Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Historia we wspomnieniach

Bolszewika goń, goń, goń

Witraż w koście­le w Koma­ro­wie, upa­mięt­nia­ją­cy zwy­cię­ską bitwę z 1920 roku

W bitwie pod Koma­ro­wem, 31 sierp­nia 1920 roku, pol­scy uła­ni dowo­dze­ni przez gen. Juliu­sza Róm­m­la – w naj­więk­szej od cza­sów napo­le­oń­skich i ostat­niej tak ogrom­nej bitwie kawa­le­rii w XX wie­ku – poko­na­li bol­sze­wic­ką 1 Armię Kon­ną Sie­mio­na Budion­ne­go i zmu­si­li ją do odwro­tu za Bug. Po tej klę­sce już wię­cej nie odzy­ska­ła swej bojo­wej siły. Sowie­ci posia­da­li kil­ka­krot­ną prze­wa­gę i po przed­po­łu­dnio­wej, wie­lo­go­dzin­nej wal­ce byli bli­scy zwy­cię­stwa. Po stro­nie pol­skiej wal­czy­ły m.in. 1 Pułk Uła­nów Kre­cho­wiec­kich, 12 Pułk Uła­nów Podol­skich, 14 Pułk Uła­nów Jazło­wiec­kich, 9 Pułk Uła­nów Mało­pol­skich, 8 Pułk Uła­nów Księ­cia Józe­fa Ponia­tow­skie­go, 2 Pułk Szwo­le­że­rów Rokit­niań­skich. O pol­skim zwy­cię­stwie zade­cy­do­wa­ła wie­czor­na szar­ża rot­mi­strza Kor­ne­la Krze­czu­no­wi­cza z 8 Puł­ku Uła­nów. Jest on auto­rem „Ostat­niej kam­pa­nii kon­nej. Dzia­ła­nia jaz­dy pol­skiej prze­ciw armii kon­nej Budion­ne­go w 1920 roku”, wyda­nej w Lon­dy­nie w 1971 roku, któ­rej frag­ment zamiesz­cza­my poni­żej. Zwy­cię­stwo uła­nów upa­mięt­nił rów­nież Jerzy Kos­sak w „Tryp­ty­ku bitwy kawa­le­ryj­skiej pod Koma­ro­wem 31 VIII 1920”.
Sytu­acja była nad wyraz groź­na. Cała 6 bry­ga­da była zaan­ga­żo­wa­na w kie­run­ku Niewirków–Koniuchy. Na jej bez­po­śred­nie tyły wycho­dzi cała dywi­zja bol­sze­wic­ka, któ­rej prze­ciw­sta­wić może­my trzy liczeb­nie bar­dzo sła­be, ran­ną cięż­ką wal­ką zmę­czo­ne puł­ki. Na pół­noc, połu­dnie i wschód od wyży­ny, na któ­rej wal­czy­my, bagna nie do prze­by­cia. Szan­sę tej wal­ki sto­ją 1 : 10. A jeśli nie zwy­cię­ży­my, nie uda nam się odrzu­cić tej chma­ry, to stra­ci­my całą arty­le­rię i skoń­czy­my w bagnach nas ota­cza­ją­cych. Czyż cały nasz wysi­łek, te duże ofia­ry ran­nej bitwy, mają pójść na mar­ne? Czy – jak pod Bro­da­mi – uda się Budion­ne­mu wyjść przez nasze tru­py z pułap­ki, w któ­rą sam wszedł? Bły­ska­wicz­nie prze­szły te myśli przez moją gło­wę.
Sytu­acja wyma­ga­ła szyb­kie­go dzia­ła­nia. Na wzgó­rzu 255 stał sztab dywi­zji i arty­le­ria 6 bry­ga­dy bez osło­ny, wprost na nich była wyce­lo­wa­na szar­ża. Nie było inne­go roz­wią­za­nia, jak nawró­cić bry­ga­dę i szar­żo­wać.
Pole bitwy pod Koma­ro­wem w Woli­cy Śnia­tyc­kiej, miej­sce wie­czor­nej szar­ży

To wie­dział tak­że mjr Dem­biń­ski, dowód­ca 9 puł­ku uła­nów, któ­ry szedł w kolum­nie jako ostat­ni pułk z powo­du prze­mę­cze­nia koni. Bez moje­go roz­ka­zu nawra­ca on; jemu więc dal­szych roz­ka­zów dać nie potrze­bu­ję, 8 pułk ma szar­żo­wać na pra­wo od 9 puł­ku, arty­le­ria odprzo­du­je na miej­scu, 2 pułk szwo­le­że­rów, już tyl­ko 120 sza­bel liczą­cy, pozo­sta­je jako osło­na arty­le­rii.
Sam ze szta­bem galo­pu­ję naprzód w kie­run­ku wzgó­rza 255, by zoba­czyć co się dzie­je ze szta­bem dywi­zji i z arty­le­rią 6 bry­ga­dy. Mało mia­łem nadziei, iż da się ją ura­to­wać. Bate­rie 6 bry­ga­dy nie myśla­ły jed­nak o uciecz­ce. W mig obró­ci­ły arma­ty na zachód i wspól­nie z arty­le­rią 7 bry­ga­dy zaczę­ły szyb­kim ogniem ostrze­li­wać gęste kolum­ny nie­przy­ja­cie­la. Strze­la­ły zna­ko­mi­cie – było widać jak rażo­ne naszy­mi poci­ska­mi roz­la­tu­ją się całe szwa­dro­ny. Ogień ten jed­nak nie powstrzy­mał nie­przy­ja­cie­la. Wie­dzia­łem, że dopie­ro nasze lan­ce i sza­ble roz­strzy­gnąć muszą w czy­im ręku pozo­sta­nie pole bitwy. Obser­wu­ję więc 9 pułk uła­nów.
Mjr Dem­biń­ski prze­szedł z linii kolumn w szyk luź­ny. Idzie sze­ro­kim fron­tem, spo­koj­nym kłu­sem, wiem że roz­myśl­nie sza­nu­je swo­je zmę­czo­ne konie, by w ostat­niej fazie tej szar­ży wszyst­ko z nich wydo­być. Widzę jak pędzą taczan­ki przed linie, roz­po­zna­ję na jed­nej por. Czar­no­tę, on pierw­szy, obsłu­gu­je sam kara­bin maszy­no­wy, ostrze­li­wu­je cel­nym ogniem zbli­ża­ją­cą się ławę nie­przy­ja­ciel­ską. 9 pułk uła­nów rusza do szar­ży.
Wszy­scy wie­my, że pułk, któ­ry rano stra­cił 6 ofi­ce­rów i oko­ło stu uła­nów – ta garst­ka zmę­czo­nych ludzi – nie może powstrzy­mać takiej nawa­ły. Poszli do tej szar­ży, bo honor żoł­nier­ski tak im naka­zy­wał. Tam gdzie pułk natra­fił na ławę nie­przy­ja­cie­la, roz­po­czę­ła się przed zetknię­ciem strze­la­ni­na z koni – pułk jesz­cze się utrzy­mał. Na pół­noc­ne skrzy­dło zwa­li­ły się jed­nak duże, zwar­te oddzia­ły. Tam musiał pułk nawró­cić i znów wisia­ło wszyst­ko na jed­nym wło­sku. Ostat­nią nasza nadzie­ję pokła­da­li­śmy w 8 puł­ku uła­nów, któ­ry już pod­cho­dził.
8 pułk uła­nów szedł kłu­sem w linii kolumn, upo­rząd­ko­wa­ny i wyrów­na­ny jak na pla­cu ćwi­czeń. Dowód­ca puł­ku, rtm. Krze­czu­no­wicz, roz­wa­żył wszyst­ko. Idzie kłu­sem, oszczę­dza­jąc siły koni; nie roz­wi­ja puł­ku przed­wcze­śnie, bo w kłę­bo­wi­sku i kurza­wie pod krwa­wo zacho­dzą­ce słoń­ce nie może roz­po­znać, czy ma przed sobą cofa­ją­cy się 9 pułk uła­nów, czy też szar­żu­ją­ce­go nie­przy­ja­cie­la. Na lewe skrzy­dło puł­ku wypa­da cwa­łem szwa­dron kara­bi­nów maszy­no­wych, dopa­da pozy­cji kara­bi­nów maszy­no­wych 9 puł­ku uła­nów i bły­ska­wicz­nie otwie­ra ogień. Dużym celow­ni­kiem prze­strze­li­wu­je roz­gry­wa­ją­cą się przed nim wal­kę 9 puł­ku uła­nów, bio­rąc na cel dru­gi rzut nie­przy­ja­ciel­skiej dywi­zji. Przy­cho­dzi moment roz­strzy­ga­ją­cy. Wszyst­ko dołą­cza do 8 puł­ku uła­nów; wszy­scy wycią­gnę­li sza­ble i pisto­le­ty; sztab dywi­zji i sztab bry­ga­dy; mały oddział 1 puł­ku uła­nów, liczą­cy może trzy­dzie­stu jeźdź­ców. Nim pułk cwa­łem do szar­ży ruszył, wytrzy­mać jesz­cze musiał kry­tycz­ny wstrząs. Zwa­li­ły się nań gru­py cofa­ją­ce­go się 9 puł­ku uła­nów, co wywo­ła­ło na moment nie zamie­sza­nie, ale jak­by zło­wróżb­ne drgnie­nie w jego wyrów­na­nych sze­re­gach. Ale już cofa­ją­cy się znik­nę­li w odstę­pach mię­dzy szwa­dro­na­mi, już pada jak grom komen­da: „roz­wi­nię­ty, galo­pem, Hur­ra!”. Jadą­cy w roli szpe­ra­cza przed pra­wym skrzy­dłem puł­ku (grzbie­tem wyży­ny) adiu­tant puł­ku, ppor. Alek­san­der Krze­czu­no­wicz, odda­je sze­reg strza­łów z pisto­le­tu, rtm. Krze­czu­no­wicz pła­zem sza­bli wpro­wa­dza swe­go prze­mę­czo­ne­go dere­sza w cwał i już pułk całym impe­tem rusza do szar­ży i w mgnie­niu oka poko­ny­wa odle­głość kil­ku­dzie­się­ciu zale­d­wie kro­ków, dzie­lą­cą go jesz­cze od wro­ga.
Tej nie­zwy­kle sil­nej szar­ży nie wytrzy­mał nie­przy­ja­ciel. Przy­jął ją sal­wą z pisto­le­tów, led­wo dosły­szal­ną wśród naszych grom­kich „hur­ra” i natych­miast podał tyły. Wzdłuż całej linii fron­tu nawró­ci­ły jego oddzia­ły. W jed­nym miej­scu prze­ła­ma­na, cała 6 dywi­zja bol­sze­wic­ka galo­pom opusz­cza­ła pole bitwy, ści­ga­na przez 8 i 9 puł­ki uła­nów. Było to wido­wi­sko wspa­nia­łe, któ­re­go nigdy w życiu nie zapo­mnę.
Nagły ten zwrot, od tej tak groź­nej sytu­acji do zupeł­ne­go zwy­cię­stwa, nie potra­fił mnie jed­nak oszo­ło­mić. Patrząc na tę chma­rę jeźdź­ców, któ­ra odda­la­ła się od nas szyb­ko w kie­run­ku lasu cze­śnic­kie­go, widzia­łem, że pościg nasz jest bez­ład­ny i jako taki zawie­ra w sobie duże nie­bez­pie­czeń­stwo.
Każ­dy świe­ży, zwar­ty oddział nie­przy­ja­ciel­ski, rzu­co­ny na flan­kę ści­ga­ją­cych mógł zmie­nić sytu­ację na naszą nie­ko­rzyść, a cho­ciaż wie­dzia­łem, że trud­no mi będzie dopę­dzić i zor­ga­ni­zo­wać pościg pla­no­wy, chcia­łem wszyst­ko uczy­nić, by nie dopu­ścić do moż­li­wej poraż­ki.
Trę­ba­czo­wi bry­ga­dy naka­za­łem trą­bić zbiór­kę, ofi­ce­ro­wie ordy­nan­so­wi pędzi­li za puł­ka­mi z roz­ka­zem zatrzy­ma­nia pości­gu. Tym­cza­sem arty­le­ria prze­nio­sło ogień swój na lasy cze­śnic­kie, gdzie mogły znaj­do­wać się odwo­dy nie­przy­ja­cie­la. Pościg szedł w mię­dzy­cza­sie dalej aż pod lasy cze­śnic­kie. Tam jed­nak nale­cia­ły puł­ki na ogień tacza­nek nie­przy­ja­ciel­skich. Nie­przy­ja­ciel usta­wił je tam przed szar­żą, by zabez­pie­czyć sobie odwrót w razie nie­po­wo­dze­nia.
Ogień nie­przy­ja­ciel­skich kara­bi­nów maszy­no­wych zdzie­siąt­ko­wał tych, któ­rzy za dale­ko się zapę­dzi­li, lecz w ogó­le stra­ty po naszej stro­nie były w szar­ży wie­czor­nej sto­sun­ko­wo małe. Stra­ty zaś nie­przy­ja­cie­la, spo­wo­do­wa­ne ogniem arty­le­rii i tacza­nek 9 puł­ku uła­nów, były bar­dzo duże. Naka­za­łem zebrać i upo­rząd­ko­wać puł­ki na połu­dnio­wym sto­ku wzgó­rza 255, gdzie kara­bi­ny maszy­no­we nie­przy­ja­ciel­skie już nie dosię­ga­ły.
Ciem­no się zro­bi­ło, arty­le­ria nasza prze­rwa­ła ogień. Tyl­ko z lasów cze­śnic­kich docho­dził do nas stuk bol­sze­wic­kich kara­bi­nów maszy­no­wych. Strze­la­li coraz rza­dziej, tyl­ko by zazna­czyć, że jesz­cze nie odcho­dzą.
Do zebra­nych 8 i 9 puł­ków uła­nów pod­je­chał dowód­ca dywi­zji płk Róm­mel i ser­decz­ny­mi, żoł­nier­skim sło­wa­mi dzię­ko­wał im za oka­za­ne męstwo i poświę­ce­nie w tych cięż­kich bojach.
Noc zapa­dła. Dowód­ca dywi­zji naka­zał zbiór­kę całej dywi­zji. Otrzy­mał on roz­kaz Gru­py Pości­go­wej przej­ścia l dywi­zji kon­nej do Tyszo­wic jesz­cze tej nocy.
Bitwa pod Koma­ro­wem była skoń­czo­na (skoń­czy­ły ją 8 i 9 puł­ki uła­nów, przy wydat­nej pomo­cy arty­le­rii kon­nej całej dywi­zji).
Budion­ny prze­do­stał się przez Hucz­wę. 2 dywi­zja pie­cho­ty legio­no­wej, któ­ra mia­ła zamknąć przej­ście w Worb­ko­wi­cach, dozna­ła sze­re­gu nie­po­wo­dzeń; nie zdo­ła­ła opa­no­wać Worb­ko­wic. Cios jed­nak, jaki zada­li­śmy Budion­ne­mu pod Koma­ro­wem, stra­ty krwa­we i mate­rial­ne, któ­re poniósł w tych wal­kach, zała­ma­ły jego siłę moral­ną. Nigdzie – na całej dłu­giej dro­dze odwro­tu – aż poza Słucz, nie wyka­zał on już znacz­niej­szej siły opo­ru…

Kor­nel Krze­czu­no­wicz, „Ostat­nia kam­pa­nia kon­na. Dzia­ła­nia jaz­dy pol­skiej prze­ciw armii kon­nej Budion­ne­go w 1920 roku”, Lon­dyn 1971.

wybrał Jaro­sław Sza­rek