Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Cud eucharystyczny w Sokółce

Łaski eucharystycznego Jezusa

Nie­zwy­kłej widzial­nej prze­mia­nie, jakiej w sokól­skim koście­le ule­gła Hostia, towa­rzy­szy fala – wypro­szo­nych u Boga przez wier­nych – nad­zwy­czaj­nych łask, któ­re w pewien spo­sób potwier­dza­ją cudow­ność tego, co się tam wyda­rzy­ło.
12 sierp­nia 2011 r. na wysy­pi­sku śmie­ci w Kar­czach k. Sokół­ki doszło do dra­ma­tycz­ne­go wypad­ku. Jeden z pra­cow­ni­ków – Jacek Dęb­ko – został zagar­nię­ty przez potęż­ną łado­war­kę i razem z odpad­ka­mi wrzu­co­ny do mecha­nicz­ne­go prze­sie­wa­cza. Męż­czy­znę z cięż­ki­mi obra­że­nia­mi gło­wy i twa­rzy, śmi­głow­cem prze­wie­zio­no do szpi­ta­la w Bia­łym­sto­ku. Nie dawa­no mu szans na prze­ży­cie.
– Brat doznał bar­dzo poważ­ne­go ura­zu gło­wy, przy któ­rym to, że ma rów­nież pogru­cho­ta­ną szczę­kę i że stra­cił oko, to jest nic – opo­wia­dał brat pana Jac­ka, soli­sta Ope­ry War­szaw­skiej. – Wpro­wa­dzo­no go w stan śpiącz­ki far­ma­ko­lo­gicz­nej. Nie wia­do­mo było czy się z niej w ogó­le wybu­dzi, a jeśli tak się sta­nie, to czy będzie świa­do­my cze­go­kol­wiek, czy będzie spraw­ny rucho­wo, czy będzie roz­po­zna­wał ludzi, czy też będzie jak „rośli­na”. Po potęż­nej daw­ce wiru­sów i bak­te­rii, któ­re prze­nik­nę­ły w cza­sie wypad­ku w otwar­te rany, ist­nia­ło rów­nież poważ­ne ryzy­ko infek­cji. Jej źró­dłem mogło być też znisz­czo­ne oko, któ­re­go przez pewien czas nie moż­na było usu­nąć. Co wię­cej – w każ­dej chwi­li mógł wystą­pić obrzęk mózgu i mogły ustać wszel­kie funk­cje życio­we. Brat był pod­pię­ty pod apa­ra­tu­rę, ser­ce mu wpraw­dzie biło, ale oddy­cha­ły za nie­go maszy­ny. Zaczął gorącz­ko­wać.
Pan Jacek otrzy­mał sakra­ment Namasz­cze­nia Cho­rych, a w koście­le św. Anto­nie­go w Sokół­ce 14 sierp­nia odpra­wio­no uro­czy­stą Mszę św. z bar­dzo pięk­nym kaza­niem. Następ­ne­go dnia cała rodzi­na modli­ła się w kapli­cy na ple­ba­nii, gdzie w taber­na­ku­lum prze­cho­wy­wa­na była Cząst­ka Cia­ła Pań­skie­go, uczest­ni­czy­ła rów­nież we Mszy św. odpu­sto­wej odpra­wio­nej w innej sokól­skiej para­fii – pw. Wnie­bo­wzię­cia NMP.
Już po pierw­szej Mszy św. gorącz­ka minę­ła i z dnia na dzień stan cho­re­go był coraz lep­szy. Po tygo­dniu obu­dził się w peł­ni świa­do­my. Wyszedł po trzech tygo­dniach. – Jestem prze­ko­na­ny, że czu­wał nade mną Pan Bóg. Nie jestem jesz­cze w peł­ni spraw­ny – nie mam oka, mam kło­po­ty z pamię­cią – muszę zaży­wać leki, ale żyję i dość dobrze sobie radzę i za to jestem Panu Bogu wdzięcz­ny. Dla mnie – i dla leka­rzy – to był cud – stwier­dził pan Jacek.
Wiel­ki Pią­tek pani Celi­ny
Łaski uzdro­wie­nia dostą­pi­ła rów­nież Celi­na Łuc­kie­wicz – uta­len­to­wa­na miej­sco­wa artyst­ka. W mar­cu 2009 roku u pani Celi­ny wykry­to duże­go guza w ner­ce. Bada­ją­cy ją lekarz nie miał naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że to był rak i nale­gał na jak naj­szyb­szą ampu­ta­cję ner­ki. Ope­ra­cja wypa­dła 10 kwiet­nia – w… Wiel­ki Pią­tek. – Była bar­dzo trud­na. Sam szew miał 32 cm. Prze­ży­łam wte­dy swój Wiel­ki Pią­tek – opo­wia­da­ła pani Celi­na. – Guz miał pra­wie 7 na 5,5 cen­ty­me­tra. Prze­sła­no go do badań histo­pa­to­lo­gicz­nych. Oka­za­ło się że był to bar­dzo zło­śli­wy rodzaj nowo­two­ru, któ­re­go – z uwa­gi na czę­sto zda­rza­ją­ce się prze­rzu­ty – już nawet che­mią nie dało się wyle­czyć. Szan­se na prze­ży­cie dwóch lat wyno­si­ły 20 pro­cent. Jesz­cze przed ope­ra­cją ruszy­ła „modli­tew­na kru­cja­ta” – o zdro­wie dla Pani Celi­ny modli­li się jej zna­jo­mi, licz­ni księ­ża, w tej inten­cji odpra­wio­no wie­le Mszy św. W uro­czy­stość Wnie­bo­wzię­cia Naj­święt­szej Maryi Pan­ny 15 sierp­nia pani Celi­na pomo­dli­ła się w kapli­cy na ple­ba­nii kościo­ła św. Anto­nie­go w Sokół­ce, gdzie wów­czas prze­cho­wy­wa­no Cząst­kę Cia­ła Pań­skie­go (sama do tej kapli­cy malo­wa­ła obra­zy i wyko­ny­wa­ła witraż). Kobie­ta wyzdro­wia­ła i do dziś czu­je się dobrze.
Ura­to­wa­li mi życie
W grud­niu 2009 r. Anto­ni Sako­wicz – dyrek­tor miej­sco­wych Wodo­cią­gów zacho­ro­wał na sep­sę – cięż­ką cho­ro­bę, któ­ra w więk­szo­ści przy­pad­ków koń­czy się zgo­nem. Wyzdro­wiał. Zarów­no on, jak i jego bli­scy są prze­ko­na­ni, że był to cud wymo­dlo­ny na kola­nach przez jego żonę – w chwi­li, gdy poja­wi­ły się pierw­sze symp­to­my cho­ro­by – pod­czas czwart­ko­wej ado­ra­cji Naj­święt­sze­go Sakra­men­tu. W inten­cji cho­re­go odpra­wio­nych zosta­ło rów­nież kil­ka Mszy św.; pro­sząc o jego zdro­wie odma­wia­no Koron­kę do Boże­go Miło­sier­dzia. – Myślę, że Chry­stus wła­śnie przez tę modli­twę posta­wił na mojej dro­dze we wła­ści­wym cza­sie odpo­wied­nich ludzi, któ­rzy ura­to­wa­li mi życie – mówił pan Anto­ni. – Wie­rzę, że Chry­stus przez cud eucha­ry­stycz­ny, któ­ry wyda­rzył się w Sokół­ce, chce uka­zać całe­mu świa­tu coraz bar­dziej odda­la­ją­ce­mu się od Boga, że nadal JEST i ŻYJE, i że nigdy nie opu­ści tych, któ­rzy w Nie­go wie­rzą – pod­su­mo­wał.
Z nasze­go punk­tu widze­nia to był cud
Krzysz­tof Sta­wec­ki – kon­ser­wa­tor zabyt­ków, przez dwa lata odna­wiał i przy­go­to­wy­wał kapli­cę Mat­ki Bożej Różań­co­wej w sokól­skim koście­le po to, aby moż­na było wysta­wić tam kusto­dium z Cząst­ką Cia­ła Pań­skie­go. Kil­ka mie­się­cy po roz­po­czę­ciu prac, latem 2010 r. wybrał się z żoną i troj­giem dzie­ci na waka­cje do Włoch. W dro­dze powrot­nej w pią­tek, 6 sierp­nia, na auto­stra­dzie w oko­li­cach Kla­gen­fur­tu (Austria), auto, któ­rym kie­ro­wał pod­czas ule­wy wpa­dło w poślizg, ude­rzy­ło w barier­kę po lewej stro­nie a potem – po obró­ce­niu się – z ogrom­ną siłą grzmot­nę­ło przo­dem w skal­ną ścia­nę po pra­wej. Samo­chód został kom­plet­nie znisz­czo­ny (z przo­du nie było nic a sil­nik zna­le­zio­no 70 metrów dalej!), ale jego pasa­że­rom uda­ło się wyjść z tego cało i zdro­wo (oprócz jed­nej z córek pana Krzysz­to­fa, któ­ra dozna­ła lek­kie­go ura­zu krę­go­słu­pa). Po krót­kim poby­cie w austriac­kich szpi­ta­lach rodzi­na powró­ci­ła do domu a pan Krzysz­tof do pra­cy w sokól­skiej kapli­cy. – Z nasze­go punk­tu widze­nia to był cud – stwier­dził pan Krzysz­tof.
Leka­rze byli zasko­cze­ni
W nie­dzie­lę 6 maja 2012 r. Mar­cin – sio­strze­niec Wie­sła­wy Szcze­siul – uległ wypad­ko­wi samo­cho­do­we­mu. Doznał poważ­nych obra­żeń. Miał obrzęk mózgu, móżdż­ku, uszko­dzo­ne płu­co, zła­ma­nie most­ka i oboj­czy­ka. Jego stan był bar­dzo cięż­ki, a nie­któ­rzy leka­rze dawa­li mu nie­wiel­kie szan­se na prze­ży­cie.
Pani Wie­sła­wa oraz bli­scy poszko­do­wa­ne­go żar­li­wie modli­li się o jego uzdro­wie­nie. Odma­wia­li m.in. Koron­kę do Jezu­sa Chry­stu­sa w Naj­święt­szym Sakra­men­cie, któ­ra znaj­du­je się na obraz­ku z Cudow­ną cząst­ką Cia­ła Pań­skie­go z Sokół­ki, uczest­ni­czy­li we Mszy św. odpra­wio­nej w Sokół­ce w inten­cji Mar­ci­na. W inten­cji chłop­ca, w dniach
7–13 maja, cele­bro­wa­no wie­le Mszy świę­tych rów­nież w innych miej­scach. W modli­twę włą­czy­ło się bar­dzo wie­le innych osób. Wybu­dzo­ny ze śpiącz­ki Mar­cin mówił i logicz­nie myślał. Leka­rze i per­so­nel szpi­ta­la byli zasko­cze­ni, a naj­bliż­si ura­do­wa­ni i szczę­śli­wi. Jede­na­ście dni póź­niej wyszedł ze szpi­ta­la.
Jezu, ufam Tobie
Mama Andrze­ja Dubow­skie­go zacho­ro­wa­ła na raka jeli­ta gru­be­go. Dla rodzi­ny był to szok i tra­ge­dia. – Mama była oso­bą głę­bo­ko wie­rzą­cą. Ja wte­dy może tro­chę mniej. Rzad­ko cho­dzi­łem do kościo­ła – opo­wia­dał pan Andrzej. – Pierw­szy etap cho­ro­by uda­ło się nam jakoś prze­żyć. Modli­ła się mama i bra­to­wa. Czte­ry lata póź­niej wykry­to u mamy nowy nowo­twór na trzu­st­ce. Wia­do­mo było czym to gro­zi.
– Nastał moment kie­dy z mamą było już bar­dzo źle. Przy­szedł do niej ksiądz i część rodzi­ny, żeby się z nią poże­gnać. Leka­rze tłu­ma­czy­li nam, że mamie zosta­ło już nie wię­cej niż dwa dni życia; że znaj­du­je się w śpiącz­ce i reagu­je już tyl­ko na ból.
Pan Andrzej ze szwa­grem poje­chał wte­dy do Sokół­ki. Jecha­li przez całą Pol­skę, z Dol­ne­go Ślą­ska na Pod­la­sie. W Sokół­ce dłu­go się modli­li, a ich krew­na – sio­stra Julia dała im obra­zek „Jezu ufam Tobie”, któ­rym dotknę­ła kor­po­ra­łu, na któ­rym leża­ła cudow­nie prze­mie­nio­na Hostia.
– Zawio­złem ten obra­zek mamie i mama… powró­ci­ła do życia. Popra­wa jej sta­nu zdro­wia nie trwa­ła trzy dni ale… mie­siąc. Kie­dy zmar­ła nie czu­łem żalu do Boga. Nie pyta­łem „dla­cze­go ona”? Jej śmierć zbli­ży­ła mnie bar­dzo do Boga i do Kościo­ła. Całą rodzi­ną sta­ra­my się teraz być co nie­dzie­lę w koście­le, sta­ra­my się uczest­ni­czyć w kościel­nych nabo­żeń­stwach. A jadąc samo­cho­dem słu­cham czę­sto Radia Mary­ja. Przez tę śmierć uświa­do­mi­li­śmy sobie też, że trze­ba poma­gać innym.
Nie­mal dokład­nie rok po śmier­ci mamy oka­za­ło się, że jestem cho­ry na cukrzy­cę. Nic na to wcze­śniej nie wska­zy­wa­ło. Wylą­do­wa­łem w szpi­ta­lu. Znów zaczę­li­śmy się modlić. Mimo że cukrzy­ca w zasa­dzie nie jest ule­czal­na, nie muszę dziś brać ani insu­li­ny, ani jakichś innych leków. Lekar­ka stwier­dzi­ła, że takie przy­pad­ki zda­rza­ją się… jeden na tysiąc. I tyl­ko wte­dy, jeśli pacjent zgło­si się… w odpo­wied­nim cza­sie.
Oka­za­ło się też, że mam cho­re ser­ce. Mia­łem w 70 pro­cen­tach nie­droż­ne tęt­ni­ce. „Gdy­by Pan nie przy­szedł do nas w odpo­wied­nim cza­sie, to miał Pan małe szan­se, żeby prze­żyć” – stwier­dził bada­ją­cy mnie lekarz. Poczu­łem wte­dy, że Ktoś nade mną, nad naszą rodzi­ną, czu­wa. Sta­ra­my się dziś żyć nor­mal­nie. Prze­ka­zy­wać dobro i wska­zy­wać, że ist­nie­je Bóg i trze­ba się do Nie­go modlić – mówi pan Andrzej.
Jezu, ura­tuj nas! 
Na począt­ku listo­pa­da 2008 r. Joan­na i Leszek Ste­cio­wie ze Skar­ży­ska Kamien­nej – wraz z zaprzy­jaź­nio­ny­mi Sio­stra­mi Eucha­ryst­ka­mi – przy­by­li do Sokół­ki. Dane im było zoba­czyć wte­dy Cząst­kę Cia­ła Pań­skie­go. W paź­dzier­ni­ku następ­ne­go roku pań­stwo Ste­cio­wie poje­cha­li do Holan­dii w spra­wach służ­bo­wych. – Powrót do Pol­ski był dość męczą­cy, bo przez pra­wie pięć godzin jecha­li­śmy w okrop­nej burzy i ule­wie – opo­wia­da pani Joan­na. – Samo­chód pro­wa­dził mój mąż. Kie­dy doje­cha­li­śmy już do kra­ju, za kie­row­ni­cę siadł pra­cow­nik męża – zawo­do­wy kie­row­ca. Ja spa­łam na tyl­nym sie­dze­niu samo­cho­du z lap­to­pem pod gło­wą, a w lap­to­pie znaj­do­wa­ło się zapi­sa­ne zdję­cie HOSTII. Na 315 kilo­me­trze auto­stra­dy A2 (45 km od Łodzi) nagle samo­cho­dem zaczę­ło rzu­cać, zaczął się obra­cać. To było strasz­ne. Powie­dzia­łam wte­dy: „Jezu, ura­tuj nas!“. I powtó­rzy­łam to trzy razy. Myśla­łam, że mówi­łam te sło­wa w myślach, ale mąż powie­dział, że mówi­łam gło­śno, bo on je sły­szał. Kie­dy wypo­wie­dzia­łam tę proś­bę po raz trze­ci, samo­chód zatrzy­mał się. Siła ude­rze­nia była tak wiel­ka, że fotel kie­row­cy zła­mał się i leżał w miej­scu, gdzie była moja gło­wa. Mnie wcze­śniej odsu­nę­ło z tego miej­sca, tak, że gło­wę mia­łam całą. Wszy­scy wyszli­śmy z samo­cho­du o wła­snych siłach. Do wypad­ku przy­je­cha­ły trzy samo­cho­dy stra­ży pożar­nej, bo myśle­li, że nikt nie prze­żył tej strasz­nej kata­stro­fy. Samo­chód nada­wał się tyl­ko do kasa­cji, a my wszy­scy wyszli­śmy z tego wypad­ku bez więk­szych uszko­dzeń. Wiem, że ura­to­wał nas Pan Jezus, w tym wła­śnie cza­sie obec­ny z nami w wize­run­ku prze­mie­nio­nej HOSTII. Od tej chwi­li minę­ło bez mała trzy lata. Każ­de­go dnia dzię­ku­je­my Mu za cud, któ­ry nam uczy­nił i pole­ca­my się Jego opie­ce.
Obja­wy zani­kły
„Cuda w Sokół­ce nie usta­ją” -taki tytuł nosił opu­bli­ko­wa­ny w „Naszym Dzien­ni­ku” arty­kuł Ada­ma Bia­ło­usa. Autor pisał w nim o kil­ku innych cudach wypro­szo­nych u Eucha­ry­stycz­ne­go Jezu­sa. Jed­nym z nich był cud uzdro­wie­nia małe­go Jaku­ba Rapie­ra, u któ­re­go leka­rze zdia­gno­zo­wa­li zespół Asper­ge­ra. „Jego bab­cia, gdy dowie­dzia­ła się o cięż­kiej cho­ro­bie wnucz­ka, nie zała­ma­ła bez­sil­nie rąk”. W inten­cji uzdro­wie­nia dziec­ka w sokól­skiej kole­gia­cie odpra­wio­na zosta­ła Msza św. „Pod­czas kolej­nych badań lekar­skich medy­cy musie­li cof­nąć posta­wio­ną wcze­śniej dia­gno­zę, gdyż w nie­wy­tłu­ma­czal­ny dla nich spo­sób obja­wy, któ­re wcze­śniej ją potwier­dza­ły, cał­ko­wi­cie zani­kły”.
Nie wia­do­mo, jak to się sta­ło
Po licz­nych modli­twach w obli­czu prze­mie­nio­nej w nie­zwy­kły spo­sób cząst­ki Cia­ła Pań­skie­go i po odpra­wie­niu Mszy św., z ulo­ko­wa­ne­go na pier­si guza nowo­two­ro­we­go uzdro­wio­na zosta­ła 25-let­nia Anna Jazu­rek, cór­ka Gra­ży­ny Zaniew­skiej, miesz­kan­ki wsi poło­żo­nej nie­da­le­ko Sokół­ki.
„W grud­niu 2011 r. dziew­czę­ta z jed­nej z sokól­skich szkół zwró­ci­ły się z proś­bą do swo­je­go księ­dza kate­che­ty, aby odpra­wił on w kole­gia­cie Mszę św. w inten­cji uzdro­wie­nia ich cho­rej na nowo­twór kole­żan­ki Justy­ny Popo­wczak” – pisał w swo­im arty­ku­le Adam Bia­ło­us. „Dokład­nie w dniu, w któ­rym kapłan w obli­czu nie­zwy­kle prze­mie­nio­nej cząst­ki Cia­ła Pań­skie­go cele­bro­wał Eucha­ry­stię, trwa­ły bada­nia lekar­skie cho­rej dziew­czyn­ki. Jakież było zdzi­wie­nie leka­rzy, kie­dy stwier­dzi­li oni bez­sprzecz­nie, że guz z zaata­ko­wa­nej cho­ro­bą wątro­by znik­nął. Spe­cja­li­ści z dzie­dzi­ny medy­cy­ny nie są w sta­nie wytłu­ma­czyć, jak to się sta­ło”.

Fot. archi­wum