Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Nie do objęcia umysłem…”

Pierw­sze­go maso­we­go mor­du na Pola­kach doko­na­ła sot­nia pod dowódz­twem Hry­ho­ri­ja Pere­hij­nia­ka „Dowbesz­ki-Korob­ki” w Paro­śli, w powie­cie sar­neń­skim.

Tabli­ca pamiąt­ko­wa w Paro­śli (Fot. G. Naumo­wicz (Wiki­me­dia Com­mons))

Był wto­rek, 9 lute­go, wcze­śnie rano, gdy „zbu­dzo­no nas gło­śnym i natar­czy­wym łomo­ta­niem w drzwi. Wyrwa­ny ze snu ojciec pod­szedł do okna i po powro­cie do sypial­ni powie­dział do mamy, że stoi tam duża gru­pa uzbro­jo­nych męż­czyzn. Wte­dy zerwa­li­śmy się wszy­scy na rów­ne nogi. Ojciec poszedł otwo­rzyć drzwi, do któ­rych strasz­nie łomo­ta­no. Ja z sio­strą Tere­są – Lilą (tak na nią mówi­li­śmy) weszli­śmy na piec chle­bo­wy w kuch­ni, z któ­re­go widok był wprost na drzwi wej­ścio­we. W tym też cza­sie dzia­dek z bab­cią przy­szli z duże­go poko­ju do kuch­ni” – zapa­mię­tał 12-let­ni wte­dy Witold Koło­dyń­ski, syn Sta­ni­sła­wa i Marian­ny. Rzeź w Paro­śli Do każ­de­go domu weszło pokil­ku uzbro­jo­nych męż­czyzn, przed­sta­wia­ją­cych się jako par­ty­zan­ci sowiec­cy. U Koło­dyń­skich wyso­ki, dobrze zbu­do­wa­ny, przy­stoj­ny męż­czy­zna w wie­ku oko­ło 30 lat, ubra­ny w zie­lo­ną kurt­kę z suk­na, spodnie zie­lo­ne gol­fy, czar­ne ofi­cer­ki, z prze­wie­szo­nym na rze­mien­nym pasie naga­nem bęben­ko­wym w pochwie, przed­sta­wił się jako głów­ny dowód­ca: „Jeste­śmy par­ty­zant­ką ruską i musi­cie nas żywić cały dzień. Niko­mu nie wol­no wycho­dzić z miesz­ka­nia” – kazał ugo­to­wać rosół, napiec chle­ba i przy­go­to­wać dobry obiad. Podob­nie było w innych zagro­dach. Ojca Witol­da pobi­li za ukry­wa­nie bro­ni: „Po oko­ło pół godzi­nie wyszedł ojciec z opusz­czo­ną gło­wą, nie odzy­wał się już potem do niko­go. My wszy­scy bar­dzo pła­ka­li­śmy, gdyż z poko­ju docho­dzi­ły do nas odgło­sy bicia i jęki. Atmos­fe­ra zastra­sze­nia udzie­li­ła się wszyst­kim. Stan napię­cia ner­wo­we­go trwał już do koń­ca. Zzięb­nię­ci i prze­ra­że­ni do kre­su wytrzy­ma­ło­ści, nie jedli­śmy nic przez cały dzień. Mama goto­wa­ła rosół, obiad, pie­kła chleb. Ojciec cho­dził w towa­rzy­stwie set­ni­ków do obrząd­ku”. W domu Koło­dyń­skich ban­dy­ci prze­trzy­my­wa­li upro­wa­dzo­nych w Wło­dzi­mier­cu Koza­ków, któ­rych po połu­dniu zamor­do­wa­li: „Po chwi­li wypro­wa­dzi­li jed­ne­go Koza­ka, kie­ru­jąc go do poko­ju duże­go. Sły­chać było odgło­sy rąba­nia sie­kie­rą i nie­ludz­kie jęki. Po kil­ku minu­tach, szedł następ­ny Kozak, a my sły­sze­li­śmy podob­ne do poprzed­nich jęki i odgło­sy. Tak było aż do ostat­nie­go Koza­ka, za któ­rym wyszedł dowód­ca i powie­dział nam, że sypial­nia jest wol­na”, po czym razem z towa­rzy­sza­mi zasiadł do zasta­wio­ne­go sto­łu. „Po dłuż­szym cza­sie, do sypial­ni wszedł dowód­ca z miną bar­dzo zado­wo­lo­ną, za nim kil­ku ban­dy­tów roze­bra­nych do koszul, roze­śmia­nych. Dowód­ca powie­dział nam: Musi­cie się poło­żyć, my was powią­że­my, żeby Niem­cy was nie skrzyw­dzi­li za prze­trzy­my­wa­nie i kar­mie­nie par­ty­zan­tów. To samo w tym cza­sie usły­sze­li inni miesz­kań­cy Paro­śli. Wszy­scy zosta­li następ­nie zamor­do­wa­ni sie­kie­ra­mi. „Komen­dant Związ­ku Strze­lec­kie­go (Strzel­ca) Walen­ty Sawic­ki był porą­ba­ny na siecz­kę. Dzie­ci były uśmier­ca­ne ude­rze­nia­mi w głów­ki obu­cha­mi sie­kier. W jed­nym z domów nie moż­na było wycią­gnąć noża, któ­rym było przy­bi­te nie­mow­lę do sto­łu”. Nie oszczę­dza­no koły­sek Zamor­do­wa­nych zosta­ło (według obli­czeń Ewy i Wła­dy­sła­wa Sie­masz­ków) 149 Pola­ków i 6 Rosjan. Rzeź prze­ży­ło 12 cięż­ko ran­nych osób, głów­nie dzie­ci, w tym Witold Koło­dyń­ski i jego 9-let­nia sio­stra Tere­sa: „Byli­śmy bar­dzo zzięb­nię­ci, zdrę­twia­li, zala­ni krwią. Lila wsta­ła i pomo­gła wstać mnie. Widok, któ­ry naszym oczom uka­zał się, był strasz­ny. Nie do obję­cia umy­słem ludz­kim, tym bar­dziej umy­słem dzie­cię­cym. Rodzi­ce mie­li gło­wy roz­rą­ba­ne na pół. Mamy dłu­gi war­kocz był odcię­ty. W gło­wie ojca pozo­sta­wio­na sie­kie­ra, co ozna­cza­ło­by, że sły­sza­ne prze­ze mnie jęki wyda­wał ojciec, któ­re­go dobi­to. W koły­sce naj­młod­sza Bogu­sia, w wie­ku 1,5 roku, ude­rzo­na była sie­kie­rą w czo­ło. Przez dłuż­szy czas była w kon­wul­sjach, któ­re mio­ta­ły koły­ską. Lila wzię­ła ją na ręce i po chwi­li Bogu­sia zakoń­czy­ła życie” – wspo­mi­nał Witold, któ­ry podob­nie jak sio­stra nigdy w peł­ni nie odzy­skał zdro­wia.