Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Historia we wspomnieniach

Pod płaszczem Maryi – Królowej Polski

Mozai­ka zdo­bią­ca połu­dnio­wą ścia­nę Pokoi Kró­lew­skich na Jasnej Górze

W nocy z 26 na 27 grud­nia 1655 roku Szwe­dzi odstą­pi­li od oble­ga­ne­go od 18 listo­pa­da klasz­to­ru na Jasnej Górze. Na wieść o jego sku­tecz­nej obro­nie, pod dowódz­twem prze­ora o. Augu­sty­na Kor­dec­kie­go, wybu­chło ogól­no­na­ro­do­we powsta­nie; do kra­ju powró­cił tak­że król Jan Kazi­mierz, a woj­na zakoń­czy­ła się poko­na­niem Szwe­dów. Jasna Góra sta­ła się sym­bo­lem ratun­ku i nadziei dla pol­skie­go Naro­du w naj­bar­dziej tra­gicz­nych momen­tach naszej histo­rii.
Jesz­cze pod­czas walk ze Szwe­da­mi – 1 kwiet­nia 1656 roku – Jan Kazi­mierz zło­żył w lwow­skiej kate­drze ślu­by, w któ­rych przy­rzekł: „Cie­bie dziś za patron­kę moją i za Kró­lo­wą państw moich obie­ram”.
Zakon­ni­cy spę­dzi­li całą noc bez­sen­nie. Cho­ciaż była to noc Wigi­lii Boże­go Naro­dze­nia, prze­cież roz­bie­gł­szy się po sta­no­wi­skach, peł­ni­li poru­czo­ne sobie obo­wiąz­ki: jed­ni czu­wa­li na murach, dru­dzy doda­wa­li odwa­gi zało­dze, inni dawa­li bacz­ność na pusz­ka­rzy – część jed­nak więk­sza pozo­sta­ła na służ­bie Bożej w koście­le.
Nad­zwy­czaj­ny łoskot w obo­zie, więk­szy ruch ludzi i gęst­sze ognie zapo­wia­da­ły coś gro­żą­ce­go tej nocy; lecz Bóg wstrzy­my­wał zapę­dy nie­przy­ja­ciół wia­ry kato­lic­kiej, tak iż ci nic przez tę noc i część następ­ne­go dnia nie przed­się­wzię­li, przez co by lud w czci Bożej dozna­wał prze­szko­dy, aż dopie­ro po zupeł­nym ukoń­cze­niu zwy­kłych u kato­li­ków w tę uro­czy­stość obrzę­dów reli­gij­nych. O samym połu­dniu zagrzmia­ły dzia­ła od pół­no­cy, a
kule tak sil­nie ude­rza­ły
Sta­re mury jasno­gór­skie­go klasz­to­ru – pod­czas remon­tu – pamię­ta­ją­ce jesz­cze szwedz­ki potop

o ścia­ny klasz­to­ru, iż je w wie­lu miej­scach prze­dziu­ra­wiw­szy, wśród kurza­wy i gru­zu po kory­ta­rzach i zakrę­tach klasz­to­ru, tu i ówdzie się odbi­ja­jąc, lata­ły i taką trwo­gą miesz­ka­ją­cych napeł­ni­ły, że się nikt nawet wyj­rzeć nie ośmie­lił. Rzu­cał teraz Szwed jak naj­wię­cej pochod­ni z kono­pi ukrę­co­nych, smo­łą obla­nych, a siar­ką i sale­trą wypeł­nio­nych. Roz­nie­ca­ły one strasz­li­wy pło­mień, szcze­gól­niej też takie, któ­re tak w żela­zne rury były opa­trzo­ne, iż na wszyst­kie stro­ny ogień i ołów mio­ta­ły. Mia­ły one kształt jabł­ka gra­na­to­we­go; lecz ponie­waż wię­cej ich na zewnątrz klasz­to­ru, a wie­le tak­że i wewnątrz nie­go na podwó­rze pada­ło, nie zrzą­dzi­ły szko­dy ude­rze­niem lub pło­mie­niem, lecz jedy­nie obmier­z­łym swę­dem cokol­wiek oblę­żo­nych prze­stra­szy­ły. Naj­bar­dziej ze wszyst­kich prze­ra­ża­ły kule żela­zne wydrą­żo­ne, któ­re w róż­ne stro­ny klasz­to­ru, gdzie się spo­dzie­wa­no naj­wię­cej ludzi, z machin już tle­ją­ce się rzu­co­ne z gwał­tow­no­ścią i trza­skiem, po zapa­le­niu się nagle wewnątrz będą­ce­go pro­chu, pęka­ły i roz­pry­śnię­ty­mi kawał­ka­mi we wszel­kim kie­run­ku rani­ły. Jed­ną z takich kul zna­le­zio­no przed kuch­nią, całą i zga­słą; dru­ga, pęka­jąc na podwó­rzu wybi­ła szes­na­ście szyb w przy­le­głym oknie i tyluż ude­rze­nia­mi zosta­wi­ła śla­dy na wewnętrz­nych ścia­nach aptecz­ki. Pod wie­czór wresz­cie jed­no cięż­kie dzia­ło, któ­re naj­bar­dziej szko­dzi­ło murom klasz­to­ru, pękło i poło­ży­ło koniec sztur­mo­wa­niu. Mówio­no powszech­nie i sły­sza­no to od samych Szwe­dów w obo­zie pod­czas oblę­że­nia, a i od wie­lu innych gdzie indziej, że kule dzia­ło­we, prze­ciw klasz­to­ro­wi rzu­co­ne, odska­ki­wa­ły czę­sto od murów i z gwał­tow­nym zapę­dem do obo­zu wra­ca­ły. Gdy wie­lu o tym powąt­pie­wa­ło, sła­wet­ny Piotr Okra­sa, któ­ry był w ten sam dzień Boże­go Naro­dze­nia ze wsi Dźbo­wa żyw­ność do obo­zu odsta­wiał, sta­now­czo zapew­niał, że się to sta­ło przy ostat­nim wystrza­le z owe­go dzia­ła i że w obo­zie wśród nad­zwy­czaj­ne­go zdu­mie­nia gło­szo­no, iż siłą odbi­tej od murów kuli, dzia­ło zdru­zgo­ta­nym, a arty­le­rzy­sta przy nim sto­ją­cy zabi­tym został. Mówił on, że mu się to zda­wa­ło podob­nym do praw­dy z tego powo­du, gdyż kula ta, któ­rą potem po obo­zie obno­szo­no, mia­ła ozna­ki praw­dzi­wej kuli szwedz­kiej; była bowiem tak wiel­ką, iż na Jasnej Górze pod­ów­czas podob­nej nie mia­no, o czym Okra­sa, jako klasz­tor­ny bywa­lec, dobrze wie­dział. To nie ule­ga żad­nej wąt­pli­wo­ści, iż od chwi­li, w któ­rej dzia­ło roz­sa­dzo­nym zosta­ło i to z taką siłą, iż kawał­ki drze­wa na parę sta­jań roz­rzu­ci­ło, już wię­cej ani tego dnia, ani w żad­nym następ­nym
huku dział nie sły­sza­no
tak, iż zda­je się, że jakaś wiel­ka, cudow­na, a nie­przy­ja­cie­lo­wi szko­dzą­ca potę­ga, koniec oblę­że­niu Jasnej Góry poło­ży­ła, boć prze­cie Szwe­dzi kul i pro­chu pod dostat­kiem mie­li. (…)
Naza­jutrz w dzień św. Szcze­pa­na, pierw­sze­go męczen­ni­ka, prze­or, idąc za przy­ję­tym w Pol­sce zwy­cza­jem dawa­nia przy­ja­cio­łom kolę­dy, uwa­żał za rzecz przy­zwo­itą umysł nie­przy­ja­cie­la poda­run­ka­mi zmięk­czyć. Posłał więc przez wspo­mnia­ną wyżej Kon­stan­cję dwie ksią­żecz­ki po łaci­nie i po nie­miec­ku, histo­rię Obra­zu Jasno­gór­skie­go opi­su­jąc i kil­ka wyobra­żeń Naj­święt­szej Pan­ny Czę­sto­chow­skiej gene­ra­ło­wi Mil­le­ro­wi i hra­bie­mu Wrzesz­cze­wi­czo­wi (…) Zda­rzy­ło się tego dnia, iż cze­lad­ka klasz­tor­na podług zwy­cza­ju w Pol­sce zgro­ma­dzi­ła się dla powin­szo­wa­nia uro­czy­sto­ści Boże­go Naro­dze­nia. Poprze­dza­li ich muzy­cy róż­ne­go rodza­ju i z róż­ny­mi instru­men­ta­mi, któ­rzy naprzód star­szym klasz­to­ru, następ­nie innym zna­ko­mit­szym ze szlach­ty, słod­ką melo­dią Boże­go Naro­dze­nia win­szo­wa­li.
Wresz­cie zało­ga z kolei wystą­pi­ła, któ­ra naj­przód dla wszyst­kich wystrza­łem z dział i rusz­nic, ku Szwe­dom zwró­co­nych, świę­te­go Szcze­pa­na na pomoc wezwa­ła; potem zaś tego pierw­sze­go męczen­ni­ka o łaska­wą opie­kę nad panem Ste­fa­nem Zamoj­skim i jego synem, jako sole­ni­zan­ta­mi, bła­ga­jąc, w takim porząd­ku ognia dawa­ła, iż Szwe­dzi huk ten usły­szaw­szy, wzię­li to według zwy­cza­ju woj­sko­we­go za oznaj­mie­nie jakie­goś odnie­sio­ne­go zwy­cię­stwa i wśród zamie­sza­nia ze sta­no­wisk ucie­kać zaczę­li. Gdy zaś wodzo­wie szwedz­cy o przy­czy­nie tego uro­czy­ste­go obrząd­ku od Pola­ków się dowie­dzie­li, nie­zmier­nie się zadzi­wi­li i wyzna­wa­li otwar­cie, że na próż­no tra­cą czas i pra­cę przy doby­wa­niu tak obfi­cie w potrze­by wojen­ne zaopa­trzo­ne­go klasz­to­ru, gdyż i licz­ba ludzi w strze­la­niu wyćwi­czo­nych do nale­ży­te­go bro­nie­nia się jest dosta­tecz­ną i w zapa­sy żyw­no­ści opły­wa. Gdy­by bowiem oblę­żo­nym żyw­no­ści nie dosta­wa­ło, nie wygry­wa­li­by rado­ścią prze­ję­ci, bo w oba­wie i bra­ku potrzeb życio­wych nie­po­dob­na się wese­lić.
Pod­czas głę­bo­kiej nocy pozdej­mo­wa­no cięż­kie dzia­ła ze sta­no­wisk i wypra­wio­no, o świ­cie zaś wodzo­wie tak licz­ne­go woj­ska ode­szli, każ­dy w inną stro­nę: Mil­ler do Piotr­ko­wa, hr. Wrzesz­cze­wicz do Wie­lu­nia, Sadow­ski do Sie­ra­dza, ksią­żę Heski do Kra­ko­wa, inni zaś dowód­cy pol­skie­go woj­ska do Wiel­ko­pol­ski.
Przy­szedł prze­cie dla Ojców szczę­śli­wy dzień, w któ­rym
zło­ży­li Bogu
dzięk­czyn­ne modły
Tabli­ca pamiąt­ko­wa nad urną o. Kor­dec­kie­go na Jasnej Górze

a otwarł­szy naza­jutrz bra­mę klasz­to­ru po przy­krych oblę­że­nia mozo­łach, zaczę­li pod otwar­tym nie­bem swo­bod­niej­szym i zdrow­szym oddy­chać powie­trzem.
Ci spo­mię­dzy nich, któ­rzy się eko­no­mią zaj­mo­wa­li, wybie­ga­li obej­rzeć wło­ści klasz­tor­ne. Lecz zna­leź­li tyl­ko ślad w gru­zy i w perzy­nę zamie­nio­nych fol­war­ków i wsi; z pod­da­nych zaś nie spo­tka­li pra­wie żad­ne­go, gdyż jed­nych poza­bi­jał nie­przy­ja­ciel, dru­dzy na Śląsk ucie­kli. (…)
Zuchwa­łym wyda­wa­ło się dla wie­lu szlach­ty postę­po­wa­nie zakon­ni­ków, któ­rzy cho­ciaż widzie­li, że cała ojczy­zna dosta­ła się pod wła­dzę nie­przy­ja­ciół, że naj­wa­row­niej­sze zam­ki zaję­to, a Kra­ków, sto­li­ca całe­go Kró­le­stwa, i całe woj­sko ule­gło potę­dze Szwe­da, pod­dać się jed­nak nigdy nie myśle­li, zno­sząc z rów­ną sta­ło­ścią tak zapę­dy nie­przy­ja­cie­la, jak i szy­der­stwa swa­wol­ne­go języ­ka. Cóż to, czy turec­kich posił­ków ocze­ku­je­cie Ojco­wie!? – mówi­li nie­któ­rzy. Tym zaś odpo­wia­da­li, że nie ufa­ją w pomoc ludz­ką, lecz w potę­gę i opie­kę Boga nad tym świę­tym miej­scem, że są goto­wy­mi prze­lać krew za cześć Boską, aże­by zacho­wać nie­ska­żo­ną wia­rę Bogu, ojczyź­nie i kró­lo­wi.

Ks. Augu­styn Kor­dec­ki, „Pamięt­nik Oblę­że­nia Czę­sto­cho­wy 1655 r.” („Nowa Gigan­to­ma­chia”), Dom Wydaw­ni­czy „Osto­ja”,
Krze­szo­wi­ce 2006.

wybrał Jaro­sław Sza­rek
fot. J. Sza­rek