Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Wędrówki po Kresach

Ostatnie resztki polskości

Ulicz­ka w Biło­ty­nie wyglą­da bar­dzo smut­no

+++ Biło­tyń może być sym­bo­lem nie tyl­ko umie­ra­ją­cej ukra­iń­skiej wsi, zni­ka­ją­cej dosłow­nie w oczach, ale tak­że cofa­nia się pol­skiej nacji, któ­ra nie­gdyś te stro­ny cywi­li­zo­wa­ła. O pol­skich korze­niach miej­sco­wo­ści moż­na prze­ko­nać się odwie­dza­jąc tutej­szy cmen­tarz, leżą­cy z dru­giej stro­ny wsi.
+++ Na pierw­szy rzut oka cmen­tarz w Biło­ty­nie, któ­ry w cza­sach Rze­czy­po­spo­li­tej nosił nazwę Bia­ło­ty­nia, robi wra­że­nie zanie­dba­ne­go, ale cho­dząc po zaro­śnię­tych alej­kach moż­na się prze­ko­nać, że
Pan Tomasz pod swo­im domem w Biło­ty­nie

jest nawie­dza­ny przez bli­skich, któ­rzy poczu­wa­ją się do obo­wiąz­ku jego utrzy­ma­nia. Cały sze­reg mogił osób zmar­łych, nawet przed kil­ku­dzie­się­ciu laty, ma nowe, współ­cze­sne nagrob­ki. To dobrze świad­czy o potom­kach spo­czy­wa­ją­cych tu naszych roda­ków. Śla­dy po wie­lu dziel­nych rodach pol­skich chło­pów, któ­re mia­ły swój wkład w roz­wój cywi­li­za­cyj­ny tej zie­mi, prze­trwa­ją więc jesz­cze kil­ka­dzie­siąt lat, a może i dłu­żej. Bo sama wieś pew­nie już nie­dłu­go zosta­nie skre­ślo­na z listy sie­dlisk ludz­kich.
+++ – Zosta­ło nas już tu nie­wie­lu, zale­d­wie kil­ka­na­ście rodzin, w sumie jakieś 50 osób – infor­mu­je liczą­cy 86 lat lider tutej­szej pol­skiej spo­łecz­no­ści, Tomasz Gaw­łoc­ki. – Mło­dzi wyje­cha­li, zosta­li sami sta­rzy, doży­wa­ją­cy swych dni.
+++
Krzyż Pol­ski usta­wio­ny przez pana Toma­sza Gaw­łoc­kie­go, żeby świad­czył o pol­sko­ści cmen­ta­rza w Biło­ty­niu

Dzia­dek pana Toma­sza, Józef, pocho­dzą­cy ze wsi spod Kra­ko­wa, osie­dlił się tutaj w koń­cu XIX w., oże­nił się i wraz z bab­cią Bro­ni­sła­wą zało­żył stop­nio­wo powięk­sza­ją­ce się gospo­dar­stwo. Było już cał­kiem spo­re, gdy wła­dzę na Ukra­inie osta­tecz­nie zdo­by­li bol­sze­wi­cy. Począt­ko­wo dawa­li sobie radę. Wyda­wa­ło się im, że w Sowie­tach da się żyć. We wsi uru­cho­mio­no nawet pol­ską szko­łę.
+++ – Cho­dzi­łem do niej tyl­ko dwa lata, ale na tyle się nauczy­łem języ­ka pol­skie­go, że po dziś dzień potra­fię czy­tać pol­skie książ­ki – wspo­mi­na pan Tomasz. – Języ­ka przod­ków uczy­li mnie oczy­wi­ście rów­nież dziad­ko­wie i rodzi­ce, ale szko­ła mia­ła wpływ decy­du­ją­cy.
+++ Eks­pe­ry­ment mają­cy na celu pozy­ska­nie Pola­ków szyb­ko się jed­nak skoń­czył. Złu­dze­nia Pola­ków w Biło­ty­nie rów­nie szyb­ko się roz­wia­ły. Naj­pierw zaczę­ła się agi­ta­cja za koł­cho­za­mi, póź­niej przy­mu­so­wa kolek­ty­wi­za­cja i wresz­cie wywóz­ki do Kazach­sta­nu.
+++ – Moje­go ojca począt­ko­wo zosta­wio­no w spo­ko­ju, ale w 1937 r. został aresz­to­wa­ny – wspo­mi­na Tomasz Gaw­łoc­ki. – Zabra­no go w nocy i nigdy go już nie widzia­łem. Do dziś nie wie­my, co się z nim sta­ło i gdzie znaj­du­je się jego mogi­ła. Na front nie posze­dłem, byłem za mło­dy do armii. Niem­cy wywieź­li mnie na robo­ty. Pew­nie
Dom pań­stwa Gaw­łoc­kich jest bar­dzo skrom­ny

dzię­ki temu prze­ży­łem. Pra­co­wa­łem w gospo­dar­stwie rol­nym u bau­era. Nie było mi u nie­go źle. On sam śmie­jąc się twier­dził, że powi­nie­nem mu dzię­ko­wać, bo gdy­bym poszedł na front, albo został w domu, to moje szan­se na prze­ży­cie były­by o wie­le mniej­sze. Po zakoń­cze­niu dzia­łań wojen­nych wró­ci­łem w rodzin­ne stro­ny. Nie mia­łem zresz­tą wiel­kie­go wybo­ru. Już w Niem­czech zmo­bi­li­zo­wa­no mnie do Armii Czer­wo­nej. Dowód­cy tłu­ma­czy­li, że potrze­bu­ją nowych żoł­nie­rzy na woj­nę z Japo­nią. W wal­kach na Dale­kim Wscho­dzie nie zdą­ży­łem jed­nak wziąć udzia­łu. Ato­mo­we bom­by zrzu­co­ne przez
W obej­ściu pana Gaw­łoc­kie­go

Ame­ry­ka­nów skró­ci­ły woj­nę. Japoń­czy­cy ska­pi­tu­lo­wa­li. Wró­ci­łem więc tutaj, do koł­cho­zu. Oże­ni­łem się z Leon­ty­ną Bublew­ską, z któ­rą docho­wa­łem się dwóch dorod­nych synów. Razem aż do eme­ry­tu­ry pra­co­wa­li­śmy w koł­cho­zie. Syno­wie opu­ści­li wieś. Jeden pra­cu­je na kie­row­ni­czym sta­no­wi­sku w węź­le kole­jo­wym mia­sta Czop na Zakar­pa­ciu. Dru­gi stoi na cze­le urzę­du zatrud­nie­nia w Twe­rze nie­da­le­ko Moskwy. Raz w roku syno­wie z rodzi­na­mi nas odwie­dza­ją. Są porząd­ny­mi ludź­mi. Mówią nawet tro­chę po pol­sku. Dom Gaw­łoc­kich stoi przy uli­cy, gdzie z kil­ku­na­stu cha­łup zamiesz­ka­nych są led­wie trzy. Jego żona Leon­ty­na ma cho­re nogi i z tru­dem się poru­sza. Pamięć jej jed­nak dopi­su­je i też ma o czym opo­wia­dać. Rów­nież pocho­dzi z moc­no doświad­czo­nej przez sta­li­now­ski
Takie domy nie­ste­ty w Biło­ty­nie domi­nu­ją

reżim rodzi­ny. – Moją rodzi­nę wywie­zio­no w 1936 r. do Obwo­du Zapo­ro­skie­go, gdzie całe tery­to­ria były wylud­nio­ne po Wiel­kim Gło­dzie – opo­wia­da. – Nie zosta­wio­no nas tam jed­nak w spo­ko­ju. W 1937 r. mój ojciec Wła­dy­sław został aresz­to­wa­ny i roz­strze­la­ny. Mama Jani­na wcze­śniej pro­si­ła ojca, żeby ucie­kał. Sowiec­kie orga­na bez­pie­czeń­stwa węszy­ły bowiem wśród prze­sie­dleń­ców. Nie­mal w każ­dą noc ktoś był aresz­to­wa­ny i słuch po nim ginął. Ojciec nie chciał się jed­nak rato­wać. Twier­dził, że nie ma się cze­go oba­wiać, jest prze­cież pro­stym, zwy­kłym czło­wie­kiem, któ­ry nic złe­go nie zro­bił. Tłu­ma­czył też mat­ce, że nie może zosta­wić jej samej z dwo­ma cór­ka­mi i cho­rym ojcem, bo sama sobie nie pora­dzi w obcym śro­do­wi­sku. Gdy został aresz­to­wa­ny, mat­ka cho­dzi­ła do zakła­du, w któ­rym ojciec pra­co­wał. Pyta­ła się jego kie­row­ni­ka, za co ojca aresz­to­wa­no, czy nie mógł­by mu pomóc. On jej odpo­wie­dział: – Bublew­ska, wasze­go męża zaraz zwol­nią, to bar­dzo dobry pra­cow­nik. Nikt nie skła­dał na nie­go żad­nych skarg. Wysta­wi­li­śmy mu dobrą opi­nię. – Dopie­ro po latach dowie­dzie­li­śmy się, że ojca aresz­to­wa­no na pod­sta­wie dodat­ko­we­go dono­su sąsiad­ki, któ­ra chcia­ła, by Rada Wiej­ska przy­zna­ła jej dom wznie­sio­ny przez ojca; zamie­rza­ła budy­nek roze­brać na mate­riał budow­la­ny. W 1942 r., gdy Ukra­inę zaję­li Niem­cy, pozwo­li­li nam wró­cić na Zasławsz­czy­znę. Nasz dom w Biło­ty­nie, zbu­do­wa­ny przez ojca tuż przed wywóz­ką, został roze­bra­ny. Nie mie­li­śmy gdzie miesz­kać. Nikt nie chciał nas przy­jąć pod swój dach. Ludzie oba­wia­li się, że wró­cą Sowie­ci i każ­dy, kto pomo­że „wro­gom ludu”, wraz z nimi będzie ponow­nie wywie­zio­ny. Mama poszła do nie­miec­kiej admi­ni­stra­cji i ta pozwo­li­ła zamiesz­kać nam w domu dziad­ka. Był zruj­no­wa­ny, nie miał okien i drzwi, ale dało się go jakoś dopro­wa­dzić do porząd­ku. Dziad­ka już z nami wte­dy nie było. Umarł w 1942 r., tuż przed naszym wyjaz­dem z miej­sca zesła­nia. Nie chciał być tam pocho­wa­ny. Pro­sił mat­kę, by zebra­ła jego kości i zawio­zła je na ojco­wi­znę. Mat­ka nie była w sta­nie jed­nak tego uczy­nić. Nie był to koniec utra­pień. Wkrót­ce w te stro­ny zaczę­ły zaglą­dać grup­ki ban­de­row­ców. Pamię­tam, że na wszyst­kich sąsia­dów padł bla­dy strach, gdy na mły­nie prze­czy­ta­li napis: „Śmierć Żydom, Pola­kom i Kaca­pom”. Nocą od stro­ny Kunio­wa i Ostro­ga czę­sto sły­chać było strza­ły i widać łuny poża­rów. Dom dziad­ka znaj­do­wał się przy głów­nej dro­dze, więc czę­sto sły­sza­łam, jak prze­cho­dzi­li nią ban­de­row­cy. Roz­ma­wia­li oni po ukra­iń­sku z inny­mi niż tutej­szy akcen­tem i łatwo było ich roz­po­znać. Codzien­nie modli­li­śmy się, by omi­ja­li nasz dom. Zanim uda­li­śmy się na spo­czy­nek, mama zna­kiem krzy­ża zna­czy­ła drzwi i okna, pro­sząc Boga, by chro­nił nas przed noża­mi opraw­ców. Choć od tego cza­su upły­nę­ło już wie­le lat, to do dziś pamię­tam, jak któ­re­goś ran­ka obu­dzi­ło nas łomo­ta­nie w drzwi. Mama otwo­rzy­ła je i zoba­czy­ła na pro­gu dwóch osob­ni­ków z try­zu­ba­mi na czap­kach. Spy­ta­li, czy tu też Pola­cy miesz­ka­ją? Obej­rze­li nasz nędz­ny doby­tek i poszli. Nie zawsze jed­nak ich „odwie­dzi­ny” koń­czy­ły się w ten spo­sób. Nie­da­le­ko nas wyrżnę­li całą rodzi­nę. Wnę­trze domu było we krwi, jak w jakiejś rzeź­ni. Z inne­go domu zabra­li męża mamy kole­żan­ki. Tutej­si Pola­cy reago­wa­li na to róż­nie. Jed­ni zbie­ra­li się i ucie­ka­li do Sła­wu­ty, a inni zapie­ra­li się pol­sko­ści i uda­wa­li Ukra­iń­ców. Jed­na z sąsia­dek, Sta­sia, któ­ra mia­ła czwo­ro dzie­ci już ochrzczo­nych w Koście­le kato­lic­kim, zabra­ła je wszyst­kie do pra­wo­sław­nej cer­kwi i na nowo ochrzci­ła. Maria sta­ła się Mary­ją, Tere­sa Łesią, a Ste­fan Ste­pa­nem. Pra­wo­sław­nych Ukra­iń­ców ban­de­row­cy się nie cze­pia­li, choć też nazy­wa­li ich Moska­la­mi. Z nie­na­wi­ścią odno­si­li się nato­miast do wszyst­kie­go co kato­lic­kie. Na skra­ju Biło­ty­nia sta­ła pięk­na drew­nia­na kaplicz­ka. Ban­de­row­cy porą­ba­li ją na kawał­ki i wrzu­ci­li do rzecz­ki. Pani Leon­ty­na opo­wia­da o tym wszyst­kim wzbu­rzo­nym gło­sem. Naj­bar­dziej ubo­le­wa nad tym, że mor­der­ców kreu­je się dzi­siaj na boha­te­rów i sta­wia im pomni­ki. Żyją prze­cież ludzie, któ­rzy dosko­na­le pamię­ta­ją co ci „boha­te­ro­wie” wyra­bia­li. – Gdy­by nie radziec­cy par­ty­zan­ci, to ban­de­row­cy wszyst­kich nas wyrżnę­li­by – pod­kre­śla pani Leon­ty­na. – Na szczę­ście szyb­ko się tu poja­wi­li, tępiąc ich bez­li­to­śnie. Jak zła­pa­li któ­re­goś na szpie­go­wa­niu, to dłu­go się z nim nie racho­wa­li. Gdy­by nie oni, to ban­de­row­cy wszyst­kich by nas wymor­do­wa­li. Pani Leon­ty­na czę­sto prze­ry­wa, by zła­pać oddech. Widać, że daw­ne wspo­mnie­nia są dla niej bole­sne. Trud­no się temu dzi­wić. Powrót wła­dzy radziec­kiej nie ozna­czał dla niej nicze­go dobre­go. Przed­sta­wi­ciel Rady Wiej­skiej przy­szedł do jej mat­ki i oświad­czył, że cha­łu­pa nie nale­ży do niej i ma się wyno­sić. Musia­ła prze­pro­wa­dzić się do pomiesz­cze­nia przy koł­cho­zie. To już jed­nak temat na następ­ne opo­wia­da­nie.

Tekst i foto:
Marek A. Koprow­ski