Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Historia we wspomnieniach

Okrucieństwo było wprost niewiarygodne

We wrze­śniu 1939 roku Pol­ska przez ponad mie­siąc bro­ni­ła się przed nie­miec­ką agre­sją, wspar­tą po 17 wrze­śnia przez Zwią­zek Sowiec­ki. Dzi­siaj, pod­czas rocz­ni­co­wych uro­czy­sto­ści, przed­sta­wi­cie­le naj­wyż­szych władz rzą­dzą­cy Pol­ską nie wspo­mi­na­ją już o tym kto był agre­so­rem oraz kto wywo­łał II woj­nę świa­to­wą. Mówią – co naj­wy­żej – o boha­ter­skim opo­rze Pola­ków. W naj­więk­szych zaś tele­wi­zjach upo­wszech­nia się fil­my o „boha­ter­skich” lot­ni­kach nie­miec­kich czy poje­dyn­czych przy­pad­kach opo­ru wśród Niem­ców prze­ciw­ko Hitle­ro­wi. Wyra­sta­ją­ce na euro­pej­skie mocar­stwo, Niem­cy kon­se­kwent­nie reali­zu­ją swą histo­rycz­ną poli­ty­kę. Przy­po­mi­na­my zatem świa­dec­two ame­ry­kań­skie­go foto­gra­fa, fil­mow­ca, pisa­rza Julie­na Bry­ana. Dzię­ki jego poświę­ce­niu i służ­bie praw­dzie – aby świat się dowie­dział – powsta­ły set­ki zdjęć doku­men­tu­ją­cych cier­pie­nia Pola­ków. Tekst Bry­ana „1939 Oblę­że­nie” zamiesz­czo­no w książ­ce „Oblę­że­nie War­sza­wy w foto­gra­fii Julie­na Bry­ana” pod redak­cją Jac­ka Zyg­mun­ta Sawic­kie­go i Toma­sza Stem­pow­skie­go wyda­nej przez Insty­tut Pamię­ci Naro­do­wej w War­sza­wie w 2010 roku. 
Pięt­na­ście minut po wyjeź­dzie ze Śnia­ty­nia, pol­skie­go nad­gra­nicz­ne­go mia­sta, prze­ży­li­śmy pierw­sze bom­bar­do­wa­nie. Znaj­do­wa­li­śmy się nie­ca­łe trzy­na­ście kilo­me­trów od gra­ni­cy rumuń­skiej i osiem­set kilo­me­trów w linii pro­stej od zachod­niej gra­ni­cy pol­sko-nie­miec­kiej (…) Na pod­sta­wie naszych map oce­nia­li­śmy, że głów­ne nie­miec­kie bazy lot­ni­cze znaj­du­ją się w odle­gło­ści co naj­mniej ośmiu­set kilo­me­trów. Dopie­ro kil­ka dni póź­niej, w War­sza­wie, dowie­dzie­li­śmy się, że owe pierw­sze bom­by, któ­re spa­dły nie­da­le­ko rumuń­skiej gra­ni­cy, nie były wca­le przy­pad­ko­we, ale sta­no­wi­ły ele­ment naj­więk­sze­go nalo­tu lot­ni­cze­go w histo­rii. Niem­cy bom­bar­do­wa­li nie kil­ka poje­dyn­czych miast, ale w cza­sie dwu­dzie­stu jeden dni każ­de mia­sto i mia­stecz­ko, każ­dą sta­cję kole­jo­wą i każ­dą dro­gę w Pol­sce, na któ­rej widać było jakiś ruch. Trud­no ludz­kie­mu umy­sło­wi pojąć potwor­ność takie­go pla­nu, a tak­że potę­gę lot­nic­twa woj­sko­we­go zdol­ne­go do tak nie­wia­ry­god­nych dzia­łań. Ale kie­dy zasto­su­je­my zwy­kłą mate­ma­ty­kę, zada­nie oka­zu­je się zupeł­nie łatwe do roz­wią­za­nia. Wyglą­da mniej wię­cej, jak w zada­niu aryt­me­tycz­nym z nazi­stow­skich pod­ręcz­ni­ków szkol­nych z trzech ostat­nich lat: „Ile samo­lo­tów, z któ­rych każ­dy prze­no­si trzy bom­by i wyko­nu­je po dwa, trzy loty dzien­nie, potrze­ba, aby znisz­czyć tysiąc wsi i miast w kra­ju wro­ga?”. Nie jestem pewien, jakich odpo­wie­dzi udzie­la­ją w nie­miec­kich szko­łach, ale wie­my, co się sta­ło w Pol­sce. W cza­sie dwu­dzie­stu jeden dni podob­no dwa tysią­ce bom­bow­ców musia­ło codzien­nie wyko­nać prze­cięt­nie od dwu­dzie­stu do sześć­dzie­się­ciu lotów ze swo­im ładun­kiem śmier­ci. Tak więc na Pol­skę zrzu­co­no co naj­mniej dwie­ście pięć­dzie­siąt tysię­cy bomb – uro­cza lek­cja aryt­me­ty­ki dla nie­miec­kich uczniów. Sły­sza­łem, że w całej Pol­sce nie unik­nę­ła nalo­tów ani jed­na wio­ska czy mia­sto dowol­nej wiel­ko­ści. W przy­szło­ści być może dostar­czy­my nie­miec­kim pod­ręcz­ni­kom aryt­me­ty­ki inne zada­nie: Pyta­nie: Jeże­li w pol­skim mie­ście znaj­du­je się dzie­sięć tysię­cy cywi­lów i pię­ciu­set żoł­nie­rzy bro­nią­cych mia­sta, a nie­miec­cy lot­ni­cy zrzu­cą sto bomb, z któ­rych każ­da zabi­je pię­ciu ludzi i jeże­li bom­by te będą zrzu­ca­ne loso­wo na całe mia­sto, zabi­ja­jąc w takiej samej pro­por­cji cywi­lów co żoł­nie­rzy, ilu ludzi będzie mar­twych, kie­dy nie­miec­cy pilo­ci powró­cą do swo­jej bazy? Odpo­wiedź: Czte­ry­stu sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu cywi­lów, w tym pięć­dzie­się­cio­ro dzie­ci, i zale­d­wie dwu­dzie­stu pię­ciu żoł­nie­rzy.

***

Pło­ną­ca War­sza­wa po nie­miec­kich bom­bar­do­wa­niach we wrze­śniu 1939 roku

Kie­dyś wsze­dłem do jego gabi­ne­tu [pre­zy­den­ta War­sza­wy Sta­rzyń­skie­go] w chwi­li, gdy przez radio nada­wa­no prze­mó­wie­nie Hitle­ra. Pro­szę pamię­tać, War­sza­wa była w tym cza­sie w jed­nej trze­ciej znisz­czo­na, a cała Pol­ska zmiaż­dżo­na. Ale przez trzy­dzie­ści minut Hitler gło­sem nabrzmia­łym wście­kło­ścią i obu­rze­niem opo­wia­dał nam o strasz­li­wych okru­cień­stwach, jakie nik­czem­ni Pola­cy popeł­nia­li na dziel­nym i szla­chet­nym Deut­sches Volk. To był powód – oświad­czył Hitler – woj­ny z Pol­ską. Niem­cy zosta­ły zaata­ko­wa­ne i musia­ły bro­nić się prze­ciw­ko tym bru­tal­nym zbrod­nia­rzom. Z tru­dem mogłem tego słu­chać. Sta­rzyń­ski słu­chał Hitle­ra, nie oka­zu­jąc żad­nych emo­cji. Nie pozwa­lał sobie na żad­ne wyzwi­ska, nie oka­zy­wał nie­na­wi­ści, ale jedy­nie ogrom­ne zain­te­re­so­wa­nie sło­wa­mi czło­wie­ka oso­bi­ście odpo­wie­dzial­ne­go za tę nie­spro­wo­ko­wa­ną rzeź nie­win­nych cywi­lów. Zupeł­nie jak psy­chia­tra oma­wia­ją­cy zagad­ko­wy przy­pa­dek, Sta­rzyń­ski odwró­cił się w moją stro­nę i powie­dział spo­koj­nie za pośred­nic­twem tłu­ma­cza. – Czy moż­na uwie­rzyć, że w rze­ko­mo cywi­li­zo­wa­nej epo­ce na cze­le rzą­du mógł sta­nąć czło­wiek, któ­ry mówi takie kłam­stwa?

***

W foto­gra­fii zazwy­czaj myśli­my o pięk­nie kom­po­zy­cji. Tu nie było żad­ne­go pięk­na. Ale tak wyglą­da­ła praw­da – kobie­ty i dzie­ci zabi­te przez bom­by najeźdź­cy. Nie robi­łem repor­ta­żu kra­jo­znaw­cze­go. Byłem w War­sza­wie, czy mi się to podo­ba­ło, czy też nie, i spo­rzą­dza­łem doku­men­ta­cję histo­rycz­ną tego, co dzie­je się pod­czas dzia­łań wojen­nych. Gdy­bym po powro­cie do Ame­ry­ki tyl­ko o tym opo­wia­dał, ludzie mogli­by mi nie uwie­rzyć. Ale każ­dy będzie musiał uwie­rzyć w moje zdję­cia. Posze­dłem do szpi­ta­la położ­ni­cze­go (…) Byłem pod wiel­kim wra­że­niem demon­stro­wa­nej przez War­sza­wę woli prze­ży­cia. W piw­ni­cy szpi­ta­la prze­by­wa­ły mło­de kobie­ty, któ­re cier­pia­ły bóle poro­do­we pod­czas cięż­kie­go bom­bar­do­wa­nia, a teraz były mat­ka­mi tygo­dnio­wych nie­mow­ląt. Raz za razem znaj­do­wa­ły się pod bom­ba­mi i poci­ska­mi arty­le­ryj­ski­mi. Mogły­by bez tru­du zabić swo­je dzie­ci i popeł­nić samo­bój­stwo. Ale jakoś bez wzglę­du na to, jak wiel­kie były ich cier­pie­nia, trwa­ły. Leka­rze i pie­lę­gniar­ki z poświę­ce­niem wyko­ny­wa­li swo­ją pra­cę. Jesz­cze bar­dziej zdu­mie­wa­ją­cy był fakt, że mia­sto funk­cjo­no­wa­ło nie­mal w peł­ni. (…) Inna dziel­ni­ca. W tym domu zgi­nę­ło czwo­ro ludzi. Oca­lał jedy­nie ojciec rodzi­ny. Zapro­wa­dził mnie za dom, żebym zoba­czył, gdzie wybu­chły bom­by. Potem wska­zał na jakieś dwa­dzie­ścia dziur na otyn­ko­wa­nej ścia­nie i powie­dział, że zro­bi­ły je poci­ski z kara­bi­nu maszy­no­we­go. Po bom­bar­do­wa­niu – wyja­śnił – samo­lot nad­le­ciał nisko – „tuż nad wierz­choł­ka­mi drzew”. Takie okru­cień­stwo było wprost nie­wia­ry­god­ne.

***

Począt­ko­wo musie­li­śmy się oba­wiać tyl­ko bomb. Zazwy­czaj spa­da­ły seria­mi i mniej wię­cej trzy­dzie­ści minut po bom­bar­do­wa­niu mogli­śmy względ­nie bez­piecz­nie prze­no­sić się z miej­sca na miej­sce. Czło­wiek może się przy­sto­so­wać nie­mal do wszyst­kie­go. Ale od 13 wrze­śnia nie­miec­ka arty­le­ria mia­ła w swo­im zasię­gu ser­ce mia­sta i spra­wy zaczę­ły się ukła­dać napraw­dę źle. Lot­ni­cy poda­wa­li dokład­ne odle­gło­ści arty­le­rii, któ­ra była w sta­nie pre­cy­zyj­nie ostrze­li­wać głów­ne uli­ce na całej ich dłu­go­ści. Naj­wy­raź­niej nie cho­dzi­ło o nisz­cze­nie budyn­ków, ale zabi­cie lub zra­nie­nie jak naj­więk­szej licz­by pie­szych. Być może nie­miec­cy ofi­ce­ro­wie powie­dzie­li­by, że ich jedy­nym celem było unie­moż­li­wia­nie ruchu wojsk w War­sza­wie. Owszem, mia­ło to miej­sce, ale w mie­ście zawsze było pięć, dzie­sięć razy wię­cej cywi­lów niż żoł­nie­rzy. Poza tym wyda­je się, że ist­niał plan obni­że­nia mora­le całej lud­no­ści przez unie­moż­li­wie­nie jakie­go­kol­wiek ruchu koło­we­go oraz pie­sze­go i zapę­dze­nia wszyst­kich, żoł­nie­rzy i cywi­lów, pod zie­mię. Ogól­nie rzecz bio­rąc, poci­ski wyrzą­dza­ły nie­wiel­kie szko­dy budyn­kom. Zasad­ni­czo były one małe­go kali­bru 75, 120 oraz 150 mm i ich zapal­ni­ki usta­wia­no tak, by wybu­cha­ły w powie­trzu nad głów­ny­mi uli­ca­mi, a ich odłam­ki zabi­ja­ły i rani­ły wszyst­ko, co żyło na dole. Bar­dzo cięż­ki ostrzał roz­po­czął się oko­ło 17 wrze­śnia i od tej pory poru­sza­nie się po otwar­tej prze­strze­ni sta­ło się nie­bez­piecz­ne nie­mal bez prze­rwy, w dzień i w nocy.

***

Jaka była nie­miec­ka stra­te­gia? (…) zaska­ku­ją­cą bro­nią Niem­ców były zma­so­wa­ne nalo­ty na lud­ność cywil­ną. Ich celem, jak się wyda­je, było świa­do­me dopro­wa­dze­nie do demo­ra­li­za­cji całej lud­no­ści, a przez to zmu­sze­nie Pol­ski do szyb­kiej kapi­tu­la­cji. Hitler kie­dyś stwier­dził w „Mein Kampf”, że we współ­cze­snej woj­nie nie ma bro­ni zbyt strasz­li­wej, jeże­li zdo­ła dopro­wa­dzić do szyb­kie­go zwy­cię­stwa. Naj­trud­niej przy­szło mi uwie­rzyć wła­śnie w tę bez­względ­ność wobec cywil­nej lud­no­ści. Nawet kie­dy zbom­bar­do­wa­no mój pociąg zale­d­wie kil­ka minut po prze­kro­cze­niu rumuń­skiej gra­ni­cy, tłu­ma­czy­łem sobie, że jest to zapew­ne odosob­nio­ny przy­pa­dek. A potem widzia­łem podob­ne bom­bar­do­wa­nia. Roz­ma­wia­łem z wie­lo­ma chło­pa­mi i ucie­ki­nie­ra­mi, a na koniec z ame­ry­kań­ski­mi oby­wa­te­la­mi, któ­rzy byli ostrze­li­wa­ni z kara­bi­nów maszy­no­wych z wyso­ko­ści nie więk­szej niż trzy­dzie­ści metrów. Potem uświa­do­mi­łem sobie powo­li, że nie były to odosob­nio­ne incy­den­ty, ale ele­ment przy­ję­te­go przez Hitle­ra pla­nu ster­ro­ry­zo­wa­nia milio­nów ludzi. Nie­miec­cy pilo­ci zrzu­ca­li bom­by, wra­ca­li z następ­ny­mi, a tym­cza­sem ludzie usu­wa­li gru­zy, wyko­py­wa­li spod nich mar­twych i ran­nych. Ostrze­li­wa­li z kara­bi­nów maszy­no­wych kobie­ty na polach, ale kie­dy samo­lo­ty odla­ty­wa­ły, inne kobie­ty przy­cho­dzi­ły i koń­czy­ły kopa­nie kar­to­fli. Zrzu­ca­li bom­by na szpi­ta­le, ale per­so­nel pozo­sta­wał na sta­no­wi­skach i uspo­ka­jał ogar­nię­tych pani­ką pacjen­tów.

***

W naszym hote­lu, w Kró­lew­cu, byli­śmy w pew­nym stop­niu pod stra­żą i roz­ka­za­no nam nie opusz­czać budyn­ku. Mimo to wymkną­łem się bocz­nym wej­ściem na spa­cer. Przed powro­tem posze­dłem do fry­zje­ra, aby ogo­lić się; póź­niej wybra­łem się do kina. Nie mogłem powstrzy­mać się przed zapy­ta­niem fry­zje­ra, dla­cze­go Niem­cy zaata­ko­wa­ły Pol­skę. Cał­kiem poważ­nie odpo­wie­dział: – Przy­ja­cie­lu, nic nie rozu­miesz. Wca­le nie zaata­ko­wa­li­śmy Pol­ski. To Pola­cy bru­tal­nie nas zaata­ko­wa­li i byli­śmy zmu­sze­ni się bro­nić. Nic nie odpo­wie­dzia­łem, ale pomy­śla­łem o 4 wrze­śnia, kie­dy mój pociąg był bom­bar­do­wa­ny przez nie­miec­ki samo­lot osiem­set kilo­me­trów od gra­ni­cy z Niem­ca­mi…
„Oblę­że­nie War­sza­wy w foto­gra­fii Julie­na Bry­ana”,
red. J.Z. Sawic­ki, T. Stem­pow­ski, War­sza­wa 2010.

wybrał Jaro­sław Sza­rek