Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Rozmowa z Małgorzatą Kożuchowską

Warto iść pod prąd

fot. Ł. Korze­niow­ski

Znamy ją świetnie z ekranu i sceny. Szczyt popularności przyniosła jej rola Hanki w serialu „M jak miłość”. Jaka jest Małgorzata Kożuchowska, gdy gasną światła kamer? Czytelnikom „Źródła” opowiada o budowaniu rodzinnych więzi, życiu wiarą i wspomnieniach z dzieciństwa, w rozmowie z Jolantą Tęczą-Ćwierz.

– Jest Pani bar­dzo zaję­tą oso­bą, trud­no było umó­wić się z Panią na roz­mo­wę. Jak w tej codzien­nej goni­twie budu­je Pani rodzin­ne wię­zi? Co w tym poma­ga?
– Naj­więk­szym bogac­twem, któ­re poma­ga mi w życiu codzien­nym, jest to, co wynio­słam z domu: war­to­ści i wzor­ce, obser­wa­cja tego, jak żyli i zacho­wy­wa­li się moi rodzi­ce. Czym czło­wiek za mło­du nasią­ka, to potem prze­no­si w swo­je doro­słe życie, oczy­wi­ście jeśli widzi, że to było dobre. Jeśli pamię­ta swo­ją mło­dość i dzie­ciń­stwo jako czas szczę­śli­wy, to chce, aby jego doro­słe życie wyglą­da­ło podob­nie. Ze mną jest tak samo. Moje życie róż­ni się oczy­wi­ście od życia moich rodzi­ców, cho­ciaż obo­je pra­co­wa­li i czę­sto nie było ich w domu. Moja mama pra­co­wa­ła w szko­le. Przy­no­si­ła czę­sto kla­sów­ki czy dzien­nik do domu, jed­nak zawsze znaj­do­wa­ła chwi­lę, by pomóc nam w odra­bia­niu lek­cji czy prze­py­tać nas z zada­ne­go mate­ria­łu. Nato­miast sobo­ta i nie­dzie­la to były dni, któ­re poświę­ca­ło się rodzi­nie bez resz­ty. Razem z mamą i sio­stra­mi pie­kłam cia­sta, goto­wa­łam, cho­dzi­łam na dział­kę, na spa­ce­ry. Z tatą czę­sto jeź­dzi­łam na rowe­rze do lasu, na grzy­by. Mój mąż od począt­ku wie­dział, że moja pra­ca jest dla mnie spo­so­bem na życie. Mój zawód jest bar­dzo absor­bu­ją­cy i wyma­ga­ją­cy. Bar­tek zaak­cep­to­wał to, podej­mu­jąc decy­zję o wspól­nym życiu ze mną. To jest mądrość, ale też pew­na bar­wa miło­ści. Prze­cież cho­dzi o to, aby dać kocha­nej oso­bie wol­ność i moż­li­wość roz­wi­ja­nia swo­ich pasji, zain­te­re­so­wań, sie­bie. Ja rów­nież taką wol­ność i moż­li­wość roz­wo­ju daję swo­je­mu mężo­wi.
– Z domu rodzin­ne­go wynio­sła Pani tak­że sil­ną, głę­bo­ką wia­rę.
– Tak. Wia­ra daje mi nie­zwy­kłą siłę i jest sta­łym punk­tem odnie­sie­nia wła­ści­wie w każ­dej sfe­rze życia. Zda­rza­ły mi się momen­ty trud­ne, róż­ne waha­nia, pro­ble­my, kie­dy zawio­dłam się na innych ludziach, kie­dy moje pla­ny, marze­nia roz­sy­pa­ły się jak domek z kart. Wie­dzia­łam wte­dy, że jedy­ną war­to­ścią, któ­ra jest nie­zmien­na w moim życiu, jest wia­ra, zaufa­nie Bogu i taka pew­ność, że On jest ponad tym wszyst­kim, że jest jak ska­ła. Kie­dy cię inni opusz­czą, zawio­dą, nie znaj­dą cza­su, odwró­cą się od cie­bie, to On jest tym jedy­nym, któ­ry zawsze stoi przy tobie, zawsze na Nie­go możesz liczyć. Czło­wiek może być samot­ny wśród ludzi, ale nigdy nie jest samot­ny w swo­jej rela­cji ze Stwór­cą. To jest dla mnie nie­zwy­kła siła. Wia­ra daje mi też odwa­gę do bycia wier­nym sobie, cza­sem wbrew temu wszyst­kie­mu, co się dzie­je dooko­ła, wbrew utar­tym i popu­lar­nym poglą­dom czy tren­dom. Daje poczu­cie, że nie jestem jak cho­rą­giew­ka na wie­trze, że mam opo­kę, któ­ra pozwa­la mi trwać. To ogrom­na siła. Wia­ra poma­ga mi w podej­mo­wa­niu decy­zji zawo­do­wych, w zabra­niu gło­su w życiu publicz­nym. Choć trud­no mi mówić o takich oso­bi­stych prze­ży­ciach i doświad­cze­niach, wiem, że są ludzie, któ­rzy tego potrze­bu­ją, któ­rych to wzmac­nia.
– Nie­wie­le osób, zwłasz­cza w show-biz­ne­sie, potra­fi mówić w tak otwar­ty spo­sób o wie­rze w Boga. Nie ma Pani poczu­cia, jak­by cza­sem pły­nę­ła pod prąd?
– Cza­sem mam takie poczu­cie, ale jakoś mi to nie prze­szka­dza. To wyni­ka z pew­no­ści, że to, co robię, jest słusz­ne, zgod­ne z moim sumie­niem. A to jest dla mnie naj­waż­niej­sze. Mody się zmie­nia­ją, tren­dy się zmie­nia­ją, ludzie są koniunk­tu­ral­ni, czę­sto sła­bi, ale nie moją rolą jest to oce­niać. Będę kie­dyś roz­li­czo­na z tego, jak ja żyłam, co mówi­łam i robi­łam. I sta­ram się żyć tak, aby ten koń­co­wy rachu­nek był dla mnie naj­lep­szy. Bywam kry­ty­ko­wa­na za swo­ją otwar­tość, zwłasz­cza w Inter­ne­cie, przez ludzi, któ­rzy mnie nie zna­ją. Mam poczu­cie, że śro­do­wi­sko, w któ­rym żyję na co dzień, akto­rzy, kole­dzy, z któ­ry­mi pra­cu­ję w teatrze czy na pla­nach seria­li, myślą i czu­ją tak jak ja. Nie każ­dy ma potrze­bę, żeby dzie­lić się swo­imi poglą­da­mi, wia­rą, czymś tak oso­bi­stym. I trud­no mieć o to pre­ten­sje. Zosta­wia­ją to dla sie­bie, mówiąc, że to jest ich pry­wat­ność i że nie mają potrze­by tego ujaw­niać. Moja otwar­tość wyni­ka być może ze świa­do­mo­ści ewan­ge­li­za­cji. Bar­dzo waż­ną oso­bą jest dla mnie Jan Paweł II. Jest dla mnie wzo­rem, któ­ry sta­ram się naśla­do­wać w moim codzien­nym życiu. Nie­zwy­kle podo­ba­ła mi się jego odwa­ga, któ­rą wyka­zy­wał zwłasz­cza w tak trud­nych cza­sach, w jakich przy­pa­dał jego pon­ty­fi­kat. Był tak­że nie­zwy­kle otwar­ty na wszyst­kich, nie­za­leż­nie od wyzna­wa­nej reli­gii, świa­to­po­glą­du, kolo­ru skó­ry, sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej. Czę­sto mówił o eku­me­ni­zmie. Każ­dy z nas ma jakieś swo­je zada­nie. Ja tak­że mam i sta­ram się je wypeł­niać. Nie myślę też, abym musia­ła z jakie­goś powo­du uda­wać kogoś inne­go niż jestem, nawet jeśli to by się komuś bar­dziej podo­ba­ło lub mia­ła­bym z tego więk­sze korzy­ści. Dla mnie naj­więk­szą korzy­ścią jest spo­kój sumie­nia i to, by żyć w zgo­dzie z tym, co się napraw­dę myśli i czu­je, w zgo­dzie z samym sobą.
– Gdy­by jakiś reży­ser zapro­po­no­wał Pani rolę świę­tej lub bło­go­sła­wio­nej, kogo chcia­ła­by Pani zagrać?
– Kie­dyś marzy­łam o tym, żeby zagrać świę­tą Jadwi­gę kró­lo­wą. Krzysz­tof Zanus­si miał reali­zo­wać taki film, a ja zro­bi­łam wszyst­ko, żeby się z nim spo­tkać cho­ciaż na roz­mo­wę. Nie­ste­ty, z tych pla­nów nic nie wyszło. Film nie powstał. Jest wie­lu świę­tych do podzi­wia­nia. Trud­no wska­zać kogoś ulu­bio­ne­go. Świę­ta Jadwi­ga jest moją patron­ką z sakra­men­tu bierz­mo­wa­nia. To pięk­na postać. Cenię tak­że świę­te­go Augu­sty­na. Moim życio­wym mot­tem są jego sło­wa: „Kochaj i rób co chcesz”. Jak kochasz, to nie możesz robić rze­czy złych. Sło­wa te zawie­ra­ją w sobie mądrość i prze­wrot­ność, a przy tym poczu­cie humo­ru.
– Kil­ka tygo­dni temu prze­ży­wa­li­śmy uro­czy­stość beaty­fi­ka­cji Papie­ża-Pola­ka. Czy uczest­ni­czy­ła Pani w tym wiel­kim wyda­rze­niu?
– Byłam w Rzy­mie z mężem, rodzi­ca­mi i sio­strą. Wiem też, że bar­dzo wie­lu moich kole­gów uczest­ni­czy­ło w uro­czy­sto­ści beaty­fi­ka­cji Jana Paw­ła II. To było nie­zwy­kłe prze­ży­cie. Bra­łam udział we wszyst­kich piel­grzym­kach Papie­ża do Pol­ski, naj­czę­ściej w War­sza­wie, ale tak­że w Czę­sto­cho­wie i Kra­ko­wie. Mia­łam też to wiel­kie szczę­ście i nagro­dę (bo tak to wła­śnie trak­tu­ję), że uczest­ni­czy­łam w pry­wat­nej audien­cji u Jana Paw­ła II z moimi rodzi­ca­mi. Papież był już wte­dy bar­dzo scho­ro­wa­ny, to było rok przed śmier­cią. Mówie­nie spra­wia­ło mu trud­ność, widać było, że był bar­dzo zmę­czo­ny, po całym dniu pra­cy, ale jesz­cze zde­cy­do­wał się nas przy­jąć. Wraz z nami byli przed­sta­wi­cie­le Polo­nii ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych, w sumie spo­ro osób. Gdy Ojciec Świę­ty spoj­rzał na mnie, mia­łam wra­że­nie, że jestem jak­by prze­świe­tlo­na pro­mie­nia­mi Rent­ge­na. To było nie­zwy­kłe. Z jed­nej stro­ny czu­łam się wręcz obna­żo­na, a z dru­giej stro­ny było to nie­zwy­kle oczysz­cza­ją­ce. Nie było cza­su na jakieś zwie­rze­nia czy dłu­gie roz­mo­wy, ale mia­łam wra­że­nie, że prze­nik­nął do naj­głęb­szych zaka­mar­ków mojej duszy, czu­łam, że obcu­ję ze świę­to­ścią. To było nie­po­rów­ny­wal­ne z niczym, może tyl­ko ze spo­wie­dzią… Wie­rzę, że takie momen­ty zda­rza­ją nam się po coś. Mają nas nobi­li­to­wać, ale ta nobi­li­ta­cja ma nas mobi­li­zo­wać do dodat­ko­we­go obo­wiąz­ku i odpo­wie­dzial­no­ści za to, co robi­my w naszym życiu. Nie chcia­ła­bym, aby zabrzmia­ło to gór­no­lot­nie, ale mam taką świa­do­mość, że poprzez mój zawód tra­fiam czę­sto do milio­nów ludzi. W związ­ku z tym mam poczu­cie odpo­wie­dzial­no­ści, pew­nych rze­czy mi nie przy­stoi, nie wypa­da. Spo­tka­nie z Ojcem Świę­tym pozwo­li­ło mi poczuć pewien rodzaj namasz­cze­nia. Dało mi też ogrom­ną siłę. Mam wady i sła­bo­ści, jak każ­dy. Jed­nak chcę się roz­wi­jać i wal­czę z nimi. Wiem też, że ktoś mi w tym pomo­że, że nie jestem pozo­sta­wio­na sama sobie. Mia­łam takie momen­ty, że nie wie­dzia­łam, co robić, sta­łam na roz­dro­żu. I bar­dzo potrze­bo­wa­łam w tej swo­jej bez­rad­no­ści i nie­wie­dzy, żeby ktoś mnie w któ­rąś stro­nę popchnął, żeby pomógł. Czło­wiek czę­sto pro­si o znak, modli się. A Bóg daje zna­ki. Jeśli ma się chęć odczy­ta­nia tego, zauwa­że­nia, dostrze­że­nia, to te zna­ki się poja­wią. Sta­wia na naszej dro­dze róż­nych ludzi, wyda­rze­nia, tzw. zbie­gi oko­licz­no­ści. Cza­sa­mi trze­ba wie­le cier­pli­wo­ści, to się nie zda­rza od razu. Bóg tej cier­pli­wo­ści, poko­ry od nas ocze­ku­je. Potem nagro­da jest ogrom­na i satys­fak­cja też. Kie­dy czło­wiek wie, co ma robić, czu­je się szczę­śli­wy i zaczy­na dzia­łać. Zwłasz­cza gdy widzi, że te jego dzia­ła­nia przy­no­szą kon­kret­ne, wymier­ne owo­ce. Mało jest pięk­niej­szych rze­czy w życiu.
– Kon­kret­ne owo­ce przy­no­si też Pani pra­ca cha­ry­ta­tyw­na. Jest Pani amba­sa­do­rem Fun­da­cji Mam Marze­nie. Jakiś czas temu otrzy­ma­ła Pani Medal Świę­te­go Bra­ta Alber­ta za nie­sie­nie pomo­cy nie­peł­no­spraw­nym i speł­nia­nie marzeń dzie­ci cier­pią­cych na cho­ro­by zagra­ża­ją­ce ich życiu. Jaką war­tość mają dla Pani te dzia­ła­nia?
– Przy­wra­ca­ją życiu wła­ści­we pro­por­cje. Cza­sem wyda­je się, że two­je kło­po­ty, pro­ble­my są naj­więk­sze, że sobie nie pora­dzisz, że świat się koń­czy. Tym­cza­sem, jak powie­dział Jan Paweł II, czło­wiek zna­czy tyle, ile potra­fi dać z sie­bie innym. War­to o tym pamię­tać. Popu­lar­ność jest ogrom­ną siłą, moż­na ją wyko­rzy­stać na róż­ne spo­so­by. Posta­no­wi­łam więc zro­bić coś, co będzie przy­no­si­ło wymier­ny sku­tek. Fun­da­cja Mam Marze­nie jest taką moją fla­go­wą dzia­łal­no­ścią. Poma­gać trze­ba umieć. Nale­ży się zasta­no­wić, komu i jak chce się pomóc, aby przy­nio­sło to jak naj­lep­sze efek­ty. Kie­dy zaczę­łam współ­pra­co­wać z Fun­da­cją, zoba­czy­łam, że w speł­nia­niu marzeń nie cho­dzi tyl­ko o uszczę­śli­wia­nie kogoś. To oczy­wi­ście też jest waż­ne, ale marze­nie ma tak­że zna­cze­nie tera­peu­tycz­ne. Dziec­ko, cze­ka­jąc na speł­nie­nie swo­je­go marze­nia, potra­fi tak zmo­bi­li­zo­wać swój orga­nizm, że jest w sta­nie poko­nać cho­ro­bę. Mam takie przy­kła­dy. Zda­rza­ło się, że reali­za­cja marze­nia przy­wra­ca­ła dziec­ku zdro­wie, a cza­sem rato­wa­ła życie. – Wie­lu mło­dych ludzi marzy o byciu sław­nym i popu­lar­nym. Jed­nak sła­wa ma nie tyl­ko jasne stro­ny… – Kie­dy jako mło­da dziew­czy­na wybie­ra­łam sobie zawód, świat był tro­chę inny. Nie było Inter­ne­tu, tele­fo­nów komór­ko­wych, nie było tylu gazet. Inter­net jest łatwo dostęp­ny, mamy go w domu, w zasię­gu ręki, każ­dy może wejść na stro­nę i napi­sać coś kłam­li­we­go. Trud­no pogo­dzić się z tym, że dziś każ­dy może bez­pod­staw­nie wylać mi na gło­wę wia­dro pomyj, i to wszyst­ko w zgo­dzie z pra­wem. Nie wol­no uwie­rzyć, że jest to jedy­na i praw­dzi­wa stro­na świa­ta i ludz­kich emo­cji. Nauczy­łam się już dystan­su i sta­ram się, żeby to mnie nie doty­ka­ło. Trze­ba mieć odpor­ność i cha­rak­ter, żeby się nie pod­dać, nie dać się zła­mać i mimo wszyst­ko robić swo­je. Papież Jan Paweł II powie­dział kie­dyś, że wol­ność, na któ­rą tak cze­ka­li­śmy i o któ­rą wal­czy­li­śmy tyle lat, jest ogrom­ną siłą, ale trze­ba umieć ją wyko­rzy­stać dobrze, bo wyko­rzy­sta­na źle obra­ca się prze­ciw­ko nam. Mam wra­że­nie, że my chy­ba nie do koń­ca potra­fi­my tę wol­ność dobrze wyko­rzy­stać. I to jest bole­sne i roz­cza­ro­wu­ją­ce. – Co jest dla Pani źró­dłem naj­więk­szej satys­fak­cji? – Spo­kój wła­sne­go sumie­nia. Kie­dy wiem, że coś dobrze zro­bi­łam, że to mia­ło sens, wte­dy śpię spo­koj­nie, jestem szczę­śli­wa. To jest dla mnie praw­dzi­wa satys­fak­cja. Taka umie­jęt­ność życia w zgo­dzie ze sobą, nawet jeśli cza­sem idę tro­chę pod prąd. To jest dla mnie naj­waż­niej­sze i z tego wyni­ka cała resz­ta. Wie­le dla mnie zna­czy tak­że sym­pa­tia i wspar­cie od publicz­no­ści; życz­li­wych mi ludzi, któ­rzy czę­sto trak­tu­ją mnie jak kogoś bar­dzo bli­skie­go. Daje mi to dodat­ko­wą siłę do dzia­ła­nia i wia­rę, że to co robię, jest komuś potrzeb­ne, i że ma sens.
– Dzię­ku­ję bar­dzo za roz­mo­wę.