Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Powołanie

Życie moje musi iść drogą Maryjną

Pomnik Pry­ma­sa Wyszyń­skie­go przed kate­drą w Łom­ży, gdzie w latach 1915–1917 uczęsz­czał do Gim­na­zjum im. Pio­tra Skar­gi

„W domu nad moim łóż­kiem wisia­ły dwa obra­zy: Mat­ki Bożej Czę­sto­chow­skiej i Mat­ki Bożej Ostro­bram­skiej. I cho­ciaż w onym cza­sie do modli­twy skłon­ny nie byłem, zawsze cier­piąc na kola­na, zwłasz­cza w cza­sie wie­czor­ne­go różań­ca, jaki był zwy­cza­jem nasze­go domu, to jed­nak po obu­dze­niu się dłu­go przy­glą­da­łem się tej Czar­nej Pani i tej Bia­łej. Zasta­na­wia­ło mnie tyl­ko jed­no, dla­cze­go jed­na jest czar­na, a dru­ga – bia­ła. (…) Mój ojciec z upodo­ba­niem jeź­dził na Jasną Górę, a moja mat­ka do Ostrej Bra­my [w Wil­nie]. Razem się potem scho­dzi­li w nad­bu­żań­skiej wio­sce, gdzie uro­dzi­łem się i opo­wia­da­li wra­że­nia ze swo­ich piel­grzy­mek” – wspo­mi­nał swe dzie­cię­ce lata póź­niej­szy Pry­mas Tysiąc­le­cia ks. kard. Ste­fan Wyszyń­ski.
Z domu rodzin­ne­go w Zuze­li nad Bugiem – „na sty­ku Pod­la­sia z Mazow­szem” – wyniósł żar­li­wą poboż­ność, wzo­rem nie tyl­ko rodzi­ców, ale i sąsia­dów. „Zdu­mie­wa­ją­ca była ich spo­koj­na, ufna wia­ra. Tego nie moż­na nazwać, żad­ną mia­rą, nie­wie­dzą reli­gij­ną, bo z tym się łączy patrze­nie w głąb, nie­mal jakieś mistycz­ne obco­wa­nie. Ci ludzie widzą to, w co wie­rzą”. Ten
fot. Archi­wum Insty­tu­tu Pry­ma­sow­skie­go Ste­fa­na Kard. Wyszyń­skie­go w War­sza­wie

świat, w któ­rym dora­stał, nauczył mło­de­go Ste­fa­na – któ­ry w wie­ku dzie­wię­ciu lat stra­cił mat­kę – głę­bo­kiej wia­ry, szcze­gól­nej czci do Mat­ki Bożej, sza­cun­ku do ludz­kiej pra­cy, miło­ści do Ojczy­zny. W wie­ku dzie­się­ciu lat dostał od ojca, zaka­za­ną w zabo­rze rosyj­skim, książ­kę uka­zu­ją­cą histo­rię Pol­ski w 24 obraz­kach. „Wcze­śnie pozna­łem (…) dzie­je nasze­go Naro­du cią­gną­ce się przez tysiąc lat, aż do dziś dnia, wsz­cze­pia­ją­ce się w krew, w myśli i ser­ce czło­wie­ka, nie dają­ce się od nie­go ode­rwać”.
Soli Deo per Mariam
W tym cza­sie zaczę­ło w nim doj­rze­wać tak­że powo­ła­nie do kapłań­stwa. „Uwa­ża­łem, że to jest jedy­na dro­ga dla mnie, nie może być innej”. Dla­te­go już w wie­ku 16 lat prze­niósł się do Liceum św. Piu­sa X we Wło­cław­ku, będą­ce­go zara­zem Niż­szym Semi­na­rium Duchow­nym, tam też wstą­pił do Wyż­sze­go Semi­na­rium. W swo­je 23. uro­dzi­ny przy­jął świę­ce­nia kapłań­skie  w kapli­cy kate­dral­nej Mat­ki Bożej, bazy­li­ki wło­cław­skiej. Sta­ło się to moż­li­we dzię­ki uzdro­wie­niu z cięż­kiej cho­ro­by przed cudow­nym obra­zem Mat­ki Bożej w Liche­niu. Wygląd kan­dy­da­ta na kapła­na nie wzbu­dził zaufa­nia zakry­stia­na, któ­ry powie­dział do przy­szłe­go Pry­ma­sa Pol­ski: „Pro­szę księ­dza, z takim zdro­wiem to chy­ba raczej trze­ba iść na cmen­tarz, a nie do świę­ceń”.
Mszę świę­tą pry­mi­cyj­ną ksiądz Wyszyń­ski odpra­wił przed cudow­nym obra­zem Mat­ki Bożej na Jasnej Górze:  „Poje­cha­łem na Jasną Górę, aby mieć Mat­kę, aby sta­nę­ła przy każ­dej mojej Mszy świę­tej, jak sta­nę­ła przy Chry­stu­sie na Kal­wa­rii”. Za swo­je zawo­ła­nie przy­jął dewi­zę Soli Deo per Mariam (same­mu Bogu przez Mary­ję).
W następ­nych latach, poza licz­ny­mi obo­wiąz­ka­mi dusz­pa­ster­ski­mi, roz­po­czął stu­dia na Kato­lic­kim Uni­wer­sy­te­cie Lubel­skim na Wydzia­le Pra­wa Kano­nicz­ne­go i Nauk Spo­łecz­nych, gdzie uzy­skał sto­pień dok­to­ra. Tam też poznał księ­dza Wła­dy­sła­wa Kor­ni­ło­wi­cza, swo­je­go ducho­we­go ojca: „Nosi­łem się z zamia­rem wstą­pie­nia do zako­nu pau­li­nów i poświę­ce­nia się pra­cy wśród piel­grzy­mów. Ojciec Kor­ni­ło­wicz, mój kie­row­nik ducho­wy, oświad­czył mi, że to nie jest moja dro­ga. Ale nie prze­sta­łem myśleć, że życie moje musi jed­nak iść dro­gą maryj­ną, jak­kol­wiek by pły­nę­ło” – wspo­mi­nał.
Poświę­cił się tak­że pra­cy spo­łecz­nej, m.in. wśród robot­ni­ków, ratu­jąc ich przed zej­ściem na manow­ce bol­sze­wi­zmu. Poznał dokład­nie jego zgub­ne zasa­dy (m.in. napi­sał „Wpływ bol­sze­wi­zmu na inte­li­gen­cję pol­ską”). W latach trzy­dzie­stych licz­ba ini­cja­tyw, w któ­re był zaan­ga­żo­wa­ny, jest impo­nu­ją­ca. Aktyw­nie dzia­łał w Chrze­ści­jań­skich Związ­kach Zawo­do­wych, pro­wa­dził dzia­łal­ność oświa­to­wą, kie­ro­wał Soda­li­cją Mariań­ską, był redak­to­rem naczel­nym „Ate­neum Kapłań­skie­go”, człon­kiem Rady Spo­łecz­nej przy Pry­ma­sie Pol­ski, publi­ko­wał dzie­siąt­ki arty­ku­łów.
Po wybu­chu II woj­ny świa­to­wej Die­ce­zja Wło­cław­ska ponio­sła naj­licz­niej­sze stra­ty wśród ducho­wień­stwa – poło­wa jej kapła­nów, na cze­le z bł. ks. bp. Micha­łem Koza­lem, zosta­ła wymor­do­wa­na przez Niem­ców. Wła­śnie ks. bp Kozal naka­zał ks. Wyszyń­skie­mu opusz­cze­nie Wło­cław­ka. Zdą­żył wyje­chać i ukryć się nim przy­szło po nie­go gesta­po. Prze­by­wał m.in. na Lubelsz­czyź­nie, gdzie opie­ko­wał się nie­wi­do­my­mi dzieć­mi, pro­wa­dził taj­ne naucza­nie. Następ­nie został kape­la­nem Zakła­du dla Nie­wi­do­mych w Laskach pod War­sza­wą. Był tak­że kape­la­nem Armii Kra­jo­wej. Po zakoń­cze­niu woj­ny wró­cił do Wło­cław­ka, gdzie został rek­to­rem Wyż­sze­go Semi­na­rium Duchow­ne­go, zakła­dał tak­że tygo­dnik „Ład Boży”.
W świę­to Zwia­sto­wa­nia Pań­skie­go 1946 roku ksiądz Wyszyń­ski dowie­dział się od kar­dy­na­ła Augu­sta Hlon­da, że papież Pius XII mia­no­wał go bisku­pem, ordy­na­riu­szem lubel­skim. Dwa lata póź­niej, 12 listo­pa­da 1948 roku, w uro­czy­stość Pię­ciu Pol­skich Bra­ci Męczen­ni­ków, został arcy­bi­sku­pem gnieź­nień­sko-war­szaw­skim i  Pry­ma­sem Pol­ski. „Nie czu­łem się przy­go­to­wa­ny do tak odpo­wie­dzial­nej pra­cy, zwłasz­cza w dwóch archi­die­ce­zjach, i to odle­głych, mają­cych odmien­ne wła­ści­wo­ści, z któ­ry­mi trze­ba się było liczyć. Do takiej pra­cy nie­wąt­pli­wie potrzeb­na była świa­tłość. Nie mówię, że to jest mój jakiś nad­zwy­czaj­ny dar. To jest dar łaski, zapo­wie­dzia­ny usta­mi moje­go poprzed­ni­ka, kar­dy­na­ła Augu­sta Hlon­da, któ­ry umie­ra­jąc w War­sza­wie, mówił: Pra­cuj­cie i walcz­cie pod opie­ką Mat­ki Bożej. Zwy­cię­stwo, gdy przyj­dzie, będzie to zwy­cię­stwo Naj­święt­szej Maryi Pan­ny”.
Kocham Ojczy­znę wię­cej niż wła­sne ser­ce…
Pod­czas ingre­su powie­dział: „Nie jestem ci ja ani poli­ty­kiem, ani dyplo­ma­tą, nie jestem dzia­ła­czem ani refor­ma­to­rem. Nato­miast jestem ojcem waszym ducho­wym, paste­rzem i bisku­pem dusz waszych, jestem apo­sto­łem Jezu­sa Chry­stu­sa. Posłan­nic­two moje jest kapłań­skie, paster­skie, apo­stol­skie, wyro­słe z odwiecz­nych Bożych myśli, ze zbaw­czej woli Ojca, dzie­lą­ce­go się rado­śnie szczę­ściem swo­im z czło­wie­kiem. Zada­niem moim jest: chrzcić, bierz­mo­wać, kon­se­kro­wać, świę­cić, ofia­ro­wać, nauczać i sądzić. Nio­sę wam świa­tło Chry­stu­so­we i wołam do wszyst­kich – do was, kapła­ni, i do was, domow­ni­cy wia­ry: pomóż­cie mi wydźwi­gnąć w dom nasz pochod­nię Bożą i umie­ścić na wyso­kim miej­scu, aby świe­ci­ła wszyst­kim, któ­rzy są w domu, aby roz­świe­ci­ła mro­ki i zakąt­ki umy­słów i serc, aby Naród, któ­ry jesz­cze w ciem­no­ści sie­dzi, ujrzał świa­tłość wiel­ką”.
W swej pierw­szej podró­ży udał się na Jasną Górę, po czym – w tym naj­trud­niej­szym i naj­bar­dziej krwa­wym cza­sie komu­ni­stycz­nej nie­wo­li – roz­po­czął peł­nie­nie swej pry­ma­sow­skiej posłu­gi. Bro­niąc Kościo­ła i naro­du szedł rów­nież na kom­pro­mi­sy, aby rato­wać reszt­ki jego dep­ta­nych praw. W 1953 roku wraz z Epi­sko­pa­tem wydał słyn­ny list, któ­ry stał się jed­nym z powo­dów jego uwię­zie­nia.
„Kościół będzie bro­nić wol­no­ści kapłań­stwa, nawet za cenę krwi. Gdy cezar sia­da na ołta­rzu, to mówi­my krót­ko: Nie wol­no! (Non possu­mus)”. Prze­wi­du­jąc, że może stra­cić wol­ność mówił: „Gdy będę w wię­zie­niu, a powie­dzą wam, że Pry­mas zdra­dził spra­wy Boże – nie wierz­cie. Gdy­by mówi­li, że Pry­mas ma nie­czy­ste ręce – nie wierz­cie. Gdy­by mówi­li, że Pry­mas stchó­rzył – nie wierz­cie. Gdy będą mówi­li, że Pry­mas dzia­ła prze­ciw­ko naro­do­wi i naszej ojczyź­nie – nie wierz­cie. Kocham Ojczy­znę wię­cej niż wła­sne ser­ce i wszyst­ko, co czy­nię dla Kościo­ła, czy­nię dla niej”. Tego dowiódł w cza­sie swe­go trzy­let­nie­go uwię­zie­nia i przez następ­ne kil­ka­dzie­siąt lat swej pry­ma­sow­skiej posłu­gi.