Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Historia we wspomnieniach

Warszawa, której już nie ma

Przed­sta­wia­my frag­ment wspo­mnień Tade­usza Macie­ja Katel­ba­cha (1897–1977) pt. „Spo­wiedź poko­le­nia”, wyda­nych w Pol­sce po raz pierw­szy przez Towa­rzy­stwo Przy­ja­ciół Wil­na i Grod­na „Oso­bi­ta” w Gdań­sku w 2001 roku. Katel­bach był publi­cy­stą, poli­ty­kiem, uczest­ni­czył w wal­kach o Lwów w 1918 roku, następ­nie w powsta­niu sej­neń­skim i woj­nie pol­sko-bol­sze­wic­kiej. Był tak­że sena­to­rem II RP, dzien­ni­ka­rzem, w cza­sie II woj­ny świa­to­wej w rzą­dzie RP w Lon­dy­nie, następ­nie na emi­gra­cji, jed­nym z naj­bliż­szych współ­pra­cow­ni­ków gen. Kazi­mie­rza Sosn­kow­skie­go oraz pra­cow­ni­kiem Radia Wol­na Euro­pa.
Nie­złom­ny prze­ciw­nik ukła­dów w Tehe­ra­nie i Jał­cie, anty­ko­mu­ni­sta, dzia­łacz Insty­tu­tu Józe­fa Pił­sud­skie­go w Nowym Jor­ku. Autor m.in. wspo­mnień: „Rok złych wróżb”. W cyto­wa­nym frag­men­cie Autor opi­su­je War­sza­wę swej mło­do­ści, rolę domu rodzin­ne­go i kul­tu­ry w wycho­wa­niu mło­de­go poko­le­nia w warun­kach nie­ist­nie­nia pań­stwa pol­skie­go.

***

War­sza­wa moich lat dzie­cin­nych i mło­dzień­czych, sło­wem War­sza­wa kil­ku­na­stu lat poprze­dza­ją­cych wybuch woj­ny 1914–1918, była mia­stem tęt­nią­cym życiem. Po 1905 roku roz­wi­ja­ła się w oczach. (…) Żyli­śmy peł­nią życia kul­tu­ral­ne­go w roz­bu­du­ją­cym się w szyb­kim tem­pie mie­ście, boga­tym tra­dy­cją dum­nej wal­ki z najeźdź­cą. Nie­dziel­ne prze­chadz­ki z Ojcem poświę­co­ne były m.in. zapo­zna­wa­niu się z tą tra­dy­cją. Czę­sto mar­szru­ta tych wycie­czek pro­wa­dzi­ła na Sta­re Mia­sto, peł­ne wspo­mnień zwią­za­nych z Insu­rek­cją Kościusz­kow­ską, z rewo­lu­cją 1831 i powsta­niem 1963. Innym razem szło się Ale­ja­mi Ujaz­dow­ski­mi ku Bel­we­de­ro­wi i Łazien­kom. Pamię­tam, że w star­szych kla­sach gim­na­zjum, a póź­niej w cza­sach stu­denc­kich, łazi­li­śmy 29 listo­pa­da pod pomnik Sobie­skie­go i gło­śno odtwa­rza­li­śmy sobie dzie­je nocy listo­pa­do­wej pew­ni chwi­li, gdy będzie­my reali­zo­wa­li bun­tow­ni­cze hasła pod­cho­rą­żych. Pocią­gał nas szcze­gól­nie roman­tyzm tej pamięt­nej nocy. Mimo więc kagań­ca cen­zu­ry rosyj­skiej żyli­śmy peł­nią wła­snej kul­tu­ry.
Każ­da biblio­te­ka domo­wa była wca­le dobrze zaopa­trzo­na w dzie­ła lite­rac­kie o nie­cen­zu­ral­nej tre­ści, uka­zu­ją­ce się w Gali­cji. Nie wiem, jak się to dzia­ło, ale wiem, że było ich peł­no i że sta­le napły­wa­ły świe­że. Podob­nie dzia­ło się z wydaw­nic­twa­mi uka­zu­ją­cy­mi się w Pozna­niu. Wszyst­ko, co dzia­ło się na zie­miach pol­skich, znaj­do­wa­ło żywy oddźwięk w War­sza­wie. Od dzie­ciń­stwa zakres naszych zain­te­re­so­wań nie ogra­ni­czał się nigdy do War­sza­wy, względ­nie do gra­nic Kró­le­stwa Kon­gre­so­we­go. Z Kre­sa­mi Wschod­ni­mi, zwłasz­cza z Wil­nem, Kow­nem, Kijo­wem, mie­li­śmy jak naj­żyw­szy kon­takt. To samo, mimo kor­do­nów gra­nicz­nych, z Kra­ko­wem i Lwo­wem, w ogó­le z całą Mało­pol­ską. Ale tak samo żywo reago­wa­li­śmy na wszyst­ko, co się dzia­ło w Poznań­skiem, a nie zapo­mnę nigdy powszech­nej rado­ści z powo­du szyb­kich postę­pów odro­dze­nia naro­do­we­go na Gór­nym Ślą­sku. Byli­śmy zży­ci od dzie­ciń­stwa z nazwi­ska­mi wybit­nych dzia­ła­czy poli­tycz­nych wszyst­kich zabo­rów. Dzię­ki temu nie mie­li­śmy w sobie zaścian­ko­wych kom­plek­sów, prócz może jedy­ne­go kom­plek­su – miło­ści swe­go mia­sta i dumy, że jest ono nadal, mimo tylo­let­niej nie­wo­li poli­tycz­nej, sto­li­cą roz­dar­te­go na trzy zabo­ry naro­du.
Rosja­nie byli, ale dla nas jak­by ich nie było. Na co dzień dosłow­nie nie ist­nie­li. Wśród tylu domów, któ­re zna­łem w War­sza­wie, przy­po­mi­nam sobie tyl­ko jeden, w któ­rym na jakimś ofi­cjal­nym przy­ję­ciu wiel­ka­noc­nym spo­tka­łem urzęd­ni­ka rosyj­skie­go. Urzę­dów rosyj­skich uni­ka­li­śmy, a do poli­cjan­ta, zwa­ne­go stój­ko­wym, lub do żan­dar­ma, zwra­ca­li­śmy się po pol­sku. Naj­bar­dziej bali­śmy się szpic­lo­stwa rosyj­skie­go. Było dosko­na­le zor­ga­ni­zo­wa­ne, tech­nicz­nie wyszko­lo­ne, w całym tego sło­wa zna­cze­niu „aze­fow­skie”, ope­ru­ją­ce wca­le licz­nym szta­bem pro­wo­ka­to­rów, wśród któ­rych, nie­ste­ty, nie bra­ko­wa­ło sprze­daj­nych pol­skich kana­lii.
Naj­bar­dziej nie­na­wi­dzi­li­śmy napę­dzo­ne­go urzęd­nic­twa rosyj­skie­go, a zwłasz­cza mło­dzie­ży rosyj­skiej płci oboj­ga oraz ofi­ce­rów, dla któ­rych War­sza­wa była już uoso­bie­niem świa­ta zachod­nie­go, małym Pary­żem. Zaba­wie­nie się w War­sza­wie nale­ża­ło tak samo do szy­ku, jak w Kału­dze, czy Astra­cha­niu uży­wa­nie war­szaw­skich pla­te­rów Fraget’a. Ofi­ce­ro­wie rosyj­scy rzu­ca­li pie­niędz­mi, roz­bi­ja­jąc się po noc­nych loka­lach, zwłasz­cza naj­bar­dziej zna­nych: w „Aqu­arium” na Chmiel­nej i „Rene­san­sie” na Nowym Świe­cie.
Pie­nią­dze rosyj­skie wpły­wa­ły demo­ra­li­zu­ją­co na mia­sto. Naj­nie­bez­piecz­niej­szą jed­nak kolum­nę rusy­fi­ka­cyj­ną widzie­li­śmy w mło­dzie­ży rosyj­skiej, asy­mi­lu­ją­cej się z naszym mia­stem. Rosja pcha­ła tę mło­dzież maso­wo do War­sza­wy. Gdy po straj­ku szkol­nym 1905 opu­sto­sza­ły mury gim­na­zjów rosyj­skich oraz rosyj­skiej poli­tech­ni­ki i uni­wer­sy­te­tu, z naj­od­le­glej­szych krań­ców Rosji zaczę­li zjeż­dżać do War­sza­wy mło­dzi Rosja­nie. Rosyj­ski Uni­wer­sy­tet War­szaw­ski otwo­rzył nawet swe podwo­je dla tzw. „semi­na­rzy­stów”, tj. mło­dzień­ców posia­da­ją­cych zale­d­wie kil­ku­kla­so­we wykształ­ce­nie gim­na­zjal­ne. Towa­rzy­stwo to odci­na­ło się jaskra­wo swym zgo­ła wschod­nim wyglą­dem od zachod­nie­go tła mia­sta i jego miesz­kań­ców. Gęby czy­sto kał­muc­kie. Czar­ne cza­py o olbrzy­mich okrą­głych ron­dach, obwi­słe szy­ne­le, a w zimie z regu­ły prze­dziw­nych roz­mia­rów kalo­sze. W cza­sie każ­dej urzę­do­wej mani­fe­sta­cji rosyj­skiej – a pamię­tam taką na 300-lecie dyna­stii Roma­no­wych – ci rosyj­scy mołoj­cy masze­ro­wa­li uli­ca­mi War­sza­wy, nio­sąc por­tre­ty cara Miko­ła­ja II, cary­cy oraz świę­te iko­ny pra­wo­sław­ne. Swo­iście wschod­nie­go posma­ku tym obcho­dom doda­wał jesz­cze widok znie­na­wi­dzo­nych pra­wo­sław­nych popów – rusy­fi­ka­to­rów zapa­mię­ta­łych naszych kre­sów wschod­nich, oraz bli­skie­go War­sza­wy Pod­la­sia i Chełmsz­czy­zny.
Patrzy­li­śmy na te „wier­no­pod­dań­cze mani­fe­sta­cje War­sza­wy” jak na szo­py zabaw­ne. Gdy zmarł znie­na­wi­dzo­ny gene­rał guber­na­tor War­sza­wy Ska­łon, zro­bio­no i nam przy­mu­so­wą „galów­kę”. Ska­ło­na cho­wa­no z wyjąt­ko­wą pom­pą, orkie­stra­mi, oddzia­ła­mi woj­ska, zło­żo­ne­go z rosłych, dwu­me­tro­wych chło­pów. Cała War­sza­wa żegna­ła śmier­tel­ne gene­ral­skie szcząt­ki z rado­snym wes­tchnie­niem, któ­re mia­ło zna­czyć – jed­ne­go dra­nia mniej. Pamię­tam, że z paru kole­ga­mi zna­leź­li­śmy się na Pla­cu Saskim, oto­czo­nym kor­do­nem gre­na­die­rów, aby przyj­rzeć się rosyj­skiej, urzę­do­wej szo­pie. Cer­kiew „zdo­bią­ca” ten pięk­ny plac, na któ­rym odby­wa­ły się ostat­nie rewie woj­ska pol­skie­go w War­sza­wie, była wpraw­dzie nie­skoń­czo­na, lecz Rosja­nie już orga­ni­zo­wa­li tu, nie­ja­ko u stóp sym­bo­lu pano­wa­nia car­skie­go pra­wo­sła­wia nad Pol­ską, swo­je obcho­dy i uro­czy­sto­ści. Spo­za gre­na­dier­skich kor­do­nów, od któ­rych wio­nął ostry zapach cha­rak­te­ry­stycz­ne­go dzieg­ciu, obser­wo­wa­li­śmy masze­ru­ją­ce kolum­ny rosłych żoł­nie­rzy, błysz­czą­cych woj­sko­wych na pięk­nych koniach oraz róż­nych nie­zna­nych nam war­szaw­skich dostoj­ni­ków rosyj­skich. Bawił nas ten widok. Byli­śmy zbyt rado­śnie nastro­je­ni śmier­cią Ska­ło­na, aby­śmy mogli zdo­być się nawet w sto­sun­ku do tego obce­go, rosyj­skie­go tłu­mu czy­now­ni­ków i żoł­dac­twa na uczu­cie nie­na­wi­ści. Czę­sto zresz­tą zada­wa­łem sobie pyta­nie, czy nie­na­wiść jest w nas sil­niej­sza od uczu­cia pogar­dy i zawsze docho­dzi­łem do wnio­sku, że War­sza­wa bar­dziej pogar­dza Rosja­na­mi niż ich nie­na­wi­dzi. W gim­na­zjum mie­li­śmy obo­wiąz­ko­we „rosyj­skie przed­mio­ty” – język rosyj­ski, geo­gra­fię i histo­rię. Wykła­da­li je Rosja­nie. W więk­szo­ści byli to libe­ra­ło­wie sym­pa­ty­zu­ją­cy z Pola­ka­mi. (…) Nie­na­wi­dzi­li­śmy napraw­dę „ochra­ny” i poli­cji, resz­tą pogar­dza­li­śmy. Zda­je mi się, że w tej mate­rii cała
War­sza­wa była soli­dar­na. 
Na co dzień jak gdy­by nie widzie­li­śmy Rosjan, żyjąc peł­nią wła­sne­go, pol­skie­go życia, mając od dzie­ciń­stwa oczy i uszy otwar­te na to, co się dzie­je za kor­do­na­mi gra­nicz­ny­mi. To samo czu­ła i myśla­ła inte­li­gen­cja pra­cu­ją­ca, tak samo myślał uświa­do­mio­ny robot­nik, rze­mieśl­nik, nawet stra­chli­wy bur­żuj, nie mówiąc o tem­pe­ra­men­tli­wych Ant­kach i róż­ne­go gatun­ku „kna­ja­kach”, od któ­rych roiła się zawsze War­sza­wa. Taki już dziw­ny był kli­mat tego mia­sta, że nawet, tzw. męty cecho­wał swo­isty patrio­tyzm i dum­na, pogar­dli­wa posta­wa wobec zabor­cy. Udzie­lał się on tak­że czę­ści zasie­dzia­łych z daw­na, zro­słych z mia­stem, zasy­mi­lo­wa­nych Żydów pol­skich. Odci­na­li się oni od tzw. litwa­ków, czy­li Żydów rosyj­skich, szwar­go­cą­cych po rosyj­sku, obcych przy­by­szów, też swo­istych rusy­fi­ka­to­rów. W patrio­tycz­nych ruchach wyzwo­leń­czych War­sza­wy bra­ły zawsze udział jed­nost­ki pocho­dze­nia żydow­skie­go, świad­cząc krwią, a czę­sto życiem, swą przy­na­leż­ność do pol­sko­ści. Patrio­tyzm War­sza­wy pozba­wio­ny był wszel­kiej pozy. Kotur­ny były wyraź­nie nie­po­pu­lar­ne i wywo­ły­wa­ły zawsze pikant­ne reak­cje. Warun­ki poli­tycz­ne odzwy­cza­iły to mia­sto od teatral­no-patrio­tycz­nych uro­czy­sto­ści, któ­re cele­bro­wał pate­tycz­ny Kra­ków. Jeśli mia­ły one miej­sce, odby­wa­ły się w poważ­nym sku­pie­niu bez wszel­kiej zewnętrz­nej orna­men­ta­cji. Czę­sto pogrze­by przy­bie­ra­ły cha­rak­ter poli­tycz­nych mani­fe­sta­cji. Pamię­tam takie dwa pogrze­by: poet­ki Deoty­my, a przede wszyst­kim pogrzeb Bole­sła­wa Pru­sa. Tysią­ce ludzi róż­nych warstw i zawo­dów, a przede wszyst­kim cała mło­dzież pol­ska War­sza­wy, odpro­wa­dza­ła na cmen­tarz powąz­kow­ski zwło­ki wiel­kie­go pisa­rza. Pano­wał nie­wy­mu­szo­ny porzą­dek, choć nie było żad­ne­go usta­lo­ne­go cere­mo­nia­łu. Były tłu­my, impo­nu­ją­ce tłu­my pol­skiej War­sza­wy.

Tade­usz Katel­bach,
„Spo­wiedź poko­le­nia”, Gdańsk 2001

wybrał Jaro­sław Sza­rek
Fot. arch. War­sza­wa sprzed wie­ku na sta­rych pocz­tów­kach