Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Wędrówki po Kresach

Rośnie młode pokolenie Polaków

Roz­po­czę­cie roku szkol­ne­go

Naj­wię­cej Pola­ków w Sze­pie­tów­ce miesz­ka w dziel­ni­cy zwa­nej potocz­nie Szan­gha­jem. Dla­cze­go aku­rat tak się nazy­wa, tego dokład­nie nikt nie wie i spe­cjal­nie się nad tym nie zasta­na­wia. Szan­ghaj to Szan­ghaj i już. Dziel­ni­ca leży na ubo­czu mia­sta i przy­po­mi­na wieś. By do niej tra­fić, trze­ba samo­cho­dem skrę­cić za kościo­łem, a przed zde­wa­sto­wa­nym pol­skim cmen­ta­rzem w pra­wo i poje­chać kil­ka kilo­me­trów szo­są wśród lasów, w stro­nę torów kole­jo­wych. Szan­ghaj leży po obu ich stro­nach. Dla­cze­go Pola­cy aku­rat tu się osie­dli­li, też dokład­nie nie wia­do­mo. Więk­szość z nich sta­no­wi ele­ment napły­wo­wy. Co praw­da pocho­dzą z tych tere­nów, ale znacz­na ich część ma za sobą czę­sto tra­gicz­ne przej­ścia, w tym zesła­nie do Kazach­sta­nu. Jed­ną z nich jest Bro­ni­sła­wa Kaczo­row­ska, uro­dzo­na rok przed wybu­chem na Ukra­inie Wiel­kie­go Gło­du w 1932 r. Była naj­star­szym dziec­kiem Teo­fi­la i Domi­ni­ki Dani­le­wi­czów. Jej mat­ka z domu nazy­wa­ła się Radzie­chow­ska. Miesz­ka­li we wsi Hen­driw­ka w pol­skim rejo­nie auto­no­micz­nym zwa­nym Mar­chlewsz­czy­zną. Kaczo­row­ska cudem prze­ży­ła Wiel­ki Głód, w trak­cie któ­re­go zaczę­ła puch­nąć i nawet kocha­ją­cy ją rodzi­ce prze­sta­li wie­rzyć, że prze­ży­je.
Rodzi­nie uda­ło się jed­nak prze­trwać głód. Kolej­ne nie­bez­pie­czeń­stwo zawi­sło nad rodzi­ną Dani­le­wi­czów w 1936 r., gdy wła­dze sowiec­kie przy­stą­pi­ły do likwi­da­cji Mar­chlewsz­czy­zny, wywo­żąc miesz­ka­ją­cych w niej Pola­ków do Kazach­sta­nu i naj­bar­dziej opor­nych roz­strze­li­wu­jąc na miej­scu. Ojciec pani Bro­ni­sła­wy nie cze­kał aż nocą zastu­ka­ją do jego cha­ty funk­cjo­na­riu­sze GPU. Posta­no­wił z rodzi­ną prze­nieść się do Sze­pie­tów­ki, gdzie moż­na było dostać pra­cę przy wyrę­bie lasów. Te prze­no­si­ny były oczy­wi­ście naj­zwy­czaj­niej­szą
Pierw­szy dzwo­nek

uciecz­ką. W cza­sach sowiec­kich prze­no­sić się z miej­sca na miej­sce wol­no było tyl­ko za spe­cjal­nym zezwo­le­niem. Chłop był de fac­to nie­wol­ni­kiem, któ­ry poza obszar rejo­nu mógł wyje­chać tyl­ko z „koman­di­row­ką”. Począt­ko­wo więc rodzi­na Dani­le­wi­czów żyła jak „bie­żeń­cy”, ukry­wa­jąc się w lesie. Pod korze­niem zwa­lo­ne­go drze­wa pan Teo­fil urzą­dził coś w rodza­ju sza­ła­su, w któ­rym zamiesz­kał z rodzi­ną. Dla Dani­le­wi­czów były to strasz­ne cza­sy. Żywi­li się grzy­ba­mi, jago­da­mi, a gdy ich nie było – tra­wą, zio­ła­mi i korą drzew. Ich los popra­wił się, gdy pan Teo­fil dostał pra­cę w lesie. Dobrzy ludzie pomo­gli mu ją otrzy­mać ukry­wa­jąc fakt, że uciekł przed wywóz­ką. Po pew­nym cza­sie rodzi­nie przy­dzie­lo­no miesz­ka­nie. Umiesz­czo­no ich w zbior­czym bara­ku, w któ­rym żyły jesz­cze czte­ry inne rodzi­ny. W porów­na­niu jed­nak z „ziem­lan­ką” sta­no­wił on dla Dani­le­wi­czów praw­dzi­wy pałac. Póź­niej ojciec zbu­do­wał nie­wiel­ką cha­tyn­kę. Pani Bro­ni­sła­wa do szko­ły nie cho­dzi­ła. Musia­ła zaj­mo­wać się młod­szym rodzeń­stwem. Mia­ła ona wów­czas już jede­na­ścio­ro rodzeń­stwa. Rodzi­ce byli głę­bo­ko wie­rzą­cy i z rado­ścią przyj­mo­wa­li każ­de­go potom­ka.
– Wycho­wy­wa­li nas na oso­by wie­rzą­ce i sta­le przy­po­mi­na­li nam, że jeste­śmy Pola­ka­mi, że Polak i kato­lik to jed­no – wspo­mi­na pani Bro­ni­sła­wa. – Ojciec sta­rał się nas sam uczyć po pol­sku. Z ksią­żecz­ki do nabo­żeń­stwa nauczył mnie czy­tać i modlić się w ojczy­stym języ­ku, za co mu jestem bar­dzo wdzięcz­na. Ja swo­je dzie­ci tak­że wycho­wa­łam na Pola­ków, choć było to trud­ne. Trze­ba było jeź­dzić do kościo­ła w Połon­nem, choć my i tak mie­li­śmy do nie­go sto­sun­ko­wo bli­sko…
Obec­nie pani Bro­ni­sła­wa cho­dzi z tru­dem, od daw­na jest eme­ryt­ką i dzie­li losy naj­star­sze­go poko­le­nia miesz­kań­ców Ukra­iny. Modli­twa to głów­ne jej zaję­cie. Nie jest już w sta­nie cho­dzić do kościo­ła, o odro­dze­nie któ­re­go w Sze­pie­tów­ce wal­czy­ła wraz z inny­mi Pola­ka­mi z Szan­gha­ju. W jej cha­cie zaczę­ła for­mo­wać się pierw­sza gru­pa Pola­ków wal­czą­cych o reje­stra­cję para­fii w Sze­pie­tów­ce.
– Począt­ko­wo modli­li­śmy się w mojej cha­cie – wspo­mi­na pani Bro­ni­sła­wa. – Zapra­sza­łam na Mszę św. wszyst­kich sąsia­dów, o któ­rych wie­dzia­łam, że są wie­rzą­cy. Póź­niej zaczę­li­śmy spo­ty­kać się w innych cha­tach. Chęt­nych do udzia­łu we Mszy św. z tygo­dnia na tydzień było bowiem coraz wię­cej. Ksiądz Anto­ni kazał nam zbie­rać się w takich, któ­re mia­ły podwór­ka, by wszy­scy chęt­ni mogli uczest­ni­czyć w odpra­wia­nej w cha­cie Mszy św. Po pew­nym cza­sie za radą ks. Anto­nie­go urzą­dzi­li­śmy plac z ołta­rzem, na któ­rym zbie­ra­ło się po kil­ka­set osób. Jed­no­cze­śnie zaczę­li­śmy wal­czyć o budo­wę kościo­ła. Po dłu­gich sta­ra­niach uda­ło się nam uzy­skać zgo­dę i przy­stą­pi­li­śmy do wzno­sze­nia świą­ty­ni. Wraz z doro­sły­mi dzieć­mi cho­dzi­łam poma­gać ks. Sta­ni­sła­wo­wi Szy­ro­ko­ra­diu­ko­wi. Podob­nie wszy­scy Pola­cy z Szan­gha­ju. Dziś raz w mie­sią­cu przy­jeż­dża do mnie kapłan, by mnie wyspo­wia­dać i udzie­lić Komu­nii św. Jestem z tego bar­dzo zado­wo­lo­na, bo będę mogła odejść jako Polka i kato­licz­ka.
Wie­ra Duda repre­zen­tu­je w Sze­pie­tów­ce naj­młod­sze poko­le­nie Pola­ków, od któ­re­go będzie zale­żeć ich przy­szłość w tym mie­ście.
– Kie­dy byłam jesz­cze dziec­kiem, pol­skość w naszej rodzi­nie nie była pod­kre­śla­na przez moich rodzi­ców – wspo­mi­na. – W rodzi­nie nikt na co dzień nie mówił po pol­sku. Dzia­dek tro­chę znał ten język. Bab­cia jeź­dzi­ła do czyn­ne­go kościo­ła w Połon­nym. U dziad­ka było jed­nak spo­ro pol­skich ksią­żek, z któ­rych sama mogłam się uczyć języ­ka pol­skie­go. Do matu­ry nauczy­łam się go na tyle, że posta­no­wi­łam, iż zosta­nę nauczy­ciel­ką i będę uczyć dzie­ci języ­ka pol­skie­go, by nie musia­ły docho­dzić do jego zna­jo­mo­ści z takim tru­dem, jak ja. Dosta­łam się na stu­dia na Uni­wer­sy­tet w Rów­nem, gdzie ukoń­czy­łam Insty­tut Sło­wia­no­znaw­stwa, zdo­by­wa­jąc dyplom nauczy­cie­la języ­ka pol­skie­go i angiel­skie­go. Zaczy­na­łam od naucza­nia angiel­skie­go w Liceum w Sze­pe­tów­ce jako przed­mio­tu obo­wiąz­ko­we­go. Pol­skie­go uczy­łam na zaję­ciach fakul­ta­tyw­nych.
W 2008 r. Wie­ra pod­ję­ła się naucza­nia dzie­ci w Grud­niaw­ce. Dojeż­dża do tej miej­sco­wo­ści trzy razy w tygo­dniu. Wycho­dzi z domu tuż po szó­stej. Wra­ca o szes­na­stej, ale po dro­dze zazwy­czaj wstę­pu­je do kościo­ła i wte­dy jest w domu spo­ro póź­niej. Czę­sto pada z nóg, ale bynaj­mniej nie chce ucho­dzić za boha­ter­kę, czy „siłacz­ką” nio­są­cą pol­skim dzie­ciom kaga­nek oświa­ty. Robi po pro­stu to, co lubi.
– Wiej­skie dzie­ci są bar­dzo otwar­te i chęt­nie się uczą – pod­kre­śla. – Nie są znisz­czo­ne przez współ­cze­sną cywi­li­za­cję. Pra­ca z nimi bar­dzo się mi podo­ba. W sumie w szko­le w Grud­niaw­ce mam 24 godzi­ny języ­ka pol­skie­go. Łącz­nie uczę dwie­ście pięć­dzie­się­cio­ro dzie­ci. Sto z nich pocho­dzi z Grud­niaw­ki, a pozo­sta­li z oko­licz­nych miej­sco­wo­ści, w któ­rych miesz­ka spo­ro Pola­ków. Są to Czer­wo­ny Cwit, Rud­nia Nowen­ka, Kli­men­to­wy­czy i Bron­ki.
Entu­zja­zmu pani Wie­rze moż­na istot­nie pozaz­dro­ścić. Szko­ła wiej­ska w Grud­niaw­ce zna­cze­nie róż­ni­ła się od liceum w Sze­pie­tów­ce. Była zanie­dba­na i funk­cjo­no­wa­ła zupeł­nie po sowiec­ku.
– Pole­ca­no mi zaj­mo­wać się tyl­ko ucznia­mi zdol­ny­mi, któ­rzy coś potra­fią a mach­nąć ręką, na tych, któ­rzy do nauki nie mają talen­tu – mówi Wie­ra Duda. – Tak postę­pu­ją bowiem wszy­scy nauczy­cie­le i nie powin­nam się wyła­my­wać. Obie­ca­łam sobie, że ja taka nie będę. Zaczę­łam inten­syw­nie pra­co­wać m.in. z uczniem z szó­stej kla­sy, któ­ry w wyni­ku panu­ją­cej w szko­le prak­ty­ki nie umiał czy­tać i pisać po pol­sku. Zamiast liter ryso­wał kół­ka. Po kil­ku mie­sią­cach poznał już łaciń­ski alfa­bet i zaczął czy­tać i pisać po pol­sku na ele­men­tar­nym pozio­mie. Podob­nie było z dwie­ma dziew­czę­ta­mi, któ­re dopie­ro po pew­nym cza­sie przy­zna­ły się, że nie nauczy­ły się wier­sza, któ­ry im zada­łam, bo nie umie­ją czy­tać po pol­sku. Gdy się nimi zaję­łam bar­dzo szyb­ko nauczy­ły się czy­tać w języ­ku przod­ków. Sta­ły się bar­dzo aktyw­ne na lek­cjach. Z dzieć­mi trze­ba po pro­stu dużo pra­co­wać żeby osią­gnąć efekt.
Wie­ra Duda nale­ży też do Rejo­no­we­go Oddzia­łu Związ­ku Pola­ków na Ukra­inie, kie­ro­wa­ne­go przez Walen­ty­nę Pasiecz­nik. Pani pre­zes jest bar­dzo zado­wo­lo­na z pra­cy Wie­ry. Uwa­ża, że bar­dzo mało jest nauczy­cie­li tak odda­nych dzie­ciom. Dla­te­go chce, by Wie­ra uzu­peł­ni­ła swo­je wykształ­ce­nie w Pol­sce, na stu­diach pody­plo­mo­wych w Lubli­nie. Wte­dy jesz­cze lepiej będzie mogła słu­żyć pol­skiej spo­łecz­no­ści.
– Zale­ży nam bar­dzo, żeby ukoń­czy­ła stu­dia z zakre­su naucza­nia począt­ko­we­go – pod­kre­śla. – Wte­dy bowiem będzie­my mogli z jej umie­jęt­no­ści korzy­sty­wać tak­że w Szko­le Pol­skiej w Sze­pie­tów­ce, do powsta­nia któ­rej dąży­my.

tekst i fot. Marek A. Koprow­ski