Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Z „Zapisków więziennych”

Obrona duszy, rodziny, narodu, Kościoła

fot. Archi­wum Insty­tu­tu Pry­ma­sow­skie­go Ste­fa­na Kard. Wyszyń­skie­go w War­sza­wie

Przy­je­cha­li­śmy z powro­tem do Rywał­du. Było to miej­sce moje­go prze­zna­cze­nia. Wje­cha­li­śmy w puste podwó­rze gospo­dar­cze klasz­to­ru Ojców Kapu­cy­nów. Dość dłu­go cze­ka­łem w wozie, zanim „pan w cera­cie” zapro­sił mnie do wnę­trza brzyd­kie­go budyn­ku. Wpro­wa­dzo­no mnie do poko­ju na pierw­szym pię­trze. Oświad­czo­no mi, że to jest miej­sce mego poby­tu, że nie nale­ży wyglą­dać oknem. Nad­to dowie­dzia­łem się, że za kil­ka dni będzie prze­pro­wa­dzo­na ze mną roz­mo­wa na temat mej obec­nej sytu­acji. Mój kon­wo­jent usły­szał raz jesz­cze dokład­nie spre­cy­zo­wa­ne moje sta­no­wi­sko wobec fak­tu doko­na­ne­go.
Pro­te­stu­ję na jego ręce prze­ciw­ko gwał­to­wi, prze­ciw­ko spo­so­bom postę­po­wa­nia z oby­wa­te­lem, któ­re­go pań­stwo mogło dosię­gnąć w inny spo­sób, zgod­ny z Kon­sty­tu­cją. Pro­te­stu­ję prze­ciw­ko unie­moż­li­wie­niu mi spra­wo­wa­nia rzą­dów nad die­ce­zja­mi gnieź­nień­ską i war­szaw­ską. Pro­te­stu­ję prze­ciw­ko pogwał­ce­niu jurys­dyk­cji Sto­li­cy świę­tej, któ­rą wyko­ny­wa­łem na mocy upraw­nień spe­cjal­nych. Oświad­czam, że czyn doko­na­ny przez Rząd jest bar­dzo szko­dli­wy dla Rzą­du, gdyż spo­wo­du­je ata­ki radia i pra­sy zagra­nicz­nej. Pro­te­stu­ję prze­ciw­ko zaka­zo­wi spo­glą­da­nia przez okno.
Rozej­rza­łem się w swo­im poko­ju, któ­ry nosi śla­dy nie­daw­ne­go zamiesz­ka­nia przez któ­re­goś z Ojców Kapu­cy­nów. Zosta­łem sam. Na ścia­nie, nad łóż­kiem, wisi obraz z pod­pi­sem: „Mat­ko Boża Rywałdz­ka, pociesz stra­pio­nych”. To był pierw­szy głos przy­ja­zny, któ­ry wywo­łał wiel­ką radość. Prze­cież sta­ło się to, czym tyle razy mi gro­żo­no: pro nomie Jesu con­tu­me­lias pati. Lęka­łem się, że już nie będę miał udzia­łu w tym zaszczy­cie, któ­re­go dozna­li wszy­scy moi kole­dzy z ławy semi­na­ryj­nej. Wszy­scy oni prze­szli przez obo­zy kon­cen­tra­cyj­ne i wię­zie­nia. Więk­szość z nich odda­ła tam swe życie; kil­ku wró­ci­ło w sta­nie inwa­lidz­twa, jeden umarł po odby­ciu wię­zie­nia pol­skie­go. W ten spo­sób wypeł­ni­ła się w czę­ści zapo­wiedź, któ­rą w roku 1920 na wio­snę dał nam pro­fe­sor litur­gi­ki i dyrek­tor Semi­na­rium Niż­sze­go we Wło­cław­ku, ksiądz Anto­ni Bog­dań­ski. Nie­za­po­mnia­ny ten czło­wiek pod­czas pew­ne­go wykła­du litur­gii powie­dział: „Przyj­dzie czas, gdy przej­dzie­cie przez takie udrę­ki, o jakich czło­wiek nasze­go wie­ku nawet myśleć nie umie. Wie­lu kapła­nom wbi­jać będą gwoź­dzie w ton­su­ry, wie­lu z nich przej­dzie przez wię­zie­nie”… Nie­wie­lu z moich kole­gów zapa­mię­ta­ło te sło­wa. Zapa­dły mi one głę­bo­ko w duszę. Gdy w roku 1939 odwie­dza­łem księ­dza Bog­dań­skie­go w Skul­sku na łożu śmier­ci, pamię­ta­łem o nich. Kazał mi wte­dy goto­wać się do cięż­kiej i odpo­wie­dzial­nej dro­gi, któ­ra w życiu kapłań­skim mnie cze­ka. Oczy tego pło­ną­ce­go czło­wie­ka patrzy­ły z głę­bi zapa­ści nie­zwy­kłym świa­tłem. Na pierw­szym zjeź­dzie kole­żeń­skim, po woj­nie, przy­po­mnia­łem kole­gom te sło­wa; ci, co pozo­sta­li, nie robi­li wra­że­nia, by je zapa­mię­ta­li.
Kole­gom moim nale­ży się tu choć­by krót­kie wspo­mnie­nie. Otrzy­ma­li świę­ce­nia kapłań­skie z rąk bisku­pa Sta­ni­sła­wa Zdzi­to­wiec­kie­go, w Bazy­li­ce Kate­dral­nej Wło­cław­skiej, 29 VI 1924 roku. Było nas razem 17, cho­ciaż nie wszy­scy sta­nę­li w tym dniu do świę­ceń, jako że 2 już było na stu­diach w Lil­le, a ja zna­la­złem się w szpi­ta­lu, cho­ry od tygo­dnia na płu­ca. Z tej gro­mad­ki zgi­nę­li w Dachau: ksiądz Sta­ni­sław Mich­niew­ski, ksiądz Julian Koniecz­ny, ksiądz Jan Miku­siń­ski, ksiądz Jan Fijał­kow­ski, ksiądz Zyg­munt Lan­kie­wicz, ksiądz Bro­ni­sław Pla­cek, ksiądz Sta­ni­sław Ogła­za.
Wró­ci­li z obo­zu kon­cen­tra­cyj­ne­go: ksiądz Józef Dunaj nasz dzie­kan kur­so­wy, ksiądz Ste­fan Koło­dziej­ski, ksiądz Woj­ciech Wol­ski, ksiądz Marian Sawic­ki, ksiądz Anto­ni Kar­dyń­ski, ksiądz Anto­ni Samul­ski. Unik­ną­łem obo­zu tyl­ko ja, dzię­ki temu, że na pole­ce­nie bisku­pa Micha­ła Koza­la opu­ści­łem Wło­cła­wek na kil­ka dni przed dru­gim aresz­to­wa­niem ducho­wień­stwa. Jesz­cze przed woj­ną zmarł nasz kole­ga, ksiądz Kon­stan­ty Janic, na gruź­li­cę. Kole­dzy, któ­rzy wró­ci­li z obo­zu, są nie­mal inwa­li­da­mi. Ksiądz Kar­dyń­ski był „kró­li­kiem doświad­czal­nym” i cięż­ko cho­ro­wał na zaszcze­pio­ną fleg­mo­nę. Ksiądz Anto­ni Samul­ski dostał się do wię­zie­nia pol­skie­go jako dyrek­tor „Cari­tas” Die­ce­zji Wro­cław­skiej i wyszedł zeń z tak zła­ma­nym zdro­wiem, że nie uda­ło się go ura­to­wać.
Takie są dzie­je jed­ne­go tyl­ko kur­su kapła­nów pol­skich w wie­ku XX. Mój brat Tade­usz odsie­dział obo­zy i wię­zie­nia: sowiec­kie, nie­miec­kie i pol­skie. Więk­szość księ­ży i bisku­pów, z któ­ry­mi pra­co­wa­łem, prze­szła przez wię­zie­nia. Było­by coś nie­doj­rza­łe­go w tym, gdy­bym ja nie zaznał wię­zie­nia. Dzie­je się więc coś bar­dzo wła­ści­we­go; nie mogę mieć żalu do niko­go. Chry­stus nazwał Juda­sza „przy­ja­cie­lem”. Nie mogę mieć żalu do tych panów, któ­rzy mnie ota­cza­ją i byli dla mnie dość grzecz­ni. Oni mi prze­cież poma­ga­ją do dzie­ła, któ­re­go nie­uchron­ność od daw­na była oczy­wi­sta dla wszyst­kich. Muszę doce­niać to, co mnie od tych ludzi spo­ty­ka?
Kard. Ste­fan Wyszyń­ski,
„Zapi­ski wię­zien­ne”, „Aresz­to­wa­nie”, 25 wrze­śnia 1953, pią­tek
***
Quae uti­li­tas… Jed­ną przy­naj­mniej moż­na łatwo dostrzec korzyść, jeden grzech mniej. Ci wszy­scy, któ­rzy zazdro­ści­li mi tzw. „karie­ry”, już nie zazdrosz­czą, gdyż „karie­ry” zazwy­czaj cho­dzą hio­bo­wy­mi ser­pen­ty­na­mi. Bo na pew­no dziś nie chcą sie­dzieć „po pra­wi­cy i po lewi­cy mojej”, cho­ciaż poko­je są wol­ne. Karie­ra w Koście­le wyma­ga goto­wo­ści, by pójść z Chry­stu­sem i na krzyż, i do wię­zie­nia. A choć­by to się nie uda­ło, jak Pio­tro­wi, jed­nak przez to doświad­cze­nie przejść trze­ba… Odpa­da więc wiel­ka licz­ba zazdro­snych. Wpraw­dzie nie wszy­scy, gdyż w Koście­le nigdy nie bra­kło ludzi goto­wych na cier­pie­nie. I ci nie prze­sta­li mi zazdro­ścić, ale ich zazdrość nie jest grze­chem.
A jest i ta wiel­ka korzyść, że Oblu­bie­ni­ce moje – Gnieź­nień­ska i War­szaw­ska – odpocz­ną sobie od tak nie­for­tun­ne­go oblu­bień­ca, któ­ry bar­dziej sie­bie miło­wał, niż zaślu­bio­ne przez Kościół. Ileż udrę­ki moż­na spra­wić Kościo­ło­wi, gdy czło­wiek dopie­ro uczy się „rzą­dze­nia i słu­że­nia”, gdy już daw­no powi­nien był tę sztu­kę posia­dać. Ale któż zna dro­gi Boże? Kto z nas wie, kie­dy mu powie­dzą: „Oto ja posy­łam cie­bie…”. Gdy przyj­dzie czas, wszyst­ko nie jest goto­we. „A prze­cież Ojcu Świę­te­mu się nie odma­wia”. Idzie więc bied­ny ska­za­niec do win­ni­cy Pań­skiej, licząc jedy­nie na pomoc łaski sta­nu. Gdy­by przy­naj­mniej nie zawio­dła pamięć, że trze­ba zawsze pokor­nie oglą­dać się na Boga. Nie­ste­ty, tak łatwo jest zapo­mnieć, „skąd czło­wiek wypadł”. Niech więc odpocz­nie sobie Spon­sa Gne­snen­sis et Spon­sa Var­sa­vien­sis, tak fatal­nie zaślu­bio­ne słu­dze nie­uży­tecz­ne­mu.
Kard. Ste­fan Wyszyń­ski,
„Zapi­ski wię­zien­ne”, „Sto­czek
War­miń­ski”, 26 stycz­nia 1954, wto­rek
***
…War­to myśleć o „obro­nie Jasnej Góry” roku 1955. – Jest to obro­na duszy, rodzi­ny, Naro­du, Kościo­ła – przed zale­wem nowych „cza­rów”. Moja „Jasna Góra” ści­śnio­na zewsząd wałem udrę­ki; walą poci­ska­mi „zabo­bo­nu” i „wstecz­nic­twa” – w „Kur­nik”. Przed 300 laty „Kur­nik” oca­lał i trwa do dziś dnia.
„Obro­na Jasnej Góry” dziś – to obro­na chrze­ści­jań­skie­go ducha Naro­du, to obro­na kul­tu­ry rodzi­mej, obro­na jed­no­ści serc ludz­kich – w Bożym Ser­cu, to obro­na swo­bod­ne­go odde­chu czło­wie­ka, któ­ry chce wie­rzyć bar­dziej Bogu niż ludziom, a ludziom – po Boże­mu.
Kard. Ste­fan Wyszyń­ski,
„Zapi­ski wię­zien­ne”, „Prud­nik Ślą­ski”, 18 grud­nia 1954, sobo­ta
***
Fru­men­tum Chri­sti sum: den­ti­bus bestia­rum molar, ut panis mun­dus inve­niar – sło­wa wkła­da­ne w usta świę­te­go Igna­ce­go Męczen­ni­ka, bisku­pa antio­cheń­skie­go, są gło­sem hero­icz­ne­go apo­stol­stwa. Zapew­ne też są wyra­zem wewnętrz­nej potrze­by ducha czło­wie­ka, któ­ry zro­zu­miał nie­ubła­ga­ne następ­stwa pierw­sze­go kro­ku kapłań­skie­go. Wła­ści­wie kapłan nigdy nie może się cofać, nawet gdy­by posłan­nic­two jego wio­dło pod zęby zwie­rząt. Bóg ma pra­wo wszyst­kie­go żądać. Może z lękiem, może z trwo­gą i prze­ra­że­niem – a jed­nak jest to poło­że­nie bez wyj­ścia. I cała pra­ca nasza ma iść nie w tym kie­run­ku, by unik­nąć tych osta­tecz­nych następstw, ale – by dojść do nich z uspo­so­bie­niem ufno­ści, pogo­dy i peł­ne­go zro­zu­mie­nia, że tak musi być, bo tego wyma­ga „Boża racja sta­nu”. Psze­ni­ca i chleb – to kapłań­skie narzę­dzie pra­cy ofiar­ni­czej. Gdy już ich zabrak­nie na ołta­rzu, pozo­sta­je sam ofiar­nik, jak ongiś Chry­stus, któ­ry po roz­mno­że­niu chle­ba – sam się stał Chle­bem i ofia­ro­wał się „zębom bestii”. Bestie odży­wia­ją­ce się Bogiem – mogą się ubó­stwić. Prze­śla­dow­cy ście­ra­ją­cy moją psze­ni­cę na chleb – mogą się nawró­cić. Czy moż­na ich pozba­wić tej ostat­niej szan­sy ratun­ku?
Bóg zażą­dał od kapła­nów wie­ku XX, by wyda­li cia­ła swo­je jako hostię zastęp­czą; w tylu obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych ostat­niej woj­ny doko­na­ła się ofia­ra, ist­na heka­tom­ba Kościo­ła świę­te­go.
Kard. Ste­fan Wyszyń­ski,
„Zapi­ski wię­zien­ne”, „Prud­nik Ślą­ski”,
1 lute­go 1955, śro­da
***
Brak męstwa jest dla bisku­pa począt­kiem klę­ski. Czy jesz­cze może być apo­sto­łem? Prze­cież istot­ne dla apo­sto­ła jest świa­dec­two Praw­dzie! A to zawsze wyma­ga męstwa.
Przy­szłość nale­ży do odważ­nych, któ­rzy ufa­ją i dzia­ła­ją z mocą – mówił Pius XII – nie do bojaź­li­wych i nie­zde­cy­do­wa­nych. Przy­szłość nale­ży do tych, któ­rzy miłu­ją, a nie do tych, któ­rzy nie­na­wi­dzą. Posłan­nic­two Kościo­ła na tym świe­cie jesz­cze jest dale­kie od wypeł­nie­nia; wyma­ga więc nowych doświad­czeń i nowych poczy­nań.
Kard. Ste­fan Wyszyń­ski,
„Zapi­ski wię­zien­ne”, „Komań­cza”, 4 paź­dzier­ni­ka 1956