Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Historia we wspomnieniach

Słodkie jest jarzmo Chrystusowe

3 grud­nia 1974 roku zmarł ks. Wła­dy­sław Buko­wiń­ski (ur. 1904 r.), czło­wiek nie­zwy­kłej poko­ry i głę­bo­kiej wia­ry. W 1955 roku, po dzie­się­cio­let­nim zesła­niu, dobro­wol­nie pozo­stał w Związ­ku Sowiec­kim i poświę­cił się trud­nej pra­cy kapła­na w tym kra­ju, gdzie reli­gia mia­ła zostać cał­ko­wi­cie wytę­pio­na. Obec­nie toczy się jego pro­ces beaty­fi­ka­cyj­ny.
Po 1956 roku prze­pro­wa­dził osiem wypraw misyj­nych: do Tur­kie­sta­nu, w oko­li­ce Ałma-Aty, do Aktiu­biń­ska i Semi­pa­ła­tyń­ska. Poło­wę z nich zakoń­czył pomyśl­nie, pozo­sta­łe zosta­ły prze­rwa­ne przez wła­dze. W 1958 roku ks. Buko­wiń­ski został aresz­to­wa­ny i ska­za­ny na trzy lata wię­zie­nia. Na począt­ku lat 70. ten nie­złom­ny kapłan prze­by­wał w Pol­sce. Spi­sał wte­dy swo­je wspo­mnie­nia, któ­re zosta­ły wyda­ne, zgod­nie z jego wolą, po śmier­ci na emi­gra­cji, pt. „Wspo­mnie­nia z Kazach­sta­nu”.

***

Mszę św. moż­na w naszych warun­kach odpra­wiać raniut­ko lub wie­czo­rem. W dzień odpra­wiam tyl­ko Mszę pogrze­bo­wą przy zwło­kach. Zazwy­czaj odby­wa się to tak: przy­cho­dzę po połu­dniu lub przed wie­czo­rem. Przede wszyst­kim urzą­dzam ołtarz. Jest nim zwy­czaj­ny stół, byle­by tyl­ko moc­no stał i nie chwiał się. Stół przy­kry­wa się bia­łym obru­sem. Na stół kła­dzie się duże pudeł­ko lub dwie gru­be książ­ki, przy­kry­wa się bia­łą chust­ką i sta­wia kru­cy­fiks. Świe­ce sta­wia się w lich­ta­rzach lub, jak ich nie ma – w szklan­ce z solą. Powy­żej zawie­sza się jeden lub dwa obra­zy i
ołtarz gotów.
Następ­nie spo­wia­dam. Mszę św. odpra­wiam o godzi­nie 9. wie­czo­rem. Po Mszy św. zwy­kle jesz­cze spo­wiedź. Wresz­cie krót­ki spo­czy­nek noc­ny. Krót­ki, bo kła­dę się zwy­kle po pół­no­cy, a już o 5-tej lub 6-tej rano jest poran­na Msza św., a potem dalej spo­wiedź, cza­sa­mi chrzty i namasz­cze­nia ole­ja­mi świę­ty­mi, cza­sa­mi ślu­by.
Naj­czę­ściej pierw­szą Mszę odpra­wiam za żywych człon­ków rodzi­ny gospo­da­rzy, a dru­gą za zmar­łych. Cała rodzi­na spo­wia­da się i zwy­kle dwa razy – wie­czo­rem i rano – przyj­mu­je Komu­nię św. Jakie to ma zna­cze­nie dla życia rodzin­ne­go, tym wię­cej, że nie ma tam kościół­ka, każ­dy łatwo zro­zu­mie.
Ponie­waż to powta­rza się wciąż na nowo w róż­nych domach i rodzi­nach, więc sypiam czę­ściej w cudzych łóż­kach niż w swo­im wła­snym. (…) Prze­cięt­ny kara­gań­ski kato­lik czy kato­licz­ka rzad­ko bywa na Mszy św. odpra­wio­nej przez księ­dza, dobrze jak raz na mie­siąc. Ale za to dość duży pro­cent obec­nych spo­wia­da się i przyj­mu­je Komu­nię św.
Poma­lut­ku wpro­wa­dza­my coraz wię­cej języ­ka naro­do­we­go do Mszy św. Łatwiej idzie z Mszą św. cichą, trud­niej ze śpie­wa­ną, gdyż bra­ku­je nam nut do śpie­wów mszal­nych w języ­ku pol­skim i nie­miec­kim. Niem­cy śpie­wa­ją już „Vater unser” po nie­miec­ku, a Pola­cy też nie­źle, tyl­ko po pol­sku. W innych miej­sco­wo­ściach umie­jęt­ność śpie­wa­nia nie jest zno­wu tak powszech­na.
Trze­ba sobie radzić z róż­no­ścią języ­ków. Bywa­ją wypad­ki, że na Mszę św. przy­cho­dzą i Pola­cy, i Niem­cy razem. Wte­dy robię tak: lek­cję i Ewan­ge­lię czy­tam w obu języ­kach, na pierw­szym miej­scu w języ­ku gospo­da­rzy domu, a kaza­nie mówię po rosyj­sku, bo ten język rozu­mie­ją wszy­scy.
Naj­czę­ściej jed­nak mówię w Kara­gan­dzie kaza­nia w języ­ku nie­miec­kim, gdyż Niem­ców jest tutaj o wie­le wię­cej niż Pola­ków. Czę­sto rów­nież prze­ma­wiam po pol­sku i po rosyj­sku, rzad­ko po ukra­iń­sku.
Pra­cy dusz­pa­ster­skiej jest w Kara­gan­dzie dużo ze sta­ły­mi miesz­kań­ca­mi tego gro­du. Przy­spa­rza pra­cy to zwłasz­cza, że trze­ba obsłu­gi­wać licz­nych przy­jezd­nych. Nie tyle tu cho­dzi o przy­jezd­nych z naj­bliż­szych oko­lic, bo oni prze­waż­nie czę­ściej się spo­wia­da­ją. Cho­dzi przede wszyst­kim o przy­jezd­nych z dale­ka, któ­rzy nie­raz jadą tysią­ce kilo­me­trów,
byle­by tyl­ko zna­leźć księ­dza.
Wśród lud­no­ści kato­lic­kiej bar­dzo sze­ro­ko roze­szła się fama, że w Kara­gan­dzie zawsze moż­na zna­leźć księ­dza. Nie mówię już o samym Kazach­sta­nie. Ludzie jadą z połu­dnia, z repu­blik Azji Środ­ko­wej, czy­li z byłe­go Tur­kie­sta­nu. Jadą z pół­no­cy, nie­raz aż z Archan­giel­ska, choć stam­tąd znacz­nie bli­żej do Moskwy niż do Kara­gan­dy. Jadą z zacho­du, aż z Powoł­ża. Jadą ze wscho­du, aż z głę­bi Sybe­rii. Jadą do krew­nych, ale zara­zem tak­że do księ­dza.
Jak­że czę­sto wśród tych podróż­nych i nie tyl­ko wśród nich są tacy, co nie spo­wia­da­li się bar­dzo wie­le lat, bywa że 20 lat, ale nawet 40 lat. A może jesz­cze czę­ściej bywa­ją tacy, co się nie spo­wia­da­li ani razu w życiu. Naj­star­szym „dziec­kiem”, któ­re przy­stą­pi­ło u mnie do I Komu­nii św., była pew­na wdo­wa liczą­ca sobie 52 wio­sny życia. A takich, któ­rzy przy­ję­li u mnie Komu­nię św. mając 40 lat, trud­no by pora­cho­wać. Tak samo jest u każ­de­go dusz­pa­ste­rza w tam­tych stro­nach. (…)
Prze­moc ma tak­że swo­je gra­ni­ce. Któż może mi zabro­nić się modlić? Ten naj­wy­żej może się sam ośmie­szyć. Modlić się moż­na napraw­dę zawsze i wszę­dzie. Byle tyl­ko była dobra wola ku temu. Cia­ło moż­na zamknąć i nawet cały­mi lata­mi trzy­mać w poje­dyn­czej celi wię­zien­nej, lecz nie uwię­zi się ducha, któ­ry i stam­tąd znaj­du­je dro­gę do Boga. Prze­śla­do­wa­nie wia­ry nie jest naj­więk­szym nie­bez­pie­czeń­stwem. Jest nim odse­pa­ro­wa­nie dzie­ci i mło­dzie­ży, by one nigdy nie mia­ły moż­no­ści poznać Boga. Wpraw­dzie łaska Boża nie­po­ję­ty­mi dla nas ludzi dro­ga­mi docie­ra i do takich jed­no­stek, tym nie­mniej sam Syn Czło­wie­czy
Jezus Chry­stus
woła do nas:
„Żni­wo wiel­kie – robot­ni­ków mało. Pro­ście tedy Pana żni­wa, aby posłał robot­ni­ków na żni­wo swo­je”. (…)
W czerw­cu 1957 r. objeż­dża­łem pol­skie wio­ski w oko­li­cy Ałma-Aty. Prze­ży­łem tam wie­le głę­bo­ko wzru­sza­ją­cych momen­tów. W jed­nej wio­sce dosłow­nie cała wieś cze­ka­ła na mnie. Kie­dy przy­je­cha­łem (samo­cho­dem oso­bo­wym), dziew­czę­ta odświęt­nie ubra­ne oto­czy­ły mnie wień­cem jak pry­mi­cjan­ta i wpro­wa­dzi­ły do domu prze­zna­czo­ne­go na nabo­żeń­stwo, a lud cały śpie­wał bar­dzo pięk­nie „Kto się w opie­kę odda Panu swe­mu”. W innej wio­sce powi­tał mnie krót­kim prze­mó­wie­niem, w obec­no­ści licz­nie zgro­ma­dzo­ne­go ludu, miej­sco­wy patriar­cha, pan Sta­ni­sław Lewic­ki. Było to chy­ba naj­bar­dziej wzru­sza­ją­ce prze­mó­wie­nie wygło­szo­ne do mnie w całym życiu. Pan Lewic­ki mówił: „Wywieź­li nas pod te góry, zosta­wi­li tutaj i wszy­scy zapo­mnie­li o nas. Nikt o nas nie pamię­tał. Dopie­ro Ojciec Duchow­ny do nas przy­je­chał. My takie sie­ro­ty, my takie sie­ro­ty”. Pła­kał czci­god­ny patriar­cha, pła­kał cały zebra­ny lud, pła­kał i ksiądz razem z nimi. Ale to były dobre łzy.
Otóż któ­re­goś dnia czerw­co­we­go przy­jeż­dżam z jed­nej wio­ski do dru­giej. Dro­ga była dale­ka, ok. 30 km. Jecha­łem kiep­ską fur­ką zaprzę­żo­ną w parę nie­po­zor­nych koni­ków. Ubra­ny byłem cał­kiem nie­re­pre­zen­ta­cyj­nie. Dość porząd­ną waliz­kę mia­łem ukry­tą pod sło­mą, żeby nie zwra­ca­ła niczy­jej uwa­gi. Cóż, kie­dy dro­ga była prze­waż­nie polna, kiep­ska fur­ka moc­no trzę­sła i raz po raz waliz­ka wyska­ki­wa­ła spod sło­my, tak, iż trze­ba było kil­ka razy w dro­dze przy­sta­nąć, aby ją zno­wu ukryć. Był prze­pięk­ny dzień czerw­co­wy w peł­nym bla­sku popo­łu­dnio­we­go słoń­ca. Ani chmur­ki na nie­bie. Na pra­wo od nas obszer­na, uro­dzaj­na rów­ni­na, na lewo maje­sta­tycz­ne pasmo gór o szczy­tach pokry­tych śnie­giem. I wów­czas poczu­łem się bar­dzo szczę­śli­wy i
wdzięcz­ny Opatrz­no­ści
za to, że mnie tam przy­pro­wa­dzi­ła do tych tak bied­nych i opusz­czo­nych, a prze­cież tak bar­dzo wie­rzą­cych i miłu­ją­cych Chry­stu­sa. Tego szczę­ścia dozna­ne­go na owej trzę­są­cej się fur­ce nie zamie­nił­bym na naj­więk­sze zaszczy­ty i przy­jem­no­ści. Nie­raz póź­niej, zwłasz­cza w cięż­kich chwi­lach, jakich mi nie bra­ko­wa­ło, przy­po­mi­na­łem sobie to olśnie­wa­ją­ce prze­ży­cie.
Nie wiem, co przy­nie­sie przy­szłość, nawet naj­bliż­sza, mnie i moim przy­ja­cio­łom pra­cu­ją­cym w dusz­pa­ster­stwie w Związ­ku Radziec­kim. Nie wie­my, w jaki spo­sób Opatrz­ność Boża czu­wać będzie nad naszym Kościo­łem w tym kra­ju. Wiem tyl­ko jed­no, iż słod­kie jest jarz­mo Chry­stu­so­we, a brze­mię Jego jest lek­kie.

ks. Wła­dy­sław Buko­wiń­ski,
„Wspo­mnie­nia z Kazach­sta­nu”,
Lon­dyn 1979

wybrał Jaro­sław Sza­rek