Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Historia we wspomnieniach

Nienawidzili nas, bo to był inny świat…

17 wrze­śnia 1939 roku agre­sji na Pol­skę – bez wypo­wie­dze­nia woj­ny – doko­nał Zwią­zek Sowiec­ki sprzy­mie­rzo­ny z Hitle­rem. Wypeł­nia­jąc poro­zu­mie­nie Ribbentrop–Mołotow z 23 sierp­nia, na tere­ny Rze­czy­po­spo­li­tej wkro­czy­ło milion sowiec­kich żoł­nie­rzy. Prze­kra­cza­jąc gra­ni­ce Pol­ski, Zwią­zek Sowiec­ki zła­mał kil­ka umów mię­dzy­na­ro­do­wych, m.in. Pakt Ligi Naro­dów. Od pierw­szych godzin roz­po­czę­to egze­ku­cje na wzię­tych do nie­wo­li żoł­nier­zach Woj­ska Pol­skie­go i Kor­pu­su Obro­ny Pogra­ni­cza (KOP) oraz lud­no­ści cywil­nej. Pod sowiec­ką oku­pa­cją zna­la­zło się 200 tys. km kwa­dra­to­wych obsza­ru II Rzecz­po­spo­li­tej z 13,5 mln miesz­kań­ców. Do nie­wo­li wzię­to 300 tys. pol­skich żoł­nie­rzy i ofi­ce­rów. Ich dal­sze losy sym­bo­li­zu­ją cmen­ta­rze w Katy­niu, Char­ko­wie, Mied­no­je. Poni­żej przed­sta­wia­my obraz sowiec­kiej oku­pa­cji Lwo­wa, zapa­mię­ta­ny przez Ada­ma Mace­doń­skie­go. Anna Zechen­ter prze­pro­wa­dzi­ła z nim wywiad-rze­kę, któ­ry uka­zał się w tym roku pod tytu­łem „Zapa­mię­ta­ne”. Poni­żej przed­sta­wia­my nie­wiel­ki frag­ment.

Frag­ment Pomni­ka Pole­głym i Pomor­do­wa­nym na Wscho­dzie, War­sza­wa

Wró­ci­li­śmy z koń­cem lata 1939 roku do Lwo­wa. Nagle sły­szy­my w radiu, że wybu­chła woj­na. Wyły syre­ny, ponie­waż Niem­cy ata­ko­wa­li Lwów już pierw­sze­go dnia z powie­trza. Posze­dłem do szko­ły pod­sta­wo­wej przy Zimo­ro­wi­ca, żeby się zapi­sać do trze­ciej kla­sy, ale tam nam powie­dzie­li, że nie będzie lek­cji. Pamię­tam, z jaką rado­ścią bie­głem z kole­ga­mi do domu, woła­jąc: „woj­na, woj­na!”.
Myśmy się strasz­nie cie­szy­li, bo byli­śmy wycho­wa­ni w micie zwy­cię­stwa. Pierw­sza woj­na, o któ­rą się Pola­cy modli­li, dała nam nie­pod­le­głe pań­stwo. Uczy­łem się pio­se­nek: „Nasze małe żoł­nie­rzy­ki na pla­ców­kach sto­ją / i śpie­wa­ją bol­sze­wi­kom, / że się ich nie boją. / Nic a nic”.
Cią­gle się wspo­mi­na­ło Orlę­ta Lwow­skie – mło­dych obroń­ców pol­skie­go Lwo­wa z cza­sów woj­ny pol­sko-ukra­iń­skiej 1918–1919 i pol­sko-bol­sze­wic­kiej z 1920 roku. (…) Myśle­li­śmy z kole­ga­mi, że teraz my będzie­my doko­ny­wać boha­ter­skich czy­nów. Prze­cież znów jest woj­na, więc dosta­nie­my kara­bi­ny i będzie­my bro­nić Lwo­wa – jak nasi ojco­wie – i zwy­cię­ży­my, oczy­wi­ście.

***

Mój ojciec w tym cza­sie dowo­ził żyw­ność na linię fron­tu – prze­cież Lwów bro­nił się pra­wie tak dłu­go jak War­sza­wa, do 21 wrze­śnia. Zawsze wra­cał do domu spo­co­ny, bo było gorą­co, golił się, zmie­niał koszu­lę i zno­wu jechał. A raz się roz­pła­kał. Mama pyta, co się sta­ło, więc ojciec na to, że taka pięk­na mło­dziut­ka dziew­czy­na, może szes­na­sto­let­nia zosta­ła ran­na w oko­pie. Dosta­ła w ramię. Ojciec chciał ją odwieźć do szpi­ta­la, a ona mu powie­dzia­ła, że to nic, że dru­gą ręką będzie strze­lać.
W 1939 roku bro­ni­ły mia­sta tak­że lwow­skie dzie­ci. Zacho­wa­ła się z tam­tych tygo­dni pio­sen­ka o batia­rach lwow­skich, co strze­la­li do Niem­ców z arma­ty. W całym Lwo­wie peł­no było ucie­ki­nie­rów przed Niem­ca­mi. W naszym miesz­ka­niu zakwa­te­ro­wa­li rodzi­nę z Pozna­nia.

***

Kie­dy Rosja­nie weszli do Lwo­wa, naj­gor­szy był ten smród, któ­ry ze sobą przy­nie­śli – strasz­ny. Lwów jest pięk­nie poło­żo­ny na wzgó­rzach. Wszę­dzie cią­gnę­ły się par­ki, ogro­dy, peł­no kwia­tów, krze­wy bzu, kasz­ta­ny jadal­ne. Mia­sto tro­chę zbli­żo­ne sty­lem życia do śród­ziem­no­mor­skie­go, bo codzien­nie było cor­so, wszy­scy ele­ganc­ko ubra­ni, spa­ce­ro­wa­li, spo­ty­ka­li się, kła­nia­li, pozna­wa­li, oka­zy­wa­li sobie wza­jem­ny sza­cu­nek. I nagle ten odór nad­cią­gnął, taki strasz­ny smród. Bo ci bol­sze­wi­cy, któ­rzy weszli, nie wyglą­da­li jak armia – to była hor­da bie­da­ków i żebra­ków, a do tego dzi­ku­sów. Płasz­cze mie­li postrzę­pio­ne, nie­któ­rzy nosi­li takie dłu­gie, że po zie­mi się za nimi wlo­kły. I wszy­scy byli strasz­nie niscy. Moja mat­ka patrzy­ła przez okno, bo strze­gła dzień i noc domu, patrzy­ła przez firan­kę i wykrzy­ku­je do nas: „O Boże, to oni dzie­ci do woj­ska bio­rą!”. Bo ci bol­sze­wi­cy byli wszy­scy tacy mali. To była wygło­dzo­na hor­da sko­śno­okich, cho­rych, zwy­rod­nia­łych. Nie­jed­ne­mu bra­ko­wa­ło oka, albo nos miał cał­kiem znie­kształ­co­ny, bo wśród nich pano­wał syfi­lis. Śmier­dzie­li potem, rzy­go­wi­na­mi – prze­cież pili wód­kę z alu­mi­nio­wych manie­rek. Jakie to jest szko­dli­we: alu­mi­nium ze spi­ry­tu­sem. Nie mie­li co jeść, tyl­ko pili, więc z gło­du zabie­ra­li dzie­ciom kanap­ki. Pierw­sze ich sło­wa, któ­rych my, dzie­ci, się nauczy­li­śmy, to „dawaj kuszat’!”, czy­li „Dawaj jeść!”. Ta cała hała­stra, ta dzicz to nie byli żoł­nie­rze. Kie­dy weszli do Kra­ko­wa w 1945 roku, to byli żoł­nie­rze, odży­wie­ni przez Ame­ry­ka­nów, w mun­du­rach. A ci z 1939 roku to była dzicz wiecz­nie pija­na. Jacyś pod­nar­ko­ty­zo­wa­ni, ale to chy­ba głód i alko­hol. W każ­dej chwi­li goto­wi zabić, co chwi­lę strze­la­li w powie­trze, żeby budzić strach. Nie­na­wi­dzi­li nas, bo to był inny świat, inni ludzie, boga­te mia­sto. Obra­bo­wa­li wszyst­ko. To praw­da, że jedli lepy na muchy – bo lepy przed woj­ną były robio­ne z mio­du, więc ktoś im powie­dział, że to liza­ki dla dzie­ci, i oni te lepy roz­wi­ja­li i liza­li.

***

Potem, po tej pierw­szej fali, przy­je­cha­li ofi­ce­ro­wie z żona­mi i dzieć­mi – lepiej, czy­ściej ubra­ni, odży­wie­ni. A ich żony były wyma­lo­wa­ne jak, za prze­pro­sze­niem, pro­sty­tut­ki lwow­skie, tyl­ko jesz­cze brzyd­sze. Czer­wo­ne bere­ty, czer­wo­ne usta. Ich kobie­ty rze­czy­wi­ście na bal w rocz­ni­cę rewo­lu­cji poubie­ra­ły się w koszu­le noc­ne – to są powszech­nie zna­ne opo­wie­ści. Przy­szły z nędzy, więc skąd mia­ły wie­dzieć, że tak wyglą­da ele­ganc­ka bie­li­zna?
Nato­miast dzie­ci tych ofi­ce­rów były w sto­sun­ku do nas bar­dzo agre­syw­ne, pew­ne sie­bie, czu­ły się pana­mi sytu­acji i trze­ba im było odda­wać wszyst­ko, cze­go chcia­ły. „Dawaj kuszać”, albo „Dawaj san­ki, dawaj to, dawaj tam­to” – wykrzy­ki­wa­ły do nas. Zda­rza­ło się, że kogoś pobi­ły albo poka­le­czy­ły fin­ka­mi. Ci mali chłop­cy prze­kli­na­li jak sta­rzy męż­czyź­ni. Takich wyzwisk jesz­cze nie sły­sza­łem, cho­ciaż batia­ry we Lwo­wie nie­źle prze­cież klę­ły. I twa­rze nie­któ­rych dzie­ci – jak twa­rze star­ców. Strasz­ne. Ludzie się ostrze­ga­li nawza­jem, żeby się im nie opie­rać, bo jakiś pol­ski ojciec ode­brał ukra­dzio­ne san­ki, no to przy­szedł rosyj­ski ojciec i zastrze­lił go na miej­scu.
Noca­mi sły­chać było strza­ły, woła­nia, krzy­ki. Raz mat­ka zawo­ła­ła nas do okna i poka­za­ła przez firan­kę jak bol­sze­wi­cy w tych szpi­cza­stych czap­kach pro­wa­dzi­li jakie­goś stu­den­ta. Jed­ne­go mło­de­go chło­pa­ka eskor­to­wa­ło woko­ło dzie­się­ciu, nie­śli kara­bi­ny z dłu­gi­mi bagne­ta­mi, kłu­li go, żeby nie uciekł. „O Boże, co oni z nim zro­bią” – powie­dzia­ła mat­ka. Pro­wa­dzi­li go w kie­run­ku dwor­ca Łycza­ków.
Padł w tam­tych dniach strach na męż­czyzn. Mój ojciec się ukry­wał, wpa­dał do domu, żeby się prze­brać, ale cho­dził nie­ogo­lo­ny, nigdy nie mył rąk, bo ten, kto miał ręce i twarz czy­ste, a broń Boże jesz­cze oku­la­ry i inte­li­gent­ny wygląd, był stra­co­ny. Wte­dy trze­ba było wyglą­dać jak robot­nik. Ojca ktoś wydał enka­wu­dzi­stom na uli­cy, ale na poste­run­ku komu­ni­sta żydow­skie­go pocho­dze­nia powie­dział: „Nie, to porząd­ny, to nasz czło­wiek, on nie był w Poli­cji, to jest robot­nik, patrz­cie się na jego ręce i twarz”. Ci Sowie­ci prze­szli pra­nie mózgu i wie­rzy­li, że każ­dy Polak to był pan, krwio­pij­ca. Inte­li­genc­ka twarz ozna­cza­ła śmierć.
Przy­je­chał do nas po cywil­ne­mu ze swo­ją narze­czo­ną kuzyn mat­ki, któ­ry był poli­cjan­tem we Wschod­nich Kar­pa­tach, w Koło­myi. Pocho­dził z chłop­stwa, więc miał gru­be ręce, ale i tak się na wszel­ki wypa­dek nie golił. Miesz­kał u nas też żoł­nierz, któ­ry uciekł z nie­wo­li. Uda­ło mu się, bo był niskiej ran­gi, więc go sła­bo pil­no­wa­li. Nie goli­li się, ręce węglem sma­ro­wa­li, żeby mieć czar­ne. Nie było czym palić w pie­cu, więc w nocy, pod stra­chem, wycho­dzi­li do par­ku ści­nać drze­wa.
Od razu zaczę­ły krą­żyć róż­ne dow­ci­py. Ponie­waż nie było mydła, Ukra­iń­cy uło­ży­li wier­szyk: Wstań Pił­sud­ski, daj nam myła, bo Sta­li­na wosz kusi­ła („Wstań Pił­sud­ski, daj nam mydła, bo Sta­li­na wesz uką­si­ła”). A w szko­le uczy­li nas pio­se­nek: Już zeszy­ty nowi, a hnysz­ki goto­wi, a my wsi zdo­ro­wi i zawż­dy bojo­wi („Już zeszy­ty nowe, a książ­ki goto­we, a my wszy­scy zdro­wi i zawsze bojo­wi”). I potem było jesz­cze, że na tych bojo­wych trze­cio­kla­si­stów Sta­lin się popa­trzy i nas pochwa­li.

***

Tym­cza­sem nad­szedł dzień świę­te­go Miko­ła­ja, w szko­le już nie było pol­skich nauczy­cie­li – pamię­tam Ukra­in­kę spod Win­ni­cy, panią Tuszyń­ską, któ­ra zna­ła pol­ski i nas uczy­ła. „Dzie­ci, jaki mamy dzi­siaj dzień?” – pyta 6 grud­nia 1939 roku. „Świę­te­go Miko­ła­ja, pro­szę pani” – odpo­wia­da­my chó­rem i z rado­ścią, bo spo­dzie­wa­li­śmy się, że coś dosta­nie­my. „A dla­cze­go się tak cie­szy­cie?” – cią­gnie Tuszyń­ska. „No bo świę­ty Miko­łaj przy­no­si poda­run­ki” – my na to. A ona: „Dał wam już dzi­siaj coś Miko­łaj?”. „Jesz­cze nie pro­szę pani, jesz­cze nie!”. „To pomó­dl­cie się do nie­go – mówi ona. – Może wam coś da”. Nie bar­dzo wie­dzie­li­śmy, o co jej cho­dzi i jak się mamy modlić. „Mów­cie tak – pouczy­ła nas poważ­nie Tuszyń­ska: „Kocha­ny świę­ty Miko­ła­ju, daj nam pre­zent. Powta­rzaj­cie tak, aż przyj­dzie z pre­zen­ta­mi”. Byli­śmy pew­ni, że przyj­dzie – jak co roku – ktoś w prze­bra­niu świę­te­go Miko­ła­ja i coś dosta­nie­my. No to zaczy­na­my: „Kocha­ny świę­ty Miko­ła­ju, pro­si­my, poda­ruj nam coś ład­ne­go.” A tu nic. To my jesz­cze raz: „Świę­ty Miko­ła­ju, przyjdź do nas!”. – „No i co – trium­fu­je pani Tuszyń­ska. – Gdzie jest wasz Miko­łaj?”. „Nie wie­my” – byli­śmy tro­chę zdez­o­rien­to­wa­ni. „No to teraz spró­buj­cie popro­sić: Kocha­ny bat’ko Sta­li­nie, daj pre­zen­ty”. Poła­pa­li­śmy się natych­miast, jak to dzie­ci, o co cho­dzi i woła­my chó­rem „bat’kę Sta­li­na”. Drzwi się otwie­ra­ją, wcho­dzi Sowiet w mun­du­rze enka­wu­dzi­sty, z czer­wo­nym oto­kiem na czap­ce, wygo­lo­ny i poper­fu­mo­wa­ny tak, że cała kla­sa per­fu­ma­mi zapach­nia­ła. Za nim dwóch soł­da­tów wno­si olbrzy­mi kosz, pełen cze­ko­la­dek z kra­kow­skich zakła­dów Ada­ma Pia­sec­kie­go, tak­że z lwow­skiej fir­my Paro­wa Fabry­ka Cukrów i Cze­ko­la­dy HAZET. Wszyst­ko pol­skie, kra­dzio­ne. A do tego czer­wo­ne cho­rą­giew­ki.

Zapa­mię­ta­ne”, z Ada­mem Mace­doń­skim roz­ma­wia
Anna Zechen­ter, Kra­ków 2011.

wybrał Jaro­sław Sza­rek