Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Rodzina

Frag­ment wspo­mnień ciot­ki św. Mak­sy­mi­lia­na, sio­stry jego mamy, Anny Kubiak z domu Dąbrow­skiej

Mał­żon­ko­wie Fran­ci­szek Dąbrow­ski i Maria z Kli­nic­kich zamiesz­ki­wa­li z dawien daw­na w Zduń­skiej Woli. Wła­sno­ści rol­nej nie mie­li i żyli z pra­cy rąk. Pro­wa­dzi­li cha­łup­ni­cze warsz­ta­ty tkac­kie (…) Obo­je mał­żon­ko­wie byli ludź­mi reli­gij­ny­mi. Żyli po Boże­mu. Obo­wiąz­ki reli­gij­ne wyko­ny­wa­li wier­nie. Mie­li pię­cio­ro dzie­ci i wpa­ja­li w nie zasa­dy kato­lic­kie (…) [Ich] czwar­tym z kolei dziec­kiem była Marian­na, uro­dzo­na 25 lute­go 1870 r. Pią­tym i naj­młod­szym była cór­ka [piszą­ca te wspo­mnie­nia] Anna (…). Rodzi­ce Marian­ny (…) miesz­ka­li na przed­mie­ściu Zdu­ny. Dom był wyna­ję­ty i opła­ca­li komor­ne (…) W domu urzą­dzo­na była pra­cow­nia tkac­ka. Mie­li trzy warsz­ta­ty tkac­kie, na któ­rych od wcze­sne­go ran­ka do póź­na w nocy wyra­bia­no płót­no. Na ścia­nach wisia­ły obra­zy Pana Jezu­sa, Mat­ki Bożej i świę­tych Pań­skich. W rogu izby znaj­do­wał się nie­du­ży ołta­rzyk domo­wy z obra­zem Mat­ki Boskiej Czę­sto­chow­skiej, przed któ­rym pali­ła się olej­na lamp­ka w śro­dy, sobo­ty i nie­dzie­le oraz we wszyst­kie świę­ta Mat­ki Bożej. [Naj­młod­sze cór­ki] Marian­na i Anna modli­ły się wspól­nie. Zbie­ra­ły się też i u kole­ża­nek na modli­twy (…). Czy­tać i pisać dzie­ci uczy­ła mat­ka. Do szko­ły powszech­nej w Zduń­skiej Woli nie wszyst­kie dzie­ci mogły uczęsz­czać ze wzglę­du na wyso­ką opła­tę. Dola tka­czy zduń­skich była cięż­ka (…). [Marian­na, póź­niej­sza mat­ka Świę­te­go] mia­ła w sobie ducha bogo­boj­no­ści i lubi­ła cho­dzić do kościo­ła. Na nabo­żeń­stwo majo­we uczęsz­cza­ła codzien­nie. Zdo­by­ła domo­we wykształ­ce­nie. Od dzie­ciń­stwa pra­co­wa­ła w domo­wym warsz­ta­cie tkac­kim. Chcąc pra­cę zale­głą nad­ro­bić, sie­dzia­ła wie­czo­ra­mi przy warsz­ta­cie (…) Codzien­nie odma­wia­ła róża­niec na klęcz­kach. Wszy­scy w rodzi­nie mie­li różań­ce i szka­ple­rze Nie­po­ka­la­ne­go Poczę­cia Najśw. Maryi Pan­ny. Zwy­czaj­nie odma­wia­no cały róża­niec. Marian­na była dziew­czy­ną skrom­ną i przy­kład­ną. Bra­ła udział w wese­lach, ale zacho­wy­wa­ła się przy­kład­nie i bawi­ła się w gra­ni­cach przy­zwo­ito­ści i umia­ru. Nie­raz oświad­cza­li się jej mło­dzień­cy, lecz nie chcia­ła wyjść za mąż. Widocz­nie coś inne­go jej przy­świe­ca­ło. Z Juliu­szem Kol­be, swym przy­szłym mężem, zapo­zna­ła się przy koście­le para­fial­nym w Zduń­skiej Woli (…). Juliusz i Marian­na Kol­bo­wie po ślu­bie (…) zamiesz­ka­li w mie­ście [w Zduń­skiej Woli], w wyna­ję­tym domu, przy ul. Bro­war­nej 9. Tu przy­szedł na świat naj­star­szy syn Fran­ci­szek (1892) i młod­szy Raj­mund – o. Mak­sy­mi­lian (1894). [W Zduń­skiej Woli] Kol­bo­wie pro­wa­dzi­li czte­ry warsz­ta­ty tkac­kie i mie­li na utrzy­ma­niu jed­ne­go cze­lad­ni­ka i dwóch ter­mi­na­to­rów. Będąc jesz­cze pan­ną, przez pół roku poma­ga­łam im w pra­cy tkac­kiej. Marian­na Kol­bo­wa zaj­mo­wa­ła się gospo­dar­stwem domo­wym i wycho­wy­wa­niem dzie­ci (…). W jej domu był zwy­czaj, że codzien­nie obo­je mał­żon­ko­wie z cze­lad­ni­kiem cho­dzi­li do kościo­ła, odle­głe­go o pół kilo­me­tra, na Mszę świę­tą na godzi­nę 8, a potem dopie­ro spo­ży­wa­li śnia­da­nie. Czy latem czy zimą bez róż­ni­cy prak­ty­ko­wa­li ten zwy­czaj. Juliusz Kol­be nie robił na warsz­ta­cie. Zaj­mo­wał się przyj­mo­wa­niem mate­ria­łów od Żydów. Przy­no­sił z mia­sta od fabry­kan­tów żydow­skich osno­wę i wątek do warsz­ta­tów domo­wych, a potem goto­wy mate­riał odno­sił pra­co­daw­com. Pra­co­daw­cę moż­na było zmie­nić, gdyż pra­ca i pła­ca nie były jed­na­ko­we. Nie­raz sam fabry­kant odmó­wił pra­cy (…). Poza pra­cą, zwią­za­ną z dosta­wą mate­ria­łu i odsta­wie­niem towa­rów, Juliusz Kol­be uczył rze­mio­sła tkac­kie­go, miał dozór nad warsz­ta­ta­mi (…). W domu Kol­bów życie było wzo­ro­we. Mał­żon­ko­wie docho­wy­wa­li sobie wza­jem­nej wier­no­ści mał­żeń­skiej, kocha­li się i nie było kłót­ni. Niko­mu też z pra­cow­ni­ków nie ubli­ży­li (…) Obo­je (…) nale­że­li do III Zako­nu św. Fran­cisz­ka. Codzien­nie rano i wie­czo­rem odma­wia­li pacierz. Juliusz Kol­be nie palił papie­ro­sów i nie pił wód­ki (…) był roz­mow­ny i weso­łe­go uspo­so­bie­nia. Nigdy nie wyrzą­dził niko­mu naj­mniej­szej krzyw­dy. W koście­le i w domu klę­kał zawsze na oba kola­na. Modlił się sku­pio­ny (…). Miesz­ka­nie [w Zduń­skiej Woli] było jed­no­izbo­we: duża sala, a w niej warsz­ta­ty tkac­kie w jed­nym rogu, a w dru­gim kuch­nia. Nie­wiel­ka część sali była prze­gro­dzo­na. Tam był poko­ik Kol­bów. W poko­iku znaj­do­wał się cha­rak­te­ry­stycz­ny ołta­rzyk z obra­zem Mat­ki Boskiej Czę­sto­chow­skiej, krzy­żyk sto­ją­cy, posąż­ki anio­łów i lich­ta­rze ze świe­ca­mi. Lamp­ka oliw­na świe­ci­ła się przed ołta­rzy­kiem w śro­dy, sobo­ty, nie­dzie­le oraz w uro­czy­sto­ści Mat­ki Boskiej. Juliusz Kol­be odby­wał pie­sze piel­grzym­ki do Czę­sto­cho­wy, któ­re co roku wyru­sza­ły ze Zduń­skiej Woli. Był Pola­kiem kocha­ją­cym praw­dzi­wie swo­ją ojczy­znę. Cała pra­ca i wszyst­kie jego zamia­ry skie­ro­wa­ne były głów­nie na wycho­wa­nie i wykształ­ce­nie dzie­ci. Sam posia­dał wykształ­ce­nie w zakre­sie szko­ły powszech­nej, podob­nie jak jego żona Marian­na. Dzie­ci uczy­li pisać i czy­tać sami rodzi­ce (…).