Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Historia we wspomnieniach

Wiara, nadzieja, solidarność

Anna Walen­ty­no­wicz (1929–2010) pod­czas wizy­ty w Kra­ko­wie w 2006 r.

14 sierp­nia 1980 roku kil­ku sym­pa­ty­ków Wol­nych Związ­ków Zawo­do­wych (WZZ), uzna­wa­nych przez komu­ni­stycz­ne wła­dze za nie­le­gal­ne i dzia­ła­ją­cych od 1978 roku w Gdań­sku na rzecz powo­ła­nia nie­za­leż­nych od władz związ­ków zawo­do­wych, zor­ga­ni­zo­wa­ło strajk kil­ku­na­sto­ty­sięcz­nej zało­gi Stocz­ni im. Leni­na. Powo­dem pro­te­stu było zwol­nie­nie z pra­cy Anny Walen­ty­no­wicz, suw­ni­co­wej zatrud­nio­nej w stocz­ni od 1950 roku. Była odzna­czo­na Brą­zo­wym, Srebr­nym i Zło­tym Krzy­żem Zasłu­gi. Od 1978 roku zaan­ga­żo­wa­ła się w dzia­łal­ność w Wol­nych Związ­kach Zawo­do­wych. Wystę­po­wa­ła odważ­nie prze­ciw­ko łama­niu praw pra­cow­ni­czych, zasad BHP, bro­ni­ła kole­gów, czym zdo­by­ła duży auto­ry­tet w stocz­ni. „Poka­zu­ją mi ją kole­dzy: – To jest wła­śnie Anna Walen­ty­no­wicz. Popa­trzy­łem z cie­ka­wo­ścią i sza­cun­kiem. Nie pod­sze­dłem, nie śmia­łem. Ja – zwy­kły robot­nik – i ona – taka sław­na! Wie­dzia­łem, jaka jest dziel­na, jak wal­czy i jak z nią wal­czą. Z całe­go ser­ca byłem po jej stro­nie. Ja rów­nież doświad­cza­łem na wła­snej skó­rze doli sze­re­go­we­go pra­cow­ni­ka stocz­ni” – wspo­mi­nał Piotr Mali­szew­ski. Po trzech dniach strajk prze­ro­dził się w pro­test soli­dar­no­ścio­wy, a człon­ko­wie wyło­nio­ne­go Mię­dzy­za­kła­do­we­go Komi­te­tu Straj­ko­we­go sfor­mu­ło­wa­li 21 postu­la­tów, na cze­le z żąda­niem powo­ła­nia nie­za­leż­nych związ­ków zawo­do­wych. Z tego pro­te­stu – popar­te­go przez set­ki zakła­dów w całej Pol­sce – naro­dził się ruch „Soli­dar­no­ści”, któ­ry zmie­nił Pol­skę. Poni­żej przed­sta­wia­my frag­ment wspo­mnień Anny Walen­ty­no­wicz, opi­su­ją­cej począt­ki straj­ku.
Pod samą bra­mę pod­je­chał samo­chód z dele­ga­cją stocz­niow­ców – wspa­nia­łych kole­gów, któ­rzy sta­nę­li w mojej obro­nie. (…) Ze zdu­mie­niem patrzę, jak – na pole­ce­nie mło­dych robot­ni­ków – straż­ni­cy potul­nie otwie­ra­ją bra­mę. Jakaś kobie­ta poda­je mi bukiet róż – chy­ba zerwa­nych z klom­bu pod budyn­kiem dyrek­cji. Ktoś powie­dział, że ludzie chcą mnie widzieć, mam wejść na kopar­kę. Z kwia­ta­mi w ręku wdra­pu­ję się na jej dach. Gar­dło ści­śnię­te wzru­sze­niem, w oczach łzy. Morze głów, cała zało­ga stocz­ni, chy­ba szes­na­ście tysię­cy osób i wszyst­kie oczy zwró­co­ne w moją stro­nę.
I te trans­pa­ren­ty z moim nazwi­skiem! Jestem oszo­ło­mio­na i szczę­śli­wa. Co mogę im powie­dzieć? Że są wspa­nia­li, że nie zawie­dli, że wal­czy­łam wła­śnie o to, by poczu­li się sil­ni i prze­sta­li się bać?
– Dzię­ku­ję, bar­dzo wam dzię­ku­ję – mówię pra­wie szep­tem i scho­dzę w dół, w ten ogrom­ny, przy­ja­zny tłum.

***

Decy­zja o dal­szych losach straj­ku mia­ła zapaść demo­kra­tycz­nie – w gło­so­wa­niu. Zgo­dzi­li­śmy się na powięk­sze­nie nasze­go gro­na o dodat­ko­wych przed­sta­wi­cie­li zało­gi. Przy­by­ło 48 osób – po dwie z każ­de­go wydzia­łu. (…) Na tej sali ci, któ­rzy uwa­ża­li, że strajk nale­ży kon­ty­nu­ować, że jest jesz­cze parę spraw do zała­twie­nia, a taka oka­zja może się nie powtó­rzyć – sta­no­wi­li mniej­szość. Szczę­śli­wy Wałę­sa wstał, odśpie­wał „Jesz­cze Pol­ska…” i ogło­sił zakoń­cze­nie straj­ku. Z gło­śni­ków popły­nę­ły sło­wa:
„Wszy­scy pra­cow­ni­cy muszą opu­ścić stocz­nię w celu zabez­pie­cze­nia zakła­du przez straż prze­my­sło­wą”. A przy­wód­ca straj­ku szedł już do dyrek­tor­skie­go gabi­ne­tu, by „uzgad­niać szcze­gó­ły”.
Zasko­czo­nym, zdez­o­rien­to­wa­nym ludziom zdą­żył jesz­cze rzu­cić:
– No i co tak sto­icie? Idź­cie do domu, odpocz­nij­cie. Strajk zakoń­czo­ny. Obie­ca­łem dyrek­to­ro­wi, że odpra­cu­je­my te trzy dni.
Sta­łam przed salą BHP ogłu­pia­ła i bez­rad­na. Dla­cze­go to zro­bił? Dla­cze­go zmar­no­wał ogrom­ną szan­sę, jaką był zgod­ny pro­test szes­na­sto­ty­sięcz­nej zało­gi stocz­ni i setek popie­ra­ją­cych nas zakła­dów pra­cy z całej Pol­ski? Z nadzie­ją patrzył na nas cały kraj, patrzył świat, a my? Co osią­gnę­li­śmy?
Dwie przy­wró­co­ne do pra­cy oso­by i parę zło­tych do kie­sze­ni. Co z Wol­ny­mi Związ­ka­mi Zawo­do­wy­mi? Kie­dy Andrzej Koło­dziej – jesz­cze przed pod­da­niem straj­ku – przy­po­mniał Wałę­sie, że stoi całe Trój­mia­sto, że jest oka­zja, żeby zale­ga­li­zo­wać WZZ, ten zachry­piał: – Cze­go chce­cie? Dyrek­tor wię­cej zała­twił, niż żąda­li­śmy.
Gwiaz­do­wie, Boru­se­wicz, inni dzia­ła­cze opo­zy­cji już nie byli mu potrzeb­ni. Czuł się waż­ny, naj­waż­niej­szy. Zapo­mniał o wszyst­kim, cze­go się dowie­dział na szko­le­niach? O więź­niach poli­tycz­nych, o fał­szo­wa­nej histo­rii Pol­ski, o mani­pu­la­cjach i nie speł­nio­nych obiet­ni­cach wła­dzy? O tym, że jedy­ną szan­są, aby robot­nik mógł żyć god­nie, jest sil­ny, nie­za­leż­ny zwią­zek zawo­do­wy w wol­nym kra­ju? (…) Obok mnie sta­ła Alin­ka Pień­kow­ska. Pod­szedł do nas Marek Miko­łaj­czyk, Tade­usz Szczu­dłow­ski i mło­dy lekarz, Darek Kobz­dej z Ruchu Mło­dej Pol­ski. Darek rzu­cił pyta­nie:
– No i co? Zała­twi­li­ście swo­je spra­wy, a co będzie z mniej­szy­mi zakła­da­mi, któ­re was popar­ły? Prze­cież oni ich roz­wal­cu­ją.
Alin­ka chwy­ci­ła mnie za rękę:
– Pani Aniu, ogła­sza­my strajk soli­dar­no­ścio­wy. Musi­my nadać komu­ni­kat.
W sali BHP mikro­fo­ny już wyłą­czo­ne. A z gło­śni­ków co kil­ka minut powta­rza­ny jest komu­ni­kat o zakoń­cze­niu straj­ku. Sły­szy go Stocz­nia Remon­to­wa i Pół­noc­na, Elmor i PKS, wie już całe mia­sto…
Co robić? Jak zatrzy­mać ludzi? Bie­gnie­my obie w kie­run­ku trze­ciej bra­my, bo tam­tę­dy wycho­dzą naj­licz­niej­sze wydzia­ły: K-l, K-3 i C. Z tru­dem łapię oddech:
– Trze­ba zamknąć bra­mę, kon­ty­nu­ować strajk… Chy­ba nie sły­szą. (…) Roz­pła­ka­łam się. I wte­dy zoba­czy­łam w akcji tę, zawsze cichut­ką, deli­kat­ną i nie­śmia­łą Alin­kę [Pień­kow­ską]. W różo­wej bluz­ce, z jasny­mi, spa­da­ją­cy­mi na ramio­na wło­sa­mi, sta­ła na jakiejś pla­sti­ko­wej becz­ce i mówi­ła spo­koj­nie, ale i sta­now­czo:
– Ogła­sza­my strajk soli­dar­no­ścio­wy. Naszym obo­wiąz­kiem jest pomóc tym, co nam pomo­gli. Bez nas się nie obro­nią…
– Ma rację – zawo­łał jakiś mło­dy czło­wiek i przy­stą­pił do zamy­ka­nia bra­my. Zosta­ły jesz­cze dwie – sze­ro­ko otwar­te – przez któ­re nie­ustan­nie wypły­wał wie­lo­ty­sięcz­ny tłum ludzi.
W pobli­żu bra­my nr 1 spo­ty­ka­my Lecha. Idzie, oto­czo­ny tłu­mem, kie­ru­jąc się ku wyj­ściu. Dum­ny jak paw, lek­ko pod­chmie­lo­ny – widać, że „uzgad­nia­nie szcze­gó­łów” z dyrek­to­rem poszło gład­ko. Zatrzy­mu­je­my go, gorącz­ko­wo mu tłu­ma­czy­my, że nie wol­no nam myśleć tyl­ko o sobie, że błąd, jaki popeł­ni­li­śmy, moż­na jesz­cze napra­wić. Jest bar­dzo zdzi­wio­ny, po chwi­li wpa­da w złość:
– O co wam cho­dzi, prze­cież strajk jest zakoń­czo­ny.
Ostra wymia­na zdań. Już wte­dy był prze­ko­na­ny o wła­snej nie­omyl­no­ści. Nie lubił, gdy ktoś ośmie­lał się wąt­pić w słusz­ność jego decy­zji. Nie ustę­po­wa­ły­śmy. Wresz­cie coś do nie­go dotar­ło. Chy­ba zro­zu­miał, że jeśli nas nie posłu­cha – ster wymknie mu się z rąk.
– Dobra, idę z wami.
Myślę, że nigdy mi tego nie zapo­mniał… i nie wyba­czył. Baby, dla któ­rych – jego zda­niem – nie ma miej­sca w poli­ty­ce, zmu­si­ły go do zmia­ny pla­nów. Tyl­ko gdzie był­by teraz, gdy­by­śmy wów­czas nie sta­nę­ły mu na dro­dze?
W stocz­ni zosta­ło oko­ło dwóch tysię­cy ludzi. (…) Wie­dzie­li­śmy, że z wie­lo­ma jesz­cze pro­ble­ma­mi będzie­my musie­li sobie pora­dzić. Do kogo mie­li­śmy się zwró­cić, jeśli nie do naszych wypró­bo­wa­nych przy­ja­ciół i nauczy­cie­li? Gwiaz­do­wie, Boru­se­wicz, Mary­la Płoń­ska, Leszek Kaczyń­ski… Przy­ję­li zapro­sze­nie, goto­wi dzie­lić z nami dole i nie­do­le. Wte­dy wszyst­ko było wiel­ką nie­wia­do­mą. Każ­da kolej­na godzi­na mogła być naszą ostat­nią. Dwa tysią­ce bez­bron­nych ludzi, dobro­wol­nie zamknię­tych na roz­le­głym tere­nie stocz­ni. Odży­wa­ła pamięć Grud­nia – czoł­gi, heli­kop­te­ry, strza­ły… Nie powtó­rzy­my błę­dów sprzed dzie­się­ciu lat. Obwa­ru­je­my się w stocz­ni, będzie­my jej strzec w dzień i noc, nie wpu­ści­my niko­go obce­go. I musi być nas wię­cej!
Tysią­ce ludzi – prze­ko­na­nych o tym, że strajk się zakoń­czył – odpo­czy­wa­ło spo­koj­nie w swo­ich domach, by w ponie­dzia­łek wró­cić do pra­cy. Zmo­bi­li­zo­wa­nie ich do powro­tu, do przy­łą­cze­nia się do nas – to kolej­ne waż­ne zada­nie. Jutro nie­dzie­la… I nagle poja­wia się zba­wien­na myśl: Msza świę­ta! Przyj­dą! Spo­tka­my się znów wszy­scy razem.
Oczy­wi­ście, Mszę świę­tą odpra­wi ksiądz Hen­ryk Jan­kow­ski, on nam zawsze sprzy­jał. Uro­czy­ste nabo­żeń­stwo zapla­no­wa­li­śmy na dzie­wią­tą rano. Na przy­go­to­wa­nia zosta­ło nam kil­ka­na­ście godzin. Uży­li­śmy wszyst­kich dostęp­nych spo­so­bów, by powia­do­mić nie­obec­nych kole­gów. Ludzie, gro­ma­dzą­cy się pod bra­mą, roz­no­si­li wieść po mie­ście. Jako „kurie­rów” wyko­rzy­sty­wa­li­śmy człon­ków naszych rodzin. Sku­tecz­nie. Do stocz­ni wró­ci­ło kil­ka­na­ście tysię­cy osób. Pra­wie cała zało­ga. (…) Waż­ne było to, że znów jeste­śmy razem. I że za chwi­lę zjed­no­czy­my się jesz­cze bar­dziej, we wspól­nej modli­twie u stóp – zbu­do­wa­ne­go ręka­mi stocz­niow­ców – krzy­ża z potęż­nych, drew­nia­nych belek.
Tade­usz Szczu­dłow­ski z ROP­CiO zapro­po­no­wał, żeby ten krzyż usta­wić w pobli­żu bra­my nr 2, ku czci pole­głych w Grud­niu. (…)
Mszę świę­tą cele­bro­wał ks. Jan­kow­ski. Odpły­wa­ły gdzieś strasz­li­we napię­cia, wąt­pli­wo­ści i strach. Koją­ce sło­wa zna­nych, powta­rza­nych od lat modlitw, nabie­ra­ły nowej tre­ści. Jed­no­czy­ły, doda­wa­ły sił. Na sku­pio­nych twa­rzach moż­na było bez tru­du wyczy­tać ogrom­ne wzru­sze­nie, głę­bo­ką wia­rę i nadzie­ję. Komu­nię świę­tą przyj­mo­wa­ły tysią­ce. Odcho­dzi­li od polo­we­go ołta­rza spo­koj­ni, god­ni, goto­wi już na wszyst­ko.
– Po dwu­dzie­stu latach przy­stą­pi­łem do spo­wie­dzi – po pobruż­dżo­nej zmarszcz­ka­mi twa­rzy nie­mło­de­go robot­ni­ka pły­ną stru­mycz­ki łez.
Nie wsty­dził się ich. Ja też. Pła­ka­łam, bo jesz­cze nigdy nie prze­ży­wa­łam tak głę­bo­ko rado­ści z uczest­ni­cze­nia w nabo­żeń­stwie; cie­szy­łam się za tych wszyst­kich, któ­rzy powró­ci­li do Boga; czu­łam ogrom­ną ulgę, że uda­ło się poko­nać „tor prze­szkód” i wymu­sić zgo­dę tych, co rzą­dzą, na odpra­wie­nie Mszy świę­tej w stocz­ni…
Anna Walen­ty­no­wicz, Anna Basza­now­ska,
„Cień prze­szło­ści”,
Wydaw­nic­two „Arca­na”, Kra­ków 2005.

wybrał Jaro­sław Sza­rek