Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Portret współczesny

Niespełnienie nadal mnie goni

Ze Zbi­gnie­wem Wodec­kim, śpie­wa­ją­cym i gra­ją­cym muzy­kiem, kom­po­zy­to­rem i aran­że­rem, roz­ma­wia Boże­na Weber

fot. A. Woj­nar

Nazy­wa­ją go show­ma­nem i zna­ko­mi­tym gawę­dzia­rzem. Jest jed­ną z naj­barw­niej­szych posta­ci, gwiaz­dą pol­skiej estra­dy: uro­czym, cie­płym, bez­pre­ten­sjo­nal­nym, nie­zwy­kle bły­sko­tli­wym czło­wie­kiem. Jed­no­cze­śnie to arty­sta wszech­stron­ny, feno­me­nal­nie uta­len­to­wa­ny muzyk, któ­ry potra­fi zagrać wszyst­ko – od kla­sy­ki do impro­wi­za­cji jaz­zo­wej. Jest raso­wym mistrzem auto­iro­nii, cie­szą­cym się sym­pa­tią i uzna­niem milio­nów fanów, o któ­rym krą­ży mnó­stwo aneg­dot.
Czy łatwo być słyn­nym woka­li­stą i instru­men­ta­li­stą – po pro­stu nie­zmien­nie zna­ko­mi­tym czło­wie­kiem-orkie­strą?
Zawód muzy­ka wyci­snął na mnie trwa­łe pięt­no. Przy­zna­ję się do skrzy­wio­ne­go krę­go­słu­pa i śla­du na szyi od trzy­ma­nia skrzy­piec. Cho­rych oczu od cią­głe­go czy­ta­nia nut i do zgru­bie­nia na war­gach, w muzycz­nym slan­gu okre­śla­nym „pode­szwą” – od gra­nia na trąb­ce. Swo­ją karie­rę estra­do­wą zaczy­na­łem gra­jąc u Gre­chu­ty w zespo­le Ana­wa. Potem zwią­za­łem się z Ewą Demar­czyk i Piw­ni­cą pod Bara­na­mi, klu­ba­mi: Jazz Club, Feniks, Jasz­czu­ry, Nawoj­ka. Gra­łem przy pierw­szych pul­pi­tach orkie­stry radio­wej i kame­ral­nej, big-beato­wo w „Czar­nych Per­łach” i w zespo­le ludo­wym z kra­kow­ski­mi „Sło­wian­ka­mi”.
Dla mło­de­go chłop­ca-muzy­ka to wręcz kar­ko­łom­na pró­ba ognia, ale i nobi­li­ta­cja – w doro­słość!
Zbi­gniew Wodec­ki z dzieć­mi: Paw­łem, Joan­ną i Kasią

Mój pro­fe­sor, Juliusz Weber z kla­sy skrzy­piec w Pań­stwo­wej Szko­le Muzycz­nej II stop­nia patrzył na moje muzy­ko­wa­nie „przez pal­ce”. Ćwi­czy­łem na wyjaz­dach. Resz­ta gro­na peda­go­gicz­ne­go przyj­mo­wa­ła moje per­ma­nent­ne nie­obec­no­ści w szko­le „nie­chęt­nie”. Draż­ni­ły moje podró­że po świe­cie. Ja sam w tym cza­sie czu­łem się nie tyle pio­sen­ka­rzem, co przede wszyst­kim muzy­kiem. Jed­nak gdy mia­łem już dość ćwi­cze­nia, sia­da­łem do for­te­pia­nu i śpie­wa­łem ład­nym gło­sem, jaki mia­łem od dziec­ka. Napi­sa­łem nawet pio­sen­kę do tek­stu Janu­sza Tera­kow­skie­go Jaś i Mał­go­sia, któ­rą usły­sza­łem w Pol­skim Radiu.
Zawsze zresz­tą sta­ram się zacho­wy­wać dystans do sie­bie i do tego, co robię. Lubię popu­lar­ność i o nią od począt­ku zabie­ga­łem. Jest zresz­tą przy­pi­sa­na do tego zawo­du. Głód popu­lar­no­ści jest czymś gor­szym od każ­de­go z nało­gów. Z „przy­mru­że­niem oka” lubię sobie z niej żar­to­wać. Wstyd powie­dzieć, ale zawsze chcia­łem być bar­dzo popu­lar­ny. Co gor­sza – dalej chcę! Upo­rczy­wie marząc o osią­gnię­ciu suk­ce­su, chcia­łem w ten spo­sób zaim­po­no­wać kole­gom, kole­żan­kom, nauczy­cie­lom… Gdy go po latach osią­gną­łem, oka­za­ło się, że peda­go­dzy już nie żyją, kole­dzy wyje­cha­li, a dziew­czy­ny mają wnu­ki i są star­sze o 20 kilo. Z prze­ra­że­niem wów­czas stwier­dzi­łem, że z tym suk­ce­sem zosta­łem sam jak palec! Jest też dru­ga stro­na meda­lu. Sła­wa cza­sem jest męczą­ca, ale jak­że mobi­li­zu­ją­ca! Na przy­kład cóż to za „fraj­da”, gdy trze­ba porzu­cić gorą­cą jajecz­ni­cę, bo cię w restau­ra­cji „dopa­dła” kla­sa V A z Toru­nia i musisz zło­żyć trzy­dzie­ści auto­gra­fów oraz sfo­to­gra­fo­wać się z panią nauczy­ciel­ką. Choć nie jest to zbyt kom­for­to­wa sytu­acja, zaraz wyobra­żam sobie chwi­lę odwrot­ną – gdy mnie nikt nie roz­po­zna­je. To dopie­ro stres! Popu­lar­ność jest karą, któ­ra wyglą­da jak nagro­da. Na szczę­ście zawsze jest coś, co stoi przed nami! Wię­cej dróg do wybra­nia – ale i wię­cej wąt­pli­wo­ści. Nie­speł­nie­nie nadal mnie goni. Mam nadzie­ję, że w kie­run­ku nie­ba!
A jak się to wszyst­ko zaczę­ło na Pana dro­dze do arty­stycz­ne­go suk­ce­su?
Jestem stu­pro­cen­to­wym kra­ko­wia­ni­nem i jed­no­cze­śnie repre­zen­tu­ję rodzi­nę, w któ­rej muzy­ko­wa­nie było tra­dy­cją. Nasz dom nie­usta­nie tęt­nił muzy­ką. Był wręcz prze­siąk­nię­ty cie­płem, dobro­cią i wła­śnie… muzy­ką. Od dziec­ka bywa­łem też w fil­har­mo­nii, dokąd zabie­rał mnie na pró­by ojciec, pierw­szy trę­bacz w Orkie­strze Sym­fo­nicz­nej PRTV Jerze­go Ger­ta. Jako mło­dy czło­wiek, gra­ją­cy na skrzyp­cach od pią­te­go roku życia wie­dzia­łem, że waż­ne są auto­ry­te­ty, że liczą się umie­jęt­no­ści popar­te rze­tel­ną wie­dzą, lata­mi ćwi­czeń, że muzyk to ten, kto od dziec­ka pod­po­rząd­ko­wu­je wszyst­ko opa­no­wa­niu instru­men­tu… Przez lata nie bar­dzo mi impo­no­wa­ło życie w takim reżi­mie. Syno­wie przy­ja­ciół taty – jak bra­cia Zie­liń­scy – też gra­li, a ja musia­łem im dorów­ny­wać! Ojciec muzyk, nauczy­cie­le w szko­le pod­sta­wo­wej, póź­niej pro­fe­so­ro­wie w liceum muzycz­nym (zamie­nio­nym – po wyrzu­ce­niu mnie z nie­go po rocz­nym poby­cie – na śred­nią szko­łę muzycz­ną, w któ­rej nie było przed­mio­tów ogól­no­kształ­cą­cych), dyry­gen­ci tej mia­ry co: Krzysz­tof Mis­so­na, Jerzy Mak­sy­miuk, Kazi­mierz Kord, Anto­ni Wit – wszy­scy oni nauczy­li mnie, że liczy się per­fek­cja, że pro­gram musi być ide­al­nie wyćwi­czo­ny.
Z domu, ze szko­ły, wyno­si się w świat nie tyl­ko solid­ne rze­mio­sło, oso­bo­wość…
Wra­ca­jąc do rodzin­ki, to moja, gra­ją­ca na wio­lon­cze­li, sio­stra Elż­bie­ta potem była solist­ką Ope­ret­ki Kra­kow­skiej i wystę­po­wa­ła obok słyn­nej Iwo­ny Boro­wic­kiej. Mamę Ire­nę natu­ra obda­rzy­ła sopra­nem kolo­ra­tu­ro­wym. Uwiel­bia­ła Moniusz­kę. Zwłasz­cza nie­dziel­ne obia­dy (mama świet­nie goto­wa­ła) bywa­ły powią­za­ne z muzy­ko­wa­niem. Przy­cho­dzi­li zaprzy­jaź­nie­ni muzy­cy, ucznio­wie prof. Ste­fa­nii Mil­le­ro­wej (lek­cje śpie­wu dawa­ła naj­pierw mamie, póź­niej Eli) i fan­ta­stycz­ni księ­ża, zwią­za­ni z chó­rem od pobli­skich pija­rów – w tym nasz przy­szy­wa­ny wuj­ciu, ks. Pom­pi­liusz Smyk, zako­cha­ny w śpie­wie ope­ro­wym. Choć od dzie­ciń­stwa chło­ną­łem muzy­kę, inte­re­so­wa­łem się wszyst­kim, tyl­ko nie gra­niem. Ojcu sta­ra­łem się jed­nak nie nara­żać i wie­dząc, kie­dy wra­ca, gor­li­wie „piło­wa­łem” skrzyp­ce. Mia­łem być skrzyp­kiem i koniec!
Jako zupeł­nie mło­dy czło­wiek, grał Pan dosłow­nie pierw­sze skrzyp­ce – w zespo­łach zna­ko­mi­tych naszych pio­sen­ka­rzy.
Swy­mi skrzy­pecz­ka­mi wypeł­nia­łem – jak mi się wyda­wa­ło – jakąś lukę na estra­dzie. Wie­dzia­łem, że taki gość, jak ja, jest tu potrzeb­ny! A tak na serio, to wyznam, że tak­że śpie­wa­nie sta­ło się dla mnie w pew­nym momen­cie bar­dzo waż­ne, bo… pozwa­la­ło utrzy­mać rodzi­nę! W wie­ku 25 lat mia­łem już trój­kę dzie­ci i byłem tyl­ko skrzyp­kiem… Stąd, gdy wspo­mnia­ny już uprzed­nio dyry­gent Kazi­mierz Kord usły­szał mnie akom­pa­niu­ją­ce­go pod­czas reci­ta­lu Ewie Demar­czyk (a grać u Ewy ozna­cza­ło wyko­ny­wać solów­ki) i przy­szedł pogra­tu­lo­wać nie tyl­ko zna­ko­mi­tej woka­li­st­ce, ale i mnie, pro­po­nu­jąc pra­cę w Kra­kow­skiej Orkie­strze Kame­ral­nej, poczu­łem się wyróż­nio­ny na mia­rę Osca­ra!
Tak, jak śpie­wa Pan w prze­bo­jo­wej pio­sen­ce Zacznij od Bacha – cza­ro­wi mistrzow­skiej sztu­ki lip­skie­go kan­to­ra uległ Pan bez resz­ty!
W mojej arty­stycz­nej karie­rze było parę lat z Beetho­ve­nem, Mozar­tem, Szy­ma­now­skim, Brahm­sem… Na dyplo­mie, otrzy­ma­nym z wyróż­nie­niem, gra­łem Kon­cert skrzyp­co­wy A-dur Mie­czy­sła­wa Kar­ło­wi­cza. Jed­nak sztu­kę Jana Seba­stia­na Bacha cenię ponad wszyst­ko. Od nie­go zawsze zaczy­nam ćwi­cze­nie i uwa­żam za dzień stra­co­ny, jeśli nie zagram choć kil­ku fraz z jego arcy­dzieł. Dla­cze­go? – bo jest naj­trud­niej­szy!
W tym roku mija dokład­nie 40 lat od Pań­skie­go debiu­tu jako woka­li­sty w pro­gra­mie tele­wi­zyj­nym. Od tego cza­su cie­pły głos, wiel­ka kul­tu­ra śpie­wu, magicz­nie aran­żo­wa­ne prze­bo­je z kul­to­wą, dobra­noc­ko­wą Psz­czół­ką Mają nie­zmien­nie zachwy­ca­ją, wzru­sza­ją milio­ny słu­cha­czy nie­za­leż­nie od wie­ku.
Nigdy nie mia­łem ambi­cji, żeby za wszel­ką cenę być „na pierw­szej linii”. Po 40 latach kon­tak­tów i bez­po­śred­nich spo­tkań z publicz­no­ścią w „atmos­fe­rze wza­jem­ne­go zro­zu­mie­nia” uwa­żam, że to wła­śnie jest mój suk­ces! Tak napraw­dę to o mojej arty­stycz­nej karie­rze zade­cy­do­wał przy­pa­dek. W szko­le muzycz­nej odna­lazł mnie niko­mu jesz­cze wte­dy nie­zna­ny Marek Gre­chu­ta. Gdy pod­ją­łem chał­tu­rę w knaj­pie „Par­ko­wa” w Świ­no­uj­ściu pod­czas trwa­nia stu­denc­kie­go festi­wa­lu „Fama”, „odkrył” mnie tam Andrzej Wasy­lew­ski z Pio­trem Figlem. Zade­biu­to­wa­łem w tele­wi­zyj­nym Wie­czo­rze bez gwiaz­dy z pierw­szą pio­sen­ką Znaj­dziesz mnie zno­wu. Uzna­no, że jestem odpo­wied­nim „mate­ria­łem na arty­stę, któ­ry i zaśpie­wa, i zagra, i jesz­cze ma dobrą pre­zen­cję”, czy­li może zostać „estra­dow­cem z krwi i kości”. Debiu­to­wa­łem więc następ­nie na Festi­wa­lu Pol­skiej Pio­sen­ki w Opo­lu… Przy­pa­dek spra­wił, że zro­bi­łem pierw­szy pro­gram do tele­wi­zji, że nagra­łem Musz­lę, czy wie­le lat póź­niej Psz­czół­kę, któ­rą koń­czy­łem roz­ma­ite kon­cer­ty. Była wyma­rzo­ną pio­sen­ką na finał: bo „na czte­ry”, czy­li dobrze się klasz­cze; po wtó­re – wszy­scy ją zna­li i mogli bez tru­du włą­czyć się w śpiew. Jed­no­znacz­nie koja­rzy­ła się też z dobra­noc­ką, czy­li dawa­ła znak, że to koniec wie­czo­ru. Taki finał wystar­cza­ją­co łech­tał moją próż­ność!
Jako doj­rza­ły muzyk, mają­cy za sobą 40-let­nią karie­rę estra­do­wą, pozo­sta­je Pan w dal­szym cią­gu bole­śnie „roze­rwa­ny” pomię­dzy miło­ścią do muzy­ki kla­sycz­nej a estra­dą i ostat­nio teatrem, co to – jak Pan śpie­wa – „uczy nas żyć”, a zwy­czaj­nym życiem, co to „uczy uda­wać”. Jak z per­spek­ty­wy jubi­le­uszu pra­cy arty­stycz­nej widzi Pan swo­ją „misję”? Pań­ski kon­cert z gro­nem przy­ja­ciół w Fil­har­mo­nii Kra­kow­skiej, w któ­rej jako skrzy­pek Pan debiu­to­wał – ura­sta do ran­gi swo­iste­go sym­bo­lu!
W Fil­har­mo­nii zaczy­na­łem jako muzyk eta­to­wy Orkie­stry Pol­skie­go Radia i Tele­wi­zji. Nie­ste­ty, z powo­du wyjaz­dów za gra­ni­cę z Ewą Demar­czyk, wła­snych roz­ma­itych chał­tur, byłem zmu­szo­ny nie­raz opu­ścić pró­by. Po latach moco­wa­nia się ze sobą wybra­łem… świat estra­dy. Od publicz­no­ści czer­pię ener­gię i im jej wię­cej „wchło­nę”, tym łatwiej mi funk­cjo­no­wać. Tak przez czter­dzie­ści lat: gra­nie, wystę­po­wa­nie, podró­żo­wa­nie (dziś dużo trud­niej­sze), śpiew ze sce­ny, nagra­nia na pły­ty. Do więk­szo­ści utwo­rów skom­po­no­wa­łem melo­dię wraz z aran­ża­cją. Sądzę, że efekt koń­co­wy muzycz­ne­go hitu leży w ich nie­roz­dziel­nym związ­ku. Ogrom­nie też jestem przy­wią­za­ny do prze­szło­ści i tra­dy­cji, do słu­cha­nia muzy­ki kla­sycz­nej. Gra­nie koja­rzy mi się z czymś pięk­nym, ze słyn­ny­mi obra­za­mi, ludź­mi, któ­rzy kreu­ją sztu­kę naj­wyż­sze­go lotu.
Pana kunszt wokal­ny i instru­men­tal­ny opie­ra się cza­so­wi. Jest Pan arty­stą aktyw­nym, wiecz­nie zaję­tym: w roz­jaz­dach, na pró­bach, kon­cer­tach, nagra­niach. Czy tak, jak w jed­nej z ostat­nio nagra­nych pio­se­nek Nie mam cza­su żyć, ma Pan czas na życie rodzin­ne?
Jestem ojcem trój­ki doro­słych dzie­ci: Joasi, Kasi i Paw­ła oraz pię­cio­krot­nym dziad­kiem. Z żoną Kry­sty­ną (nota­be­ne nie zwią­za­ną z muzy­ką), obcho­dzi­li­śmy 30 czerw­ca 2011 r. 40-lecie ślu­bu. Dawał go nam mój wuj­ciu Pom­pi­liusz Smyk w kole­gia­cie św. Anny. Świad­ka­mi byli Basia Dłu­go­szo­wa i Zyg­munt Koniecz­ny. Na ślub przy­szła cała Piw­ni­ca…
Jako ojciec i peda­gog byłem kiep­ski. Dla­cze­go? Jeź­dzi­łem za gra­ni­cę, a jak nie byłem na tour­née – to codzien­nie gra­łem: pró­by, pra­ca z Ana­wa, z Ewą, z orkie­strą radio­wą (do 1978). Nie mia­łem cza­su na bycie w domu, choć, kie­dy prze­by­wa­łem poza nim, coś mnie do nie­go gna­ło! Tak zosta­ło do dzi­siaj. Oka­za­ło się, że ten mój pierw­szy dzień po ślu­bie, kie­dy wyje­cha­łem do Świ­no­uj­ścia, by zaro­bić, okre­ślił całe moje życie. Bogu niech będą za to dzię­ki! Tak­że za moją wspa­nia­łą żonę, „cichą boha­ter­kę nasze­go związ­ku”, któ­ra rozu­mia­ła, że taki jej los! I na tym pole­ga­ła jej mądrość. Mogłem sobie spo­koj­nie hulać po świe­cie… Jak­by poli­czyć wszyst­kie moje nie­obec­no­ści w domu, to wycho­dzi, że spę­dza­łem w nim mniej wię­cej 1/3 roku. Ale pocie­szam się, że mary­na­rze mają jesz­cze gorzej… A może lepiej… Za domem jed­nak tęsk­ni­łem. Codzien­nie dzwo­ni­łem. Nawet z Kuby wysy­ła­łem tele­gra­my, bo tam nie było tele­fo­nu… Jakoś wszyst­ko wyśpie­wa­łem, mimo że nigdy nie mia­łem gło­wy do inte­re­sów. Bogu dzię­ko­wać, uda­ło się! Dla­te­go nie ską­pię gro­sza. Lubię dawać, wystę­po­wać cha­ry­ta­tyw­nie…
W rodzin­nym krę­gu nie byłem łatwym domow­ni­kiem. Wie­le ćwi­czy­łem: małe dzie­ci, a ja rzę­po­li­łem na skrzyp­cach lub gra­łem na for­te­pia­nie. Nie­ste­ty, nie mogłem grać noca­mi, choć głów­nie wte­dy dopa­da­ła mnie wena. Dzie­ci rów­nież cho­dzi­ły do szko­ły muzycz­nej. Obco­wa­nie z muzy­ką uwraż­li­wia i posze­rza hory­zon­ty. Dziś prze­pro­si­łem je, że zmu­sza­łem do cią­głych ćwi­czeń.
Jest Pan – jak się zda­je – arty­stą speł­nio­nym. Muzy­ka nie ma dla Pana tajem­nic. Ostat­nio wystę­pu­je Pan tak­że w salach kon­cer­to­wych z reper­tu­arem muzy­ki poważ­nej. To nowe wyzwa­nie?
Moje Cre­do – „sobą być” wyra­ża prze­ko­na­nie, że zawsze mają się bro­nić śpiew i muzy­ka. Naj­waż­niej­sze, by stro­iły trąb­ka i skrzyp­ce… A tak na poważ­nie – skoń­czy­łem 60 lat, wypa­da więc, abym obja­wiał się jako sta­tecz­ny muzyk, któ­ry gra kla­sy­kę. Taki występ roz­po­czy­nam od kon­cer­tu Kar­ło­wi­cza, potem z orkie­strą gram Kon­cert d-moll Bacha, następ­nie Kon­cert e-moll Mendelssohna-Bartholdy’ego, póź­niej Czaj­kow­skie­go D-dur i zaraz potem począ­tek Kon­cer­tu d-moll Wie­niaw­skie­go, aby po chwi­li znów powró­cić do Bacha. Odkła­dam skrzyp­ce, prze­cho­dzę do Zacznij od Bacha, bio­rę trąb­kę i sta­ję się pio­sen­ka­rzem. Może to tro­chę efek­ciar­skie – ale i efek­tow­ne. Tak mówią…
Mówią, że jest Pan arty­stą w jakimś sen­sie total­nym. Na kon­kret­ne zamó­wie­nie skom­po­no­wał Pan w roku 2008 ora­to­rium Ama­bi­lis na dwa chó­ry, soli­stę i orkie­strę. Wyko­na­ne w Nie­po­ło­mi­cach, zaist­nia­ło jako wido­wi­sko ple­ne­ro­we.
To kawał muzy­ki. Bar­dzo inte­re­su­je mnie taka roz­bu­do­wa­na orkie­stro­wo i wokal­nie for­ma. Pobrzmie­wa­ją w niej echa Bogu­ro­dzi­cy oraz hym­nu Gau­de Mater Polo­nia. Z Lesz­kiem Alek­san­drem Moczul­skim (sło­wa), dopi­sa­łem do tego utwo­ru pieśń San­to sub­i­to! na beaty­fi­ka­cję Ojca Świę­te­go Jana Paw­ła II.
Gene­ral­nie ubo­le­wam, że nasz smak arty­stycz­ny dziś tak się spły­cił. Obo­wią­zu­ją hity, prze­bo­ja­sy, tyl­ko mało w tym wszyst­kim muzy­ki, fra­zy, melo­dii, odde­chu, kan­ty­le­ny, fer­ma­ty… Ale może jesz­cze wró­cą… Daw­niej pio­sen­ki były do słu­cha­nia, teraz są do oglą­da­nia. Tro­chę zama­ru­dzi­łem… Dość mara­zmu!
Ser­decz­nie dzię­ku­ję Panu za peł­ną ducha i prze­ni­kli­we­go reali­zmu – nie tyl­ko arty­stycz­ne­go – roz­mo­wę. W imie­niu wła­snym i Redak­cji życzę wie­lu kolej­nych cudow­nych prze­bo­jów i oso­bi­ste­go szczę­ścia!