Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Tydzień liturgiczny

TRZYDZIESTY TRZECI TYDZIEŃ ZWYKŁY 14–19 XI 2011

PONIEDZIAŁEK:
1 Mch 1,10–15.41–43.54–57.62–64
Łk 18,35–43

Kie­dy Jezus zbli­żał się do Jery­cha, jakiś nie­wi­do­my sie­dział przy dro­dze i żebrał. Gdy usły­szał, że tłum prze­cią­ga, dowia­dy­wał się, co się dzie­je. Powie­dzie­li mu, że Jezus z Naza­re­tu prze­cho­dzi. Wte­dy zaczął wołać: „Jezu­sie, Synu Dawi­da, uli­tuj się nade mną!”. Ci, co szli na prze­dzie, nasta­wa­li na nie­go, żeby umilkł. Lecz on jesz­cze gło­śniej wołał: „Jezu­sie, Synu Dawi­da, uli­tuj się nade mną!”. Jezus przy­sta­nął i kazał przy­pro­wa­dzić go do sie­bie.
W poboż­nym śro­do­wi­sku swo­ich pobra­tym­ców, nie­wi­do­my spod Jery­cha wca­le nie zna­lazł przy­ja­zne­go kli­ma­tu, któ­ry by wspie­rał jego bła­gal­ną modli­twę. Wręcz prze­ciw­nie, ode­zwa­ły się gło­sy wymu­sza­ją­ce mil­cze­nie, skła­nia­ją­ce do rezy­gna­cji z modli­twy. Wiel­ka musia­ła być jego odwa­ga i deter­mi­na­cja, by nie zra­ża­jąc się naci­ska­mi z zewnątrz, pozo­stać przy gło­śnej modli­twie bła­gal­nej. Tak oto pró­bie pod­da­na zosta­ła modli­twa nie­wi­do­me­go. A z jakich prób zwy­cię­sko wycho­dzi nasza modli­twa?

WTOREK:
2 Mch 6,18–31; Łk 19,1–10

Zache­usz sta­nął i rzekł do Pana: „Panie, oto poło­wę mego mająt­ku daję ubo­gim, a jeśli kogo w czym skrzyw­dzi­łem, zwra­cam poczwór­nie”. Na to Jezus rzekł do nie­go: „Dziś zba­wie­nie sta­ło się udzia­łem tego domu, gdyż i on jest synem Abra­ha­ma. Albo­wiem Syn Czło­wie­czy przy­szedł szu­kać i zba­wić to, co zgi­nę­ło”.
Nawró­ce­nie Zache­usza zaowo­co­wa­ło kon­kret­nym czy­nem: wyna­gro­dził wyrzą­dzo­ne krzyw­dy, oka­zał zna­czą­ce miło­sier­dzie potrze­bu­ją­cym. Jezus wła­snym auto­ry­te­tem potwier­dził głę­bię ducho­wej prze­mia­ny cel­ni­ka. Bo każ­de zade­kla­ro­wa­ne dobro i każ­dy krok w życiu ducho­wym muszą zna­leźć wła­ści­wą wery­fi­ka­cję. Nasze modli­twy i ducho­we pra­gnie­nia nie są puste, gdy owo­cu­ją widocz­ny­mi dla innych doko­na­nia­mi. By nie wpaść w sidła fał­szy­wej poboż­no­ści, pie­lę­gnuj­my sku­tecz­ną miłość bliź­nie­go.

ŚRODA:
2 Mch 7,1.20–31; Łk 19,11–28

Panie, tu jest two­ja mina, któ­rą trzy­ma­łem zawi­nię­tą w chu­st­ce. Lęka­łem się bowiem cie­bie, bo jesteś czło­wie­kiem suro­wym: chcesz brać, cze­goś nie poło­żył, i żąć, cze­goś nie posiał”. Odpo­wie­dział mu: „Według słów two­ich sądzę cię, zły słu­go. Wie­dzia­łeś, że jestem czło­wie­kiem suro­wym: chcę brać, gdzie nie poło­ży­łem, i żąć, gdziem nie posiał. Cze­mu więc nie dałeś moich pie­nię­dzy do ban­ku? A ja po powro­cie był­bym je z zyskiem ode­brał”.
Przy­po­wieść o dzie­się­ciu minach wska­zu­je na dwie kate­go­rie ludzi: pierw­si pomna­ża­ją otrzy­ma­ne od Boga dobra, wie­dząc, że tyl­ko przez krót­ką chwi­lę dys­po­nu­ją ofia­ro­wa­ny­mi moż­li­wo­ścia­mi. Dru­dzy, mimo iż rozu­mie­ją sta­wia­ne im wyma­ga­nia, pozo­sta­ją leni­wi, nie­sko­rzy do wysił­ku, mar­nu­ją, co otrzy­ma­li. Te dwie kate­go­rie ludzi to jak­by dwie stro­ny każ­de­go czło­wie­ka. Są bowiem obsza­ry, w któ­rych roz­wi­ja­my się, są i takie, w któ­rych wie­le mar­nu­je­my. War­to te dzie­dzi­ny swe­go życia roze­znać.

CZWARTEK:
1 Mch 2,15–29; Łk 19,41–44

Gdy Jezus był już bli­sko Jero­zo­li­my, na widok mia­sta zapła­kał nad nim i rzekł: „O gdy­byś i ty pozna­ło w ten dzień to, co słu­ży poko­jo­wi. Ale teraz zosta­ło to zakry­te przed two­imi ocza­mi. Bo przyj­dą na cie­bie dni, gdy twoi nie­przy­ja­cie­le oto­czą cię wałem, oble­gną i ści­sną zewsząd. Powa­lą na zie­mię cie­bie i two­je dzie­ci i nie zosta­wią w tobie kamie­nia na kamie­niu za to, żeś nie roz­po­zna­ło cza­su two­je­go nawie­dze­nia”.
Mia­sto, któ­re nie roz­po­zna­ło cza­su swe­go nawie­dze­nia legnie w gru­zach: wszyst­ko się roz­wa­li i to tak sku­tecz­nie, że nie zosta­nie kamień na kamie­niu. To los mia­sta, któ­re nie przy­ję­ło sło­wa Boże­go, zlek­ce­wa­ży­ło pro­ro­ka. Roz­la­tu­ją się kamie­nie, bo zabra­kło spo­iwa i zara­zem zadzia­ła­ła jakaś destruk­cyj­na siła. Być może i w nas są takie obsza­ry, gdzie dzia­ła tyl­ko ludz­kie spo­iwo i dla­te­go co rusz coś się roz­la­tu­je. Te nie­uda­ne obsza­ry naszej aktyw­no­ści pod­daj­my Bogu.

PIĄTEK:
1 Mch 4,36–37.52–59; Łk 19,45–48

Jezus wszedł do świą­ty­ni i zaczął wyrzu­cać sprze­da­ją­cych w niej. Mówił do nich: „Napi­sa­ne jest: Mój dom będzie domem modli­twy, a wy uczy­ni­li­ście z nie­go jaski­nię zbój­ców”. I nauczał codzien­nie w świą­ty­ni. Lecz arcy­ka­pła­ni i ucze­ni w Piśmie oraz przy­wód­cy ludu czy­ha­li na Jego życie. Tyl­ko nie wie­dzie­li, co by mogli uczy­nić, cały lud bowiem słu­chał Go z zapar­tym tchem.
Wypę­dza­jąc kup­ców ze świą­ty­ni Jezus doko­nał oczysz­cze­nia tego świę­te­go miej­sca. Bo tam, gdzie winien pano­wać kli­mat sku­pie­nia i modli­twy, poja­wi­ło się tar­go­wi­sko. Trze­ba było wyrzu­cić kup­ców, to zna­czy usu­nąć przy­czy­nę, by przy­wró­cić świą­ty­ni utra­co­ną god­ność. Świą­ty­nia, jaką jest każ­dy z nas, rów­nież wyma­ga oczysz­cze­nia. Może tego doko­nać Jezus, o ile zgo­dzi­my się na to. Aby przy­jąć Jego łaskę musi­my poszu­kać przy­czyn, któ­re nisz­czą nasze dobre pra­gnie­nia i odwo­dzą od dobra.

SOBOTA:
1 Mch 6,1–13; Łk 20,27–40

Jezus im odpo­wie­dział: „Dzie­ci tego świa­ta żenią się i za mąż wycho­dzą. Lecz ci, któ­rzy uzna­ni są za god­nych udzia­łu w świe­cie przy­szłym i w powsta­niu z mar­twych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wycho­dzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są rów­ni anio­łom i są dzieć­mi Boży­mi, będąc uczest­ni­ka­mi zmar­twych­wsta­nia”.
Jak będzie wyglą­da­ło życie po śmier­ci? – któż nie sta­wia tego pyta­nia. Dla­te­go z wiel­kim zacie­ka­wie­niem się­ga­my po opi­sy doświad­czeń osób, któ­re tak bar­dzo zbli­ży­ły się do gra­ni­cy cza­su, że prze­ży­ły śmierć kli­nicz­ną. Jed­nak­że te opi­sy nie sta­no­wią żad­ne­go wyja­śnie­nia na temat kształ­tu życia wiecz­ne­go. Z nie­wzru­szo­ną wia­rą trwaj­my przy tym, co powie­dział Jezus, a On nas zapew­nił, że tam, w wiecz­no­ści cze­ka miłu­ją­cy Ojciec. Niech to wystar­czy.

ks. Roman Sła­weń­ski