Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Głupota i mądrość (21)

Samotność

Samot­ność jest groź­na, gdy mija­ją dni, tygo­dnie i nikt nie zapu­ka do drzwi miesz­ka­nia i nikt nie zate­le­fo­nu­je. To znak zamknię­te­go ser­ca tego, kto cze­ka. Prze­cho­dzi przez życie i nie potra­fi wyjść do innych. Kie­dy go potrze­bo­wa­li, on się nie zgło­sił. Jak był mło­dy i sil­ny, nie potrze­bo­wał nicze­go i niko­go. Ale kie­dy sił zabra­kło, z racji cho­ro­by lub pode­szłe­go wie­ku, nie było niko­go, aby się nim zain­te­re­so­wał. Ta samot­ność boli. Dziś samot­nych przy­by­wa. Bywa, że są to ludzie w peł­ni sił, a jed­nak bez towa­rzy­stwa, bez śro­do­wi­ska dobrych kole­gów i kole­ża­nek. Czę­sto jest to owoc ran otrzy­ma­nych w rodzin­nym domu, gdzie zabra­kło miło­ści do dziec­ka, i nie uda­ło się z nim nawią­zać kon­tak­tu. Bywa, że zabra­kło przy­go­to­wa­nia dziec­ka do spo­tka­nia ze świa­tem takim, jaki on jest. To unie­moż­li­wia wej­ścia w kon­tak­ty z ludź­mi. Dziś czę­sto jest to zmę­cze­nie pra­cą zawo­do­wą. Ona blo­ku­je czas i nie ma moż­li­wo­ści wyj­ścia do innych. Kohe­let znał smak samot­no­ści i przed nią prze­strze­ga:
I inną jesz­cze widzia­łem mar­ność pod słoń­cem: oto jest ktoś sam jeden, a nie ma dru­gie­go, i syna nawet ni bra­ta nie ma żad­ne­go – a nie ma koń­ca wszel­kiej jego pra­cy, i oko jego nie syci się bogac­twem: „Dla kogóż to się tru­dzę i duszy swej odma­wiam roz­ko­szy?”. To rów­nież jest mar­ność i przy­kre zaję­cie (Koh 4,7n).
Pra­ca czło­wie­ka dla innych posia­da o wie­le głęb­szy sens niż tyl­ko dla sie­bie. Życie dla innych ma znacz­nie więk­szą orbi­tę niż tyl­ko dla sie­bie. Ego­ista krę­ci się wyłącz­nie wokół wła­snej osi. Ten, kto żyje dla innych nale­ży do ukła­dów pla­net, jaki­mi są inni ludzie. Jeśli jest nasta­wio­ny na dobro innych, wów­czas wokół nie­go krę­cą się inni, to jest taki „układ sło­necz­ny”. On swym ser­cem i ener­gią ogrze­wa – jak słoń­ce – innych. Każ­da dobra rodzi­na jest takim ukła­dem sło­necz­nym. Cza­sem jest on pla­no­wa­ny tyl­ko na jed­no dziec­ko, a więc na jed­ną pla­ne­tę. To znak cia­sno­ty myśle­nia i bra­ku mądro­ści. Życie jest peł­ne nie­spo­dzia­nek, dziec­ko umie­ra i układ pla­ne­tar­ny rodzin­nych serc zni­ka. Bywa­ją rodzi­ny liczą­ce wie­le dzie­ci i ich ukła­dy mają wie­le pla­net. Tra­ge­dia jed­nej z nich nie nisz­czy ukła­du, lecz ubo­ga­ca w prze­ży­cia tajem­nic cier­pie­nia i śmier­ci, któ­re nale­żą do życia.
Jeśli czło­wiek nie jest tak twór­czy, aby zakła­dać rodzi­nę, wcho­dzi w ukła­dy z inny­mi, bo wie, że wów­czas wcho­dzi w orbi­ty wza­jem­nych odnie­sień, któ­re są o wie­le bar­dziej twór­cze niż krę­ce­nie się wokół swej osi. On nie zacho­ru­je na samot­ność.
Kohe­let odsła­nia, pro­sty­mi sło­wa­mi, war­tość spo­tka­nia z inny­mi, mając na uwa­dze sytu­acje trud­ne. Łatwiej je prze­żyć w śro­do­wi­sku dobrych kole­gów i kole­ża­nek niż w samot­no­ści:
Lepiej jest dwom niż jed­ne­mu, gdyż mają dobry zysk ze swej pra­cy. Bo gdy upad­ną, jeden pod­nie­sie dru­gie­go. Lecz samot­ne­mu bia­da, gdy upad­nie, a nie ma dru­gie­go, któ­ry by go pod­niósł. Rów­nież, gdy dwóch śpi razem, nawza­jem się grze­ją; jeden nato­miast jak­że się zagrze­je? A jeśli napad­nie ich jeden, to dwóch prze­ciw­ko nie­mu sta­nie; a powróz potrój­ny nie­ła­two się zerwie. Lep­szy mło­dzie­niec ubo­gi, lecz mądry, od kró­la sta­re­go, ale głu­pie­go, co już nie umie korzy­stać z rad (Koh 4,9–13).
Razem łatwiej pra­co­wać. Razem łatwiej prze­ży­wać wła­sne potknię­cia, bo moż­na liczyć na pomoc­ni­ka. Razem łatwiej nawet w skraj­nej bie­dzie, gdy zabrak­nie ogrze­wa­nia. Doświad­cza­li tego więź­nio­wie obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych. Ogrze­wa­li się wza­jem­nie. Razem o wie­le bez­piecz­niej w spo­tka­niu z tymi, któ­rzy ata­ku­ją. Co dwu, to nie jeden. Róż­ni­cę, jaką dostrze­ga autor natchnio­ny mię­dzy samot­nym a takim, któ­ry ma towa­rzy­szy, ilu­stru­je zesta­wie­niem sznu­ra i powro­za. Sznur jest sam, powróz jest z kil­ku sznu­rów. Siła powro­za jest o wie­le więk­sza niż sznu­ra.
Trze­ba spraw­dzić ilu mamy towa­rzy­szy i jak ceni­my ich w swo­im życiu. Kole­ga, na któ­re­go moż­na liczyć, to skarb wiel­kiej war­to­ści. Czy szko­ła jest dziś miej­scem dora­sta­nia i poszu­ki­wa­nia dobrych kole­gów? Oni są o wie­le cen­niej­si niż wiel­ka wie­dza. W pro­gra­mach szkol­nych skre­ślo­no wycho­wa­nie mło­dych do przy­jaź­ni. To jeden z wiel­kich błę­dów.

ks. Edward Sta­niek