać. Bar­dzo sw
e dzie­ci kocha­łam. Patrząc na nie z ogrom­ną miło­ścią, potra­fi­łam sta­wiać im wyma­ga­nia. Zawsze wie­dzia­ły, co im wol­no, a cze­go nie mogą robić. I były posłusz­ne. Pani Ste­nia pamię­ta jed­ną sce­nę z dzie­ciń­stwa syna, gdy malec upie­rał się przy kup­nie samo­cho­dzi­ku, na któ­ry nie mia­ła pie­nię­dzy. Tłu­ma­cze­nie, że zabaw­kę dosta­nie po wypła­cie na nie­wie­le się zda­ło; chło­piec zro­bił awan­tu­rę, rzu­ca­jąc się na zie­mię i tupiąc noga­mi. – Naro­bił mi wsty­du, więc po przyj­ściu do domu wymie­rzy­łam mu suro­wą karę – opo­wia­da mama – ale po otrzy­ma­niu pen­sji kupi­łam mu upra­gnio­ne autko. Meto­da oka­za­ła się sku­tecz­na; taka sytu­acja już nigdy się nie powtó­rzy­ła. Dziec­ko zro­zu­mia­ło, że nie może mieć wszyst­kie­go, cze­go zapra­gnie, ani też zawsze robić to, co chce. Wiel­ką tro­ską pani Ste­ni było wycho­wa­nie dzie­ci na dobrych ludzi. Nie tyl­ko powta­rza­ła im, że nale­ży szla­chet­nie postę­po­wać, ale poka­zy­wa­ła, jak to czy­nić w prak­ty­ce. – Po sąsiedz­ku, w sute­re­nie, miesz­kał chło­piec, któ­ry miał spa­ra­li­żo­wa­ne nogi po prze­by­tej cho­ro­bie Heine­go-Medi­na. Czę­sto widzie­li­śmy go, jak, pod­cią­gnąw­szy się na rękach, pod­su­wał się w kie­run­ku okien­ka, by przez nie wyj­rzeć na świat – opo­wia­da. – Wie­dzia­łam, że jest bied­ny i nie ma nawet zaba­wek, więc zachę­ca­łam moje­go syna, by poda­ro­wał mu jed­ne­go z dwóch swo­ich misiów. W ten spo­sób chcia­łam uwraż­li­wić moje dziec­ko na potrze­by bied­niej­szych od nas. Jak­że się cie­szy­łam, gdy mój mały chłop­czyk bez żalu oddał swą zabaw­kę inne­mu dziec­ku. Od tej pory nabra­łam pew­no­ści, że wyro­śnie na pra­we­go czło­wie­ka. I tak się sta­ło. Pani Ste­nia sta­ra­ła się poświę­cać dzie­ciom dużo cza­su i uwa­gi, wie­le z nimi roz­ma­wia­ła. Dzie­ci były z nią szcze­re, dla­te­go wie­dzia­ła, co myślą i co czu­ją. I ze wszyst­ki­mi swo­imi spra­wa­mi przy­cho­dzi­ły do mamy. Wpa­ja­jąc im zasa­dy postę­po­wa­nia, tłu­ma­czy­ła, dla­cze­go nale­ży dobrze żyć, dla­cze­go nie wol­no niko­go krzyw­dzić, obra­żać, oszu­ki­wać, dla­cze­go trze­ba mówić praw­dę, dobrze się uczyć, nie grze­szyć. I cie­szyć się ze wszyst­kie­go, choć­by to była rzecz naj­drob­niej­sza. I za wszyst­ko dzię­ko­wać oraz sta­rać się odwdzię­czać. Pani Ste­nia czę­sto ucie­ka­ła się do Boga w modli­twie, nie tyl­ko w sytu­acjach pro­ble­mo­wych, ale tak­że wte­dy, gdy spo­ty­ka­ła ją radość. U Boga i Jego Mat­ki wie­le wypro­si­ła. – Mat­ka Naj­święt­sza „zała­twi­ła” nam nowy dom, w któ­rym może­my nor­mal­nie żyć, bo w zaj­mo­wa­nym wcze­śniej sze­re­gow­cu prze­ży­wa­li­śmy spo­wo­do­wa­ny przez sąsia­dów kosz­mar. Nie mie­li­śmy pie­nię­dzy, by doko­nać takiej zamia­ny, a to, że się uda­ło, uwa­żam za cud. I jestem Maryi nie­wy­po­wie­dzia­nie wdzięcz­na. Nie tyl­ko za dom, za wszyst­ko! Jestem prze­szczę­śli­wa, że mam dobre, kocha­ne dzie­ci. Mam wiel­ką satys­fak­cję z syna, któ­ry jest pra­wym, mądrym, wraż­li­wym i sza­no­wa­nym czło­wie­kiem. Cie­szę się z cór­ki, któ­ra nam poma­ga w sta­ro­ści i opie­ku­je się cho­rym ojcem. Moją wiel­ką rado­ścią są wnu­ki i trzy maleń­kie pra­wnucz­ki. Pani Ste­nia na co dzień radu­je się bli­sko­ścią Pana Boga i dużo się modli, a swo­je cier­pie­nia, zarów­no fizycz­ne, jak i ducho­we, ofia­ru­je Chry­stu­so­wi. Lubi roz­ma­wiać z ludź­mi, wsłu­chi­wać się w ich pro­ble­my i dora­dzać, gdy tego ocze­ku­ją. Chce cią­gle czuć się potrzeb­na.

Jadwi­ga Mar­ty­ka