Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Ku powołaniu

Słoneczny promyk”

Julia Ledó­chow­ska w wie­ku 7 lat

Rodzi­ce Julii – Anto­ni i Józe­fi­na Salis-Zizers

„Bacz na oby­cza­je przod­ków” – to dewi­za sta­re­go i zasłu­żo­ne­go rodu Ledó­chow­skich, do któ­re­go nale­ża­ła świę­ta mat­ka Urszu­la. Jej pra­dziad Anto­ni był posłem na Sejm Czte­ro­let­ni i kawa­le­rem Orde­ru św. Sta­ni­sła­wa. Dzia­dek Igna­cy Hila­ry dowo­dził, jako gene­rał, w powsta­niu listo­pa­do­wym w 1831 roku boha­ter­ską obro­ną twier­dzy Modlin. Stryj Mie­czy­sław był arcy­bi­sku­pem gnieź­nień­sko-poznań­skim.
Przy­szła Świę­ta była cór­ką Anto­nie­go, rot­mi­strza huza­rów austriac­kich, i Józe­fi­ny Salis-Zizers, Szwaj­car­ki, sko­li­ga­co­nej z euro­pej­ski­mi roda­mi ary­sto­kra­tycz­ny­mi. Uro­dzi­ła się 17 kwiet­nia 1865 roku w Loos­dorf pod Wied­niem, a na chrzcie otrzy­ma­ła imio­na Julia Maria. Była dziec­kiem nie­zwy­kle rado­snym. Mama nazy­wa­ła ją „pro­my­kiem sło­necz­nym”, a sama Julia wspo­mi­na­ła: „Aż do szes­na­ste­go roku życia byłam weso­łym łobu­zia­kiem, wdra­py­wa­łam się na wszyst­kie drze­wa w ogro­dzie, a na spa­ce­rach sza­la­łam jak głu­pia. Myślę, że coś mi jesz­cze z tego pozo­sta­ło w upodo­ba­niu do śmia­łych, hazar­do­wych wyczy­nów. W szko­le klasz­tor­nej, do któ­rej uczęsz­cza­łam przez sześć lat [szko­ła zakon­na Pań Angiel­skich w St. Pöl­ten], byłam lubia­na z powo­du mej weso­ło­ści”.
Wycho­wa­nie peł­ne miło­ści
Rodzeń­stwo Ledó­chow­skich w 1872 roku. Od lewej: Wło­dzi­mierz (póź­niej­szy gene­rał jezu­itów), Erne­sty­na, Maria Tere­sa (póź­niej­sza zało­ży­ciel­ka Soda­li­cji św. Pio­tra Kla­we­ra, beaty­fi­ko­wa­na w 1975), Julia (póź­niej­sza mat­ka Urszu­la) i Maria

Obda­rzo­na nie­prze­cięt­ny­mi zdol­no­ścia­mi dziew­czyn­ka wyróż­nia­ła się tak­że pil­no­ścią. Potra­fi­ła pięk­nie malo­wać i z łatwo­ścią uczy­ła się języ­ków obcych. Poza tym lubi­ła pły­wać, jeź­dzić na łyż­wach i kon­no. Gra­ła na for­te­pia­nie i cytrze. Na jej wycho­wa­nie wpły­wa­ła atmos­fe­ra domu rodzin­ne­go: „W domu wycho­wy­wa­li­śmy się w atmos­fe­rze napraw­dę Bożej. Rodzi­ce, nie chcąc pozba­wić dzie­ci łaski Bożej, sta­ra­li się, by w dniu naro­dzin lub naza­jutrz były ochrzczo­ne, chy­ba że poważ­na zaszła prze­szko­da. Prze­strze­ga­li sumien­nie przy­ka­zań Bożych i kościel­nych i nas do tego od naj­młod­szych lat wdra­ża­li… W cią­gu roku przy­stę­po­wa­li­śmy do Komu­nii Świę­tej – jak na ówcze­sne cza­sy – dość czę­sto. Prze­waż­nie każ­da uro­czy­stość domo­wa (imie­ni­ny, uro­dzi­ny) była uczczo­na Mszą świę­tą odpra­wio­ną w inten­cji sole­ni­zan­ta czy sole­ni­zant­ki oraz Komu­nią Świę­tą… Rano i wie­czo­rem nie było w domu wspól­nej modli­twy. Modli­li­śmy się grup­ka­mi lub indy­wi­du­al­nie. Każ­dy posi­łek poprze­dza­ła modli­twa. Pamię­tam też, że na głos dzwo­nu odma­wia­li­śmy Anioł Pań­ski. Wycho­wa­nie nasze było poważ­ne, roz­trop­ne, raczej suro­we, choć peł­ne miło­ści. Spa­li­śmy na twar­dym mate­ra­cu, pod gło­wą mie­li­śmy małą, cien­ką podusz­kę z wło­sia. Nie pozwa­la­no nam na kapry­sy przy jedze­niu. Od dzie­ciń­stwa ćwi­czo­no nas w odwa­dze, wsty­dem było roz­czu­lać się nad sobą. [Mat­ka] wspo­ma­ga­ła bied­nych, nawie­dza­ła cho­rych, wpro­wa­dza­jąc nas stop­nio­wo w służ­bę sama­ry­tań­ską” – wspo­mi­na­ła młod­sza sio­stra Julii, Fran­cisz­ka.
Od 1883 roku rodzi­na Ledó­chow­skich miesz­ka­ła w Lip­ni­cy Muro­wa­nej koło Boch­ni, na zie­miach pol­skich pod zabo­rem austriac­kim. Józe­fi­na, choć nie pocho­dzi­ła z Pol­ski, była prze­ko­na­na, że dzie­ci powin­ny wycho­wy­wać się w swo­jej ojczyź­nie. Julia mia­ła już lat osiem­na­ście i z wiel­kim odda­niem poświę­ca­ła się pra­cy spo­łecz­nej: uczy­ła pol­skie dzie­ci czy­ta­nia, pisa­nia i histo­rii Pol­ski. Z oka­zji świąt lub Pierw­szej Komu­nii Świę­tej przy­go­to­wy­wa­ła dla nich przy­ję­cia. Poma­ga­ła wiej­skim chłop­com, któ­rzy chcie­li zostać kapła­na­mi. Opie­ko­wa­ła się bied­ny­mi i cho­ry­mi.
Roz­sta­nie z życiem dla Życia
Szczę­ście rodzin­ne w Lip­ni­cy nie trwa­ło jed­nak dłu­go. W 1885 roku star­sza sio­stra Julii, Maria Tere­sa, zacho­ro­wa­ła na ospę, a wkrót­ce zara­ził się nią ojciec Anto­ni i nie­spo­dzie­wa­nie zmarł. Julia zdą­ży­ła mu powie­dzieć o swo­im powo­ła­niu do życia zakon­ne­go i otrzy­mać jego bło­go­sła­wień­stwo. Ale zanim sama opu­ści­ła dom, do semi­na­rium duchow­ne­go w Tar­no­wie, dzie­sięć mie­się­cy po śmier­ci ojca, wstą­pił brat Julii, Wło­dzi­mierz. Wkrót­ce do Sal­zbur­ga na dwór księż­nej toskań­skiej, jako dama dwo­ru, wyje­cha­ła Maria Tere­sa. Julia musia­ła prze­jąć domo­we obo­wiąz­ki. Zarzą­dza­ła mająt­kiem, doglą­da­ła prac polo­wych oraz z odda­niem sta­ra­ła się pocie­szać pogrą­żo­ną w żało­bie i tęsk­nią­cą za dzieć­mi, mat­kę. Jed­nak pra­gnie­nie wstą­pie­nia do klasz­to­ru oka­za­ło się sil­niej­sze od przy­wią­za­nia do rodzi­ny. Już w lecie 1886 roku mogła z mat­czy­nym bło­go­sła­wień­stwem poże­gnać dom w Lip­ni­cy. Jak zano­to­wa­ła pani Józe­fi­na, w śro­dę, 18 sierp­nia, „moja Jul­cia opu­ści­ła nas. Wło­dzi­mierz odwiózł ją do Urszu­la­nek w Kra­ko­wie… Roz­sta­nie z życiem dla Życia. Boże, wspie­raj mnie! A jej dozwól zna­leźć spo­kój duszy na dro­dze, któ­rą sama obra­ła”.
Julia zapa­mię­ta­ła na zawsze miłość, cier­pli­wość oraz wyro­zu­mia­łość swo­jej mat­ki i sta­ra­ła się naśla­do­wać ją w swo­jej pra­cy wycho­waw­czej. Powta­rza­ła też czę­sto radę Józe­fi­ny Ledó­chow­skiej: „Dzie­ci, choć­by wam się wio­dło bar­dzo źle, nie trać­cie nadziei!”. A we wstę­pie do książ­ki poświę­co­nej swo­jej mat­ce napi­sa­ła: „Czym jeste­śmy i co posia­da­my, zawdzię­cza­my po Bogu Twej macie­rzyń­skiej miło­ści i Twe­mu przy­kła­do­wi. Niech ta ksią­żecz­ka w naszych smut­nych cza­sach, gdy życiu rodzin­ne­mu tak mało poświę­ca się uwa­gi, sta­nie się dla żon i matek dro­go­wska­zem, któ­ry im wska­że ścież­kę do nie­ba przez ciche, cier­pli­we i pokor­ne peł­nie­nie obo­wiąz­ków”.
Świę­tość dzie­ci
Anto­ni i Józe­fi­na Ledó­chow­scy wycho­wy­wa­li dzie­się­cio­ro dzie­ci, w tym trzech synów z pierw­sze­go mał­żeń­stwa Anto­nie­go. Ich pier­wo­rod­na cór­ka Maria Tere­sa (1863–1922), nazy­wa­na „Mat­ką Czar­nej Afry­ki”, zało­ży­ła Soda­li­cję św. Pio­tra Kla­we­ra dla wspie­ra­nia misji afry­kań­skich i zosta­ła beaty­fi­ko­wa­na w 1975 roku. Syn Wło­dzi­mierz (1866–1942), jezu­ita, był wybit­nym orga­ni­za­to­rem i przez 27 lat gene­ra­łem zako­nu jezu­itów. Zmarł w opi­nii świę­to­ści. Ich młod­szy brat Igna­cy (1871–1945), naj­pierw ofi­cer armii austriac­kiej, potem Woj­ska Pol­skie­go, brał udział w woj­nie pol­sko-bol­sze­wic­kiej, a w cza­sie dru­giej woj­ny świa­to­wej, jako gene­rał w sta­nie spo­czyn­ku, zaan­ga­żo­wał się w dzia­łal­ność kon­spi­ra­cyj­ną w Armii Kra­jo­wej. Schwy­ta­ny przez gesta­po, tra­fił do wię­zie­nia, gdzie dał odważ­ne świa­dec­two: „Oczy­wi­ście, że jestem gene­ra­łem, i oczy­wi­ście, że nale­żę do ruchu opo­ru, bo każ­dy uczci­wy Polak tak musi się zacho­wać, ale wię­cej nic wam nie powiem”. Wywie­zio­no go do obo­zu kon­cen­tra­cyj­ne­go w Gross-Rosen, gdzie zgi­nął w 1945 roku. I wresz­cie cór­ka Julia, mat­ka Urszu­la, zało­ży­ciel­ka sza­rych urszu­la­nek, zosta­ła kano­ni­zo­wa­na przez bło­go­sła­wio­ne­go Papie­ża-Pola­ka, Jana Paw­ła II, w 2003 roku.