Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Historia we wspomnieniach

Na próżno wołamy: „Do broni!”

29 listo­pa­da 1830 roku mło­dzi spi­skow­cy ze Szko­ły Pod­cho­rą­żych roz­po­czę­li powsta­nie prze­ciw Rosji. Po 35 latach nie­wo­li Pola­cy spró­bo­wa­li się­gnąć po nie­pod­le­głość, tak jak uczy­nił to już naczel­nik Kościusz­ko i jak za 30 lat zro­bią to powstań­cy stycz­nio­wi: „Jesz­cze Pol­ska nie umar­ła póki my żyje­my…”. Przed­sta­wia­my opis pierw­szych, dra­ma­tycz­nych godzin powsta­nia – nim uzy­ska­ło ono wspar­cie miesz­kań­ców War­sza­wy – we wspo­mnie­niach Sewe­ry­na Gosz­czyń­skie­go „Noc listo­pa­do­wa”, zamiesz­czo­nych w książ­ce Wła­dy­sła­wa Lewan­dow­skie­go „Uczest­ni­cy Powsta­nia Listo­pa­do­we­go opo­wia­da­ją”.

Napad na Bel­we­der (F. Die­trich – J.F. Piwar­ski) (fot. arch. )

Docho­dzi­li­śmy do posą­gu Sobie­skie­go, któ­ry według pla­nu miał być punk­tem zbor­nym dla oddzia­łu bel­we­der­skie­go, kie­dy bły­snę­ła łuna poża­ru na Sol­cu – hasło powsta­nia na wszyst­kich punk­tach, a tym­cza­sem nie było jak pół do szó­stej, a nas wszyst­kich przy posą­gu led­wo kil­ku­na­stu. (…) To hasło za wcze­sne i chy­bio­ne mia­ło wiel­ki wpływ na cały ruch powsta­nia i zasłu­gu­je na kil­ka słów wyja­śnia­ją­cych. Mate­ria­łu pal­ne­go do pod­pa­le­nia bro­wa­ru na Sol­cu miał dostar­czyć Wysoc­kie­mu kapi­tan Stol­zman, jeden z zarzą­dza­ją­cych pra­cow­nią ognio­wą, pod warun­kiem, aby uprze­dzo­ny był o tym na dni kil­ka; Wysoc­ki zażą­dał ich dopie­ro w wilię powsta­nia, to jest w nie­dzie­lę, kie­dy pra­cow­nia była zamknię­ta, Stol­zman więc nie mógł ich wydać ani w nie­dzie­lę, ani nawet w ponie­dzia­łek, bo jak zapo­wie­dział, potrze­bo­wał na to dni kil­ku. Dwóch pod­cho­rą­żych prze­zna­czo­nych do pod­pa­le­nia bro­wa­ru musia­ło poprze­stać na sło­mie. Ope­ra­cja ta szła nasam­przód z wiel­ką trud­no­ścią, a kie­dy się wresz­cie uda­ła, pożar był tak sła­by, że go w krót­kim cza­sie z łatwo­ścią stłu­mio­no. Dla­cze­go był przed­wcze­sny? Nie wia­do­mo – czy wina zega­ra, któ­re­go się radzi­li pod­cho­rą­żo­wie? czy wina ich nie­cier­pli­wo­ści? Bądź co bądź, wypa­dek ten zawi­chrzył powsta­nie w samym jego zarod­ku i mate­rial­nie, i moral­nie, jak to póź­niej zoba­czy­my.
Po upły­wie dobrej pół godzi­ny pożar zga­szo­ny,
Pod pomni­kiem Sobie­skie­go (F. Die­trich – J.F. Piwar­ski) (fot. arch. )

Łazien­ki uspo­ko­jo­ne, mogli­śmy wyjść naresz­cie spo­za drzew naszych, sku­pić się, obli­czyć i coś posta­no­wić. Nie było innej rady, jak poro­zu­mieć się ze Szko­łą Pod­cho­rą­żych. W tym celu udał się do niej Nabie­lak. Ale i Szko­ła zanie­po­ko­jo­na, Wysoc­kie­go nie widać, z pod­cho­rą­ży­mi pod­pa­la­ją­cy­mi bro­war nie wia­do­mo, co się sta­ło. Z tym tyl­ko mię­dzy nas wró­cił do nas Nabie­lak. Trze­ba było jesz­cze cze­kać, a cze­kać wśród nie­bez­pie­czeństw widocz­nych. Lada co mogło wydać naszą obec­ność w miej­scu tak zabro­nio­nym, w porze tak już spóź­nio­nej; uspra­wie­dli­wie­nie się trud­ne, tym trud­niej­sze, że wie­lu z tej mło­dzie­ży uzbro­iło się w pisto­le­ty i szty­le­ty, bez potrze­by, bo do czy­nu mie­li­śmy przy­go­to­wa­ne dla sie­bie kara­bi­ny przez woj­sko­wych. (…)
W kil­ka minut przy­był Nabie­lak w towa­rzy­stwie pod­cho­rą­żych Trza­skow­skie­go i Koby­lań­skie­go, prze­zna­czo­nych do pro­wa­dze­nia nasze­go oddzia­łu; otrzy­ma­li­śmy tak­że kara­bi­ny z bagne­ta­mi i po 20 ładun­ków. Obli­czy­li­śmy się – było nas osiem­na­stu.
Licz­ba cokol­wiek za szczu­pła w sto­sun­ku do wypra­wy takiej waż­no­ści. Widzia­łem z tego powo­du zmie­sza­nie na nie­któ­rych twa­rzach, mnie same­go prze­bie­gło chwi­lo­we zwąt­pie­nie, ale to nie trwa­ło jak chwi­lę. Wszy­scy poczu­li obo­wią­zek rzu­cić się w dzia­ła­nie bez żad­ne­go wzglę­du na licz­bę i dal­sze skut­ki. Nabi­li­śmy kara­bi­ny i ruszy­li­śmy w pochód dwo­ma oddzia­ła­mi zło­żo­ny­mi każ­dy z dzie­wię­ciu ludzi. Jeden miał wpaść głów­ną bra­mą do Bel­we­de­ru; w tym oddzia­le był: Ludwik Nabie­lak, Zenon Nie­mo­jow­ski, Roch i Niko­dem Rup­niew­scy, Ludwik Orpi­szew­ski, Ludwik Jan­kow­ski, Walen­ty Nasio­row­ski, ja i pod­cho­rą­ży Kon­stan­ty Trza­skow­ski, prze­wod­nik oddzia­łu.
W dru­gim oddzia­le byli: Pasz­kie­wicz Karol, Rot­ter­mund Edward, Poniń­ski Sta­ni­sław, Trzciń­ski Edward, Świę­to­sław­ski Alek­san­der, Kro­snow­ski Walen­ty, Ret­tel Leonard, Kosiń­ski i pod­cho­rą­ży Koby­lań­ski, prze­wod­nik. Oddział ten wszedł do ogro­du bel­we­der­skie­go, aby dzia­łać z tyłu pała­cu, gdy­by tą stro­ną wiel­ki ksią­żę chciał się wymknąć.
Dro­ga nasza szła mię­dzy Bel­we­de­rem a Ogro­dem Bota­nicz­nym. Żad­nej prze­szko­dy na niej, tyl­ko co kil­ka­dzie­siąt kro­ków wzdłuż szta­chet ota­cza­ją­cych dzie­dzi­niec bel­we­der­ski bud­ka szyl­dwa­cha i przy niej wete­ran moskiew­ski. Widok tych wete­ra­nów natchnął jed­ne­go z nas zapy­tać wete­ra­na po moskiew­sku, czy w. ksią­żę jest w domu. „Jest” – odpo­wie­dział wete­ran. Na to zapy­tu­ją­cy: „będzie miał gości”. – Wete­ran scho­wał się w bud­kę. Wkrót­ce musie­li­śmy przy­spie­szyć kro­ku; usły­sze­li­śmy strzał i krzyk czło­wie­ka z ogro­du. W dru­gim oddzia­le strze­lo­no do kira­sje­ra będą­ce­go tam na war­cie przy pała­cu i ranio­no go. Puści­li­śmy się bie­giem na odgłos jak­by grzmo­tu, któ­ry nas doszedł ze stro­ny koszar. Było to powi­ta­nie pod­cho­rą­żych dla jaz­dy moskiew­skiej. Jed­no­cze­śnie pra­wie z tym strza­łem wpa­dli­śmy przez bra­mę na dzie­dzi­niec Bel­we­de­ru.
„Śmierć tyra­nom!”
wykrzyk­nął mój oddział, a wyraz oczu i twa­rzy moich towa­rzy­szy odbi­jał dobit­nie, co ich okrzyk zapo­wia­dał. (…) Prze­bie­gli­śmy pędem, z łosko­tem, któ­re­go łatwo moż­na się domy­ślić, dół i pierw­sze pię­tro i nigdzie w. księ­cia, znik­nął nam – pust­ka zupeł­na – tyl­ko w przed­po­ko­ju sali audien­cjo­nal­nej jakiś czło­wiek kry­ją­cy się za drzwia­mi. Był to wice­pre­zy­dent mia­sta Lubo­widz­ki. Rzu­co­no się ku nie­mu; dotknę­ło go kil­ka bagne­tów, upadł na posadz­kę zla­ny krwią kil­ku ran, ale żad­na nie była śmier­tel­ną. Zwie­dziw­szy w ten spo­sób cały pałac i nie zna­la­zł­szy cze­go­śmy szu­ka­li, nie speł­niw­szy cośmy zamie­rzy­li, mie­li­śmy się do odwro­tu nie bar­dzo radzi z sie­bie (…)
Wkro­czy­li­śmy naresz­cie na Nowy Świat. Była to część mia­sta zamiesz­ka­na naj­wię­cej przez wyż­szych ofi­ce­rów i urzęd­ni­ków moskiew­skich. Weszli­śmy jak­by w pust­kę, jak­by w atmos­fe­rę gro­bu. Żad­ne­go ruchu, żad­ne­go życia, domy poza­my­ka­ne, okna podob­nież. Na próż­no woła­my: do bro­ni! Bije­my we drzwi i okien­ni­ce kol­ba­mi kara­bi­nów, żaden głos, żaden ruch życia nie odpo­wia­da. Smu­tek, obu­rze­nie, w koń­cu pew­na wście­kłość opa­no­wu­je nasz oddział. Wcho­dzi­my na Kra­kow­skie Przed­mie­ście. Obli­cze i atmos­fe­ra ta sama. Jak­by sen zaklę­ty ogar­nął wszyst­kich, a my jed­ni żyją­cy, samot­ni na tym cmen­ta­rzu. Duch powstań­ców nie upadł, ale roz­draż­nie­nie doszło do wyso­kie­go stop­nia. Odtąd bia­da temu, kto się z nim zetrze. Cio­sy krwa­we, śmier­tel­ne, będą budzi­ły śpią­cych lub zmy­śla­ją­cych uśpie­nie. W takim uspo­so­bie­niu pod­cho­rą­żych wpadł pierw­szy w ich ręce jene­rał Trę­bic­ki. Od kil­ku dni poru­czo­ny mu był nad nimi szcze­gól­ny dozór i w tym urzę­do­wa­niu oka­zał całą suro­wość woj­sko­wą. Mimo to, mimo że powie­dział im natych­miast otwar­cie, dokąd idzie (do w. księ­cia), widzie­li w nim tyl­ko zdol­ne­go żoł­nie­rza i mogą­ce­go
być poży­tecz­nym naro­do­wi 
w spra­wie wyzwa­la­nia się, zaczę­li więc od łagod­ne­go wezwa­nia, aby ich pro­wa­dził dalej. Trę­bic­ki na to odpo­wie­dział nie tyl­ko odrzu­ce­niem ich wezwa­nia, ale naj­su­row­szy­mi pogróż­ka­mi, jeże­li nie zło­żą natych­miast bro­ni i nie zda­dzą się za jego pośred­nic­twem na łaskę care­wi­cza. Pod­cho­rą­żo­wie zdo­ła­li jesz­cze poha­mo­wać się, tyl­ko oto­czy­li go eskor­tą i pro­wa­dzi­li z sobą dalej. Docho­dzi­li­śmy do pała­cu Namiest­ni­ka, kie­dy nam zaje­chał Hau­ke, mini­ster woj­ny, mając obok sie­bie swe­go sze­fa szta­bu Meci­szew­skie­go, a za sobą jene­ra­ła Rau­ten­strau­cha. Chciał on prze­ra­zić nas ostrym ode­zwa­niem się, mniej na to zwa­ża­li­śmy, ale Meci­szew­ski dał się sku­sić myśli nie­szczę­śliw­szej, dobył pisto­le­tu i strze­liw­szy w tłum, ranił w nogę jed­ne­go z pod­cho­rą­żych: w mgnie­niu oka już ich nie było na koniach, a dwa tru­py leża­ły na bru­ku. Rau­ten­strauch zaraz po strza­le Meci­szew­skie­go zwró­cił się co prę­dzej w uli­cę Trę­bac­ką i znik­nął – żywy. Smut­niej­szy był wypa­dek z jene­ra­łem Nowic­kim. Po odpra­wie z Hau­kem zbli­ża się kare­ta, stan­gret na zapy­ta­nie „kto jedzie?” – odpo­wia­da: „Jene­rał Nowic­ki”. Pod­cho­rą­żym zda­ło się, że mówi: jene­rał Lewic­ki (jene­rał moskiew­ski, komen­dant mia­sta) i kil­ka strza­łów padło w kare­tę i bied­ny sta­rzec zgi­nął przez pomył­kę. Z Kra­kow­skie­go Przed­mie­ścia wzię­li­śmy dro­gę uli­cą Wierz­bo­wą. Zatrzy­ma­no się tam na chwi­lę i pró­bo­wa­no jesz­cze raz obu­dzić pol­skie czu­cie w Trę­bic­kim. „Połącz się – bła­ga­li go – zakli­na­my cię, połącz się ze spra­wą naro­du, stań na naszym cze­le, widzia­łeś, co spo­tka­ło zdraj­ców”. Trę­bic­ki odpo­wie­dział z naj­zim­niej­szą krwią: „Nie sta­nę na waszym cze­le; wy jeste­ście nik­czem­ni, wy jeste­ście mor­der­cy”. Ale po takich nawet obe­lgach powie­dzia­no mu tyl­ko: „Jene­ra­le! daje­my ci czas do namy­słu”, i pro­wa­dzo­no go uli­cą Bie­lań­ską. Dopie­ro przy koń­cu pra­wie uli­cy zatrzy­ma­no się; ale gdy na ich nowe nale­ga­nie odpo­wie­dział sta­now­czo: „może­cie mi życie ode­brać, ale nigdy nie zmu­si­cie mnie do zła­ma­nia wia­ry zaprzy­się­żo­nej monar­sze”, padł prze­bi­ty bagne­tem pod­cho­rą­że­go Paw­łow­skie­go…

Sewe­ryn Gosz­czyń­ski,

Noc listo­pa­do­wa”, [w: ] Wła­dy­sław Lewan­dow­ski, „Uczest­ni­cy Powsta­nia Listo­pa­do­we­go opo­wia­da­ją” (Wybór pamięt­ni­ków), War­sza­wa 1959

wybrał Jaro­sław Sza­rek