Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Wiara i życie

Wiem, że Bóg był z nami

Po wie­lu godzi­nach mono­ton­ne­go lotu nagle zda­rzy­ło się coś, co zaszo­ko­wa­ło wszyst­kich pasa­że­rów.
Na 40 minut przed lądo­wa­niem kapi­tan ogło­sił, że będzie­my mie­li lądo­wa­nie awa­ryj­ne z przy­czyn tech­nicz­nych. Przy­znam, że nie za bar­dzo wiem, jak zare­ago­wa­li inni pasa­że­ro­wie. Pokład pasa­żer­ski jest podzie­lo­ny na kil­ka prze­dzia­łów i nie ma moż­li­wo­ści obser­wo­wa­nia wszyst­kich pasa­że­rów. Sam zdę­bia­łem. Pomy­śla­łem: „To nie­wia­ry­god­ne, jak to mogło się zda­rzyć?”. Potem poja­wił się duży strach, ale po chwi­li zda­łem sobie spra­wę, że samo­lot musi wylą­do­wać, bo to jedy­na nasza dro­ga uciecz­ki i ratun­ku. Ponie­waż sie­dzia­łem bli­sko skrzy­dła, więc to do mnie i moje­go sąsia­da pode­szła jed­na ze ste­war­dess, pro­sząc nas o ewen­tu­al­ną pomoc, gdy­by była koniecz­ność ewa­ku­acji na skrzy­dło, a nie bez­po­śred­nio tra­pa­mi na zie­mię. Z tego domy­śli­łem się, że praw­do­po­dob­nie nie mamy pod­wo­zia. Myślę, że to sta­ło się jasne dla wszyst­kich. Wcze­śniej, w cza­sie lotu, przez wie­le godzin wszyst­ko prze­bie­ga­ło nor­mal­nie. Potem nastą­pił instruk­taż. W ostat­nich chwi­lach przed lądo­wa­niem na pokła­dzie zale­gła gro­bo­wa cisza. Cisza, któ­ra prze­ni­ka czło­wie­ka.
Jaka była reak­cja Ojca na to, co się dzie­je, po pierw­szym szo­ku? 
Po chwi­li zde­ner­wo­wa­nia wyci­szy­łem się, sie­dzia­łem spo­koj­nie i modli­łem się. Nie mia­łem wra­że­nia, jak­by mi całe życie prze­wi­ja­ło się przez gło­wę. Ale byłem goto­wy na śmierć. W jakiś spo­sób czło­wiek musi umieć swo­je życie war­to­ścio­wać, pod­su­mo­wać. Zro­bi­łem to i ja. Sie­dzia­łem i modli­łem się, pro­sząc Pana Boga, aby wszyst­ko dobrze się skoń­czy­ło.
Czy myślał Ojciec wte­dy o reli­kwiach, któ­re miał ze sobą? 
Reli­kwie bło­go­sła­wio­ne­go Jana Paw­ła II i świę­tej Joan­ny (Gian­ny) Mol­li są zawsze ze mną. Oboj­gu świę­tym, któ­rych wybra­łem na swo­ich patro­nów, pole­cam całe życie. Jestem przy­ja­cie­lem rodzi­ny Joan­ny Mol­li. Znam jej męża i dzie­ci, w tym rów­nież cór­kę, za któ­rą Joan­na Mol­la odda­ła swo­je życie. A Jan Paweł II, któ­re­mu od pierw­szych dni pole­ci­łem moje kapłań­stwo, wstę­pu­jąc do semi­na­rium zako­nu redemp­to­ry­stów w 1989 roku, beaty­fi­ko­wał i kano­ni­zo­wał Joan­nę. Jest dla mnie ogrom­ną łaską, że mogę przy sobie mieć ich reli­kwie. Czu­ję się z nimi zwią­za­ny, ale swo­je wyba­wie­nie z sytu­acji 1 listo­pa­da zawdzię­czam przede wszyst­kim opie­ce Bożej. Jed­no­cze­śnie chciał­bym połą­czyć oba bie­gu­ny: ludz­ki i Boski. Gdy myślę o czyn­ni­ku ludz­kim, to pra­gnę pod­kre­ślić pro­fe­sjo­na­lizm pilo­ta, pre­cy­zję i kunszt wyko­na­nia manew­ru lądo­wa­nia bez kół i pomoc per­so­ne­lu naziem­ne­go. O ile wiem, sam pilot dzię­ku­je Bogu, że go popro­wa­dził, aby mógł w taki spo­sób wylą­do­wać. Prze­cież w naszym życiu nie da się oddzie­lić tego co ludz­kie, od tego co Boskie, czy­li pro­fa­num i sacrum. Bóg prze­ni­ka wszyst­kie, nawet naj­bar­dziej banal­ne sytu­acje nasze­go życia.
Jako chrze­ści­ja­nie wie­rzy­my, że obie rze­czy­wi­sto­ści ze sobą współ­ist­nie­ją. 
Bóg nas stwo­rzył ludź­mi, dla­te­go dzię­ki Nie­mu prze­ży­wa­my nasz wymiar ludz­ki. Jestem prze­ko­na­ny, że w cza­sie tych trud­nych chwil Boża Opatrz­ność była z nami. Tym bar­dziej się utwier­dzam w tym prze­ko­na­niu, im wię­cej słu­cham na temat tego, co mogło się wyda­rzyć, gdy­by lądo­wa­nie nie prze­bie­gło tak pomyśl­nie. Rozum prze­sta­je tutaj wystar­czać. Wiem, że wszyst­kie czyn­ni­ki zadzia­ła­ły per­fek­cyj­nie. Wobec tego fak­tu czło­wiek sta­je się bar­dzo pokor­ny. Dzię­ku­ję Bogu i czło­wie­ko­wi przede wszyst­kim za to, że żyję. Był taki moment, kie­dy w myśli, inten­cjo­nal­nie roz­grze­szy­łem wszyst­kich, któ­rzy na pokła­dzie tego chcie­li. Pole­ca­łem Bogu nas wszyst­kich. Jestem pewien, że wie­le osób łączy­ło się ze mną w modli­twie.
Jak w takich oko­licz­no­ściach moż­na się sku­pić na modli­twie? 
Poczu­łem życie bar­dzo wyraź­nie: nie zda­wa­łem sobie spra­wy, jak sil­ny w czło­wie­ku jest instynkt prze­trwa­nia. Czu­łem, że ode mnie nic nie zale­ży. Przed oczy­ma sta­nę­li mi rodzi­ce. Bałem się, że trud­no było­by im się z tym pogo­dzić, gdy­by coś mi się sta­ło. Inne obra­zy, jakie sta­nę­ły mi przed oczy­ma, to moja dru­ga, ducho­wa rodzi­na: redemp­to­ry­ści i sce­ny z życia zakon­ne­go. Po tym zda­rze­niu poczu­łem, że życie ma smak. Jestem prze­ko­na­ny, że ta sytu­acja wyci­śnie ślad w życiu każ­dej z osób, któ­re były na pokła­dzie tego samo­lo­tu. Przy­cho­dzi mi do gło­wy jed­no sło­wo: „dzięk­czy­nie­nie”. Bogu i czło­wie­ko­wi.
Jest za co dzię­ko­wać! 
Jesz­cze w samo­lo­cie odda­łem się Bogu cały. Modli­łem się: „Panie Boże, Ty mnie weź”. Przez umysł prze­szły mi myśli o kalec­twie, gdy­by­śmy się roz­trza­ska­li. „Mogę być śle­py, poła­ma­ny, popa­rzo­ny”. Nie myśla­łem o czymś takim, żeby jakimś zobo­wią­za­niem pozy­skać łaskę Bożą, jak to się zda­rza czło­wie­ko­wi w trud­nych, ale chy­ba jed­nak nie tak skraj­nych sytu­acjach. Mówię, że przy­da­rzy­ło mi się doświad­cze­nie wej­ścia w nie­zna­ne miej­sce. Wiem już, jak tam jest. Na dobre to poją­łem dopie­ro następ­ne­go dnia rano. Bo tuż po opusz­cze­niu samo­lo­tu nie mia­łem na to cza­su. Dopie­ro następ­ne­go ran­ka poczu­łem, że mnie wszyst­ko boli. To było odre­ago­wa­nie przez orga­nizm stre­su, kie­dy byłem cały napię­ty. Tego też dnia poczu­łem ogrom­ną wdzięcz­ność Panu Bogu za to szcze­gól­ne dotknię­cie, za oca­le­nie i za dar wia­ry. Póź­niej dowie­dzia­łem się, że w cza­sie nasze­go lądo­wa­nia zosta­ła zamknię­ta Ale­ja Kra­kow­ska, by w razie koniecz­no­ści moż­na było spraw­nie dowieźć ran­nych do szpi­ta­li. Zatem cze­go ocze­ki­wa­li eks­per­ci? Byli przy­go­to­wa­ni na naj­gor­sze. A jed­nak wszyst­ko prze­bie­gło ide­al­nie.
A czy pamię­ta Ojciec sam moment lądo­wa­nia? 
Sie­dzie­li­śmy wszy­scy pochy­le­ni, z ręka­mi zło­żo­ny­mi nad gło­wą, jak zosta­li­śmy poucze­ni przez zało­gę. Na kil­ka sekund przed dotknię­ciem zie­mi jesz­cze raz wszyst­kich roz­grze­szy­łem. W samo­lo­cie pano­wa­ła ogrom­na, prze­ni­kli­wa cisza. Powie­rzy­łem sie­bie i innych Panu Bogu. Samo­lot wylą­do­wał ide­al­nie, jak­by miał koła. Mam ska­lę porów­naw­czą, bo przy­znam, że z racji obo­wiąz­ków zakon­nych latam bar­dzo dużo. Nie raz na kołach lądo­wa­łem gorzej, ostrzej. Tutaj ktoś nawet krzyk­nął: „Mamy pod­wo­zie”. Ale po chwi­li zoba­czy­łem dym spod sil­ni­ków, któ­re już tar­ły o pły­tę pasa star­to­we­go, więc zro­zu­mia­łem, że pod­wo­zia jed­nak nie mamy. Nie orze­kam, że to był cud. Ale wiem, że Bóg był z nami, bo jest zawsze z ludź­mi potrze­bu­ją­cy­mi. Od kie­dy Bóg stał się czło­wie­kiem, jest cią­gle z nami. A świę­ci to nie są posą­gi, czy jakieś obce byty. To są nasi przy­ja­cie­le. Tak myślę choć­by o świę­tych, któ­rym ja się pole­cam. To zda­rze­nie jest zbyt skom­pli­ko­wa­ne, by ogar­nąć je wyłącz­nie rozu­mem. Fides et ratio – wia­ra i rozum. Razem. Nie nale­ży roz­dzie­lać rozu­mu, czy talen­tu czło­wie­ka od opie­ki czy woli Bożej.
Jak i czy zmie­ni się życie Ojca po takim wyda­rze­niu? 
Dzię­ku­ję moim współ­bra­ciom redemp­to­ry­stom, że mnie nie męczą pyta­nia­mi. Za to im jestem bar­dzo wdzięcz­ny, doce­niam ich wyczu­cie i sza­cu­nek wobec tej sytu­acji. Wiem, że życie nie jest bez celu. Bóg daje nam życie po coś. Uprzy­tom­ni­łem sobie, że mam je jak­by na nowo, bo prze­cież tak nie­wie­le bra­ko­wa­ło, a skoń­czy­ło­by się tra­ge­dią. Teraz wra­cam do życia i moich funk­cji, któ­re wią­żą się rów­nież z podró­żo­wa­niem, czy­li tak­że z lata­niem, bo innej moż­li­wo­ści szyb­kie­go trans­por­tu za oce­an prze­cież nie ma. Ale zanim to nastą­pi, pój­dę w moje uko­cha­ne góry, może w Beskid Sądec­ki albo w Gor­ce, podzię­ko­wać Panu Bogu, a tak­że prze­my­śleć to wszyst­ko.
Dzię­ku­ję za roz­mo­wę.

fot. Ł. Kudlic­ki