Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Historia we wspomnieniach

Ostatni bój 1939 roku

Pomnik pol­skich żoł­nie­rzy w Toma­szo­wie Lubel­skim

26 wrze­śnia. Zaczy­na świ­tać. Pada poje­dyn­czy strzał nie­miec­ki. Zaraz roz­pocz­nie się ogień kara­bi­nów maszy­no­wych. Nie ma gdzie zbo­czyć. Pusz­czam do szar­ży oby­dwa czo­ło­we puł­ki, 26-y i 27-y uła­nów. Niem­cy są cał­ko­wi­cie zasko­cze­ni, czę­ścio­wo wyrą­ba­ni, duża część bata­lio­nu wzię­ta do nie­wo­li. Dowódz­two nie­miec­kie 28-ej dywi­zji pie­cho­ty przy­sy­ła par­la­men­ta­riu­szy z pro­po­zy­cją pod­da­nia się, twier­dząc, że nie może być mowy o przej­ściu dalej, gdyż cały kraj jest zaję­ty przez woj­sko nie­miec­kie i posu­wa­ją­ce się na zachód woj­sko sowiec­kie. Wresz­cie pro­po­nu­ją za odda­nie jeń­ców nie­ata­ko­wa­nie nas z wła­snej ini­cja­ty­wy. Odda­ję jeń­ców, bo cóż mam z nimi robić, tym bar­dziej że nie­przy­ja­ciel bro­ni się upo­rczy­wie w następ­nej wsi Morań­ce. Mam dość poważ­ne stra­ty. Decy­du­ję się na dal­szy marsz. (…) Nie­ste­ty, Der­na­ki zaję­li bol­sze­wi­cy. Jest już dobrze po połu­dniu 26 wrze­śnia. Pada lek­ki deszcz. Płk Gro­bic­ki wpadł w zasadz­kę, ran­ny dostał się do nie­wo­li. Płk. Kon­stan­ty Druc­ki-Lubec­ki cięż­ko ran­ny. Oddzia­ły czo­ło­we, spo­tka­ne ogniem kara­bi­nów maszy­no­wych i armat, roz­po­czy­na­ją wal­kę. Decy­du­ję się na natych­mia­sto­wy marsz dal­szy, sta­ra­jąc się przejść mię­dzy woj­skiem sowiec­kim a nie­miec­kim. Po dro­dze cią­głe wal­ki z oddzia­ła­mi sowiec­ki­mi. Świt 27 wrze­śnia. (…) Naty­ka­my się na poważ­ne siły sowiec­kie. Pró­bu­ję się z nimi doga­dać, żeby bez wal­ki prze­pusz­czo­no nas na połu­dnie, z celem przej­ścia do Węgier. W tym celu wysy­łam jed­ne­go z naj­lep­szych moich ofi­ce­rów, rtm. Sta­ni­sła­wa Kuczyń­skie­go, do dowódz­twa sowiec­kie­go. Nie­ste­ty, na próż­no. Został doszczęt­nie obra­bo­wa­ny i led­wie uszedł z życiem. Pra­wie jed­no­cze­śnie bol­sze­wi­cy roz­po­czę­li z góry już przy­go­to­wa­ny ogień arty­le­rii. Zagra­ły licz­ne kara­bi­ny maszy­no­we. Poka­zu­ją się pierw­sze czoł­gi. Wywią­zu­je się wal­ka. 9-y dywi­zjon arty­le­rii kon­nej, któ­ry był wzo­rem walk arty­le­rii w naj­trud­niej­szych warun­kach boju, nie­zmier­nie cel­nie wspie­rał wszyst­kie dzia­ła­nia. Przy pomo­cy arma­tek prze­ciw­pan­cer­nych znisz­czył spo­ro nacie­ra­ją­cych na nas czoł­gów sowiec­kich. Nie­ste­ty, widać nawet gołym okiem masy sowiec­kie­go woj­ska róż­nych rodza­jów bro­ni, któ­re prze­ci­na­ją nam dal­szy marsz. 25-y pułk uła­nów krwa­wi się, osła­nia­jąc nasze skrzy­dło. (…) Od tyłu coraz sil­niej nacie­ra­ją oddzia­ły sowiec­kie. Wal­ka trwa. Arty­le­ria wystrze­li­ła ostat­ni pocisk. Koń­czy się amu­ni­cja mało­ka­li­bro­wa. Brak zupeł­nie środ­ków opa­trun­ko­wych. Konie od daw­na nie kar­mio­ne i nie pojo­ne. Nie prze­bi­je­my się.

* * *

Gru­pa, z któ­rą zde­cy­do­wa­łem się przejść oso­bi­ście, skła­da­ła się z kil­ku­na­stu ludzi, m.in. gen. Kon­stan­te­go Pli­sow­skie­go, rtm. Kuczyń­skie­go, rtm. Wła­dy­sła­wa Zgo­rzel­skie­go, kpt. Kon­stan­te­go Koszut­skie­go, por. Zbi­gnie­wa Kie­da­cza, rtm. Olgier­da Śli­zie­nia, mego ordy­nan­sa uła­na Bro­ni­sła­wa Tom­czy­ka i kil­ku innych. Począt­ko­wo nale­żał do gru­py mjr Soł­tan, mój szef szta­bu, ale zgu­bił się w cza­sie przej­ścia przez lasy. Wspa­nia­ły typ ofi­ce­ra. Był mi nie­sły­cha­nie pomoc­ny, podob­nie jak i ofi­ce­ro­wie naj­wyż­szej kla­sy i odwa­gi, któ­rych wyżej wymie­ni­łem. Razem z kil­ku­na­sto­ma ofi­ce­ra­mi i sze­re­go­wy­mi uda­ło nam się przejść mię­dzy oddzia­ła­mi sowiec­ki­mi, w nie­któ­rych miej­scach o 100 m od biwa­ku­ją­cych żoł­nie­rzy. Dopie­ro wte­dy zda­łem sobie spra­wę, jaka masa wojsk sowiec­kich znaj­do­wa­ła się na tym tere­nie. Wszyst­kie wsie, nawet chu­to­ry, zala­ło woj­sko bol­sze­wic­kie. Prze­szli­śmy koło Sam­bo­ra i przy pomo­cy dosko­na­łych prze­wod­ni­ków wydo­sta­li­śmy się przez góry na wyso­ko­ści miej­sco­wo­ści Tur­ka. Ten marsz w nocy z 28 na 29 wrze­śnia był nie­zwy­kle trud­ny ze wzglę­du na górzy­sty i zale­sio­ny teren. (…) O zmierz­chu ruszy­li­śmy na połu­dnie. Gdy­śmy omi­ja­li wieś Zastów­kę, zosta­li­śmy w ciem­no­ści zaata­ko­wa­ni przez ban­dę, widocz­nie mie­sza­ną, żoł­nie­rzy rosyj­skich i par­ty­zan­tów ukra­iń­skich. Roz­po­czę­ła się strze­la­ni­na, a nawet wal­ka wręcz. Jak wspa­nia­ła była w tej chwi­li ta garst­ka Pola­ków! Zosta­łem ran­ny, raz, a następ­nie dru­gi. Czu­łem, że mam nad­wy­rę­żo­ny krzyż. Bar­dzo sil­nie krwa­wi­ła rana w bio­drze. Nie chcąc utrud­niać dal­sze­go mar­szu kole­gom, pro­si­łem ich, by zosta­wi­li mnie na miej­scu. Byłem zde­cy­do­wa­ny nie oddać się żywym w ręce napast­ni­ków. Ale moi towa­rzy­sze bro­ni nie chcie­li o tym sły­szeć. Z naj­więk­szym tru­dem i poświę­ce­niem wła­ści­wie pra­wie nie­śli mnie na rękach. Dosta­łem krwo­to­ku raz, potem dru­gi. Dałem kate­go­rycz­ny roz­kaz, żeby szli na Węgry. Żegnam tych świet­nych żoł­nie­rzy.

* * *

29 wrze­śnia rano posta­no­wi­łem dowlec się do naj­bliż­szej wsi, Jasion­ki Sta­sio­wej. Pój­dę na los szczę­ścia. Pozo­sta­li ze mną, mimo moich namów, rtm. Kuczyń­ski i ułan Tom­czyk. Gdy­śmy doszli do wsi, jeden z miesz­kań­ców natych­miast zawia­do­mił mili­cję, a następ­nie oddzia­ły sowiec­kie, któ­re wszę­dzie kwa­te­ro­wa­ły. Zawie­zio­no nas pod eskor­tą samo­cho­dów pan­cer­nych przez Tur­kę do Sta­re­go Sam­bo­ra do dowódz­twa czer­wo­nej armii. Stwier­dzi­li­śmy po dro­dze, że wsie są peł­ne woj­ska sowiec­kie­go wszyst­kich rodza­jów bro­ni. (…) Na moje zapy­ta­nie major sowiec­ki bez ogró­dek odpo­wie­dział, że już od bli­sko tygo­dnia są w tym tere­nie i że mają roz­bić i ewen­tu­al­nie wyła­pać wszyst­kie oddzia­ły pol­skie, prze­do­sta­ją­ce się z pół­no­cy na połu­dnie. Bol­sze­wi­cy nie chcie­li dopu­ścić do two­rze­nia woj­ska pol­skie­go za gra­ni­cą i byli wte­dy, po doko­na­niu nowe­go roz­bio­ru Pol­ski, szcze­ry­mi sprzy­mie­rzeń­ca­mi Nie­miec. Spo­tka­łem się zresz­tą wte­dy po raz pierw­szy z cha­rak­te­ry­stycz­nym zda­niem: – My i Niem­cy jeste­śmy obec­nie praw­dzi­wy­mi przy­ja­ciół­mi i razem pój­dzie­my prze­ciw­ko kapi­ta­li­zmo­wi świa­to­we­mu. Pol­ska wysłu­gi­wa­ła się Anglii i dla­te­go musia­ła zgi­nąć. Pol­ski już nigdy nie będzie. Niem­cy dokład­nie zawia­da­mia­ją nas o ruchach wszyst­kich oddzia­łów pol­skich, któ­re kie­ru­ją się na Węgry lub na Rumu­nię.

* * *

Pierw­szy raz zetkną­łem się wte­dy z ofi­ce­ra­mi w nie­bie­sko-czer­wo­nych czap­kach. Wyja­śnio­no mi, że są to ofi­ce­ro­wie NKWD. Od razu moż­na było zauwa­żyć, że we wszyst­kich budzą strach. W Sta­rym Sam­bo­rze zapro­wa­dzo­no mnie do dowód­cy armii Tiu­le­nie­wa. Przy­jął mnie w oto­cze­niu co naj­mniej 20 ofi­ce­rów. Z miej­sca wystą­pił z zarzu­tem, że się nie pod­da­łem, lecz że sta­wia­łem opór i że wsku­tek tego armia czer­wo­na, któ­ra po przy­ja­ciel­sku weszła do Pol­ski, by rato­wać lud „od panów i kapi­ta­li­stów”, stra­ci­ła 18 czoł­gów i wie­lu „boj­ców” (żoł­nie­rzy). Na moją uwa­gę, że Sowie­ty zła­ma­ły trak­tat i że bez powo­du naje­cha­ły obszar Pol­ski, otrzy­ma­łem odpo­wiedź: – Zwią­zek Sowiec­ki ma swo­ją poli­ty­kę. Czę­sto potem mia­łem spo­tkać się z takim argu­men­tem. Tiu­le­nie­wa inte­re­so­wa­ło, gdzie są nasi żoł­nie­rze i gdzie pocho­wa­no sztan­da­ry, dla­cze­go oddzia­ły pol­skie nisz­czą broń i nie chcą się pod­da­wać czer­wo­nej armii, po co sta­ra­ją się prze­do­stać na Węgry i do Rumu­nii, cze­mu Pol­ska jest „agen­tem” Anglii itp. Poka­zał mi przy tym jedy­ny sztan­dar, jaki uda­ło się im zdo­być. Sztan­dar był bar­dzo pięk­ny, hafto­wa­ny zło­tem i sre­brem, więc upie­rał się, że musiał nale­żeć do jakie­goś wybo­ro­we­go oddzia­łu. Oka­zał wiel­kie nie­za­do­wo­le­nie, gdy mu wyja­śni­łem, że jest to sztan­dar pro­win­cjo­nal­nej gru­py wete­ra­nów powsta­nia ślą­skie­go. (…) Dys­ku­sja, któ­ra się wywią­za­ła mię­dzy nami, była bez­ce­lo­wa. Naj­bar­dziej oczy­wi­ste, zda­wa­ło­by się, argu­men­ty nie tra­fia­ły mu do prze­ko­na­nia. Wszyst­ko w Związ­ku Sowiec­kim było naj­lep­sze i wszyst­kie­go było bar­dzo dużo („mno­go, mno­go”).

* * *

We Lwo­wie zatrzy­ma­li­śmy się koło hote­lu George’a, gdzie pozwo­lo­no nam kupić nie­co chle­ba. Nie chcia­no sły­szeć o pozo­sta­wie­niu mnie w szpi­ta­lu, twier­dząc, że wła­dza dowód­cy armii Tiu­le­nie­wa tu nie się­ga. Samo­chód ruszył przez mia­sto w kie­run­ku na Tar­no­pol i… czy nie wie­rzyć teraz prze­zna­cze­niu? Samo­chód zepsuł się przed wyjaz­dem z mia­sta na Łycza­kow­skiej. Po dłu­gich nara­dach tele­fo­nicz­nych zde­cy­do­wa­no zawró­cić nas do komen­dy mia­sta, by innym samo­cho­dem, następ­ne­go dnia, wyru­szyć dalej. Umiesz­czo­no nas wszyst­kich w maleń­kim poko­iku. Krzy­czę, że krwa­wię, że w ogó­le nie mogę się ruszać, i w koń­cu uzy­sku­ję zgo­dę na prze­wie­zie­nie mnie wraz z moim ordy­nan­sem Tom­czy­kiem do szpi­ta­la. Wie­zie mnie enka­wu­dzi­sta z rewol­we­rem w ręku. Jedzie­my od szpi­ta­la do szpi­ta­la, wszę­dzie brak miej­sca, wresz­cie umiesz­cza­ją mnie za pokwi­to­wa­niem w szpi­ta­lu wojen­nym na Łycza­ko­wie. To zde­cy­do­wa­ło, że nie zosta­łem wywie­zio­ny do obo­zu i bodaj, że nie podzie­li­łem losu moich kole­gów w Katy­niu.

Wła­dy­sław Anders, „Bez ostat­nie­go roz­dzia­łu.
Wspo­mnie­nia z lat 1939–1946”, Lon­dyn 1981.

wybrał Jaro­sław Sza­rek