Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Potrzeba naszej wielkiej modlitwy…

Rozmowa z ks. prof. dr hab. Józefem Mareckim, historykiem, archiwistą, pracownikiem naukowym i dydaktycznym Uniwersytetu Papieskiego im. Jana Pawła II oraz Instytutu Pamięci Narodowej, uczestnikiem kilkunastu komisji historycznych w procesach beatyfikacyjnych męczenników.

ks. prof. dr hab J. Marec­ki

Pod­czas II woj­ny świa­to­wej Pola­cy padli ofia­rą ludo­bój­stwa ze stro­ny Niem­ców, Sowie­tów i Ukra­iń­ców. To ostat­nie w nie­wiel­kim stop­niu funk­cjo­nu­je w naro­do­wej pamię­ci. Dla­cze­go tak się dzie­je?
W imię rze­ko­mo dobrych sto­sun­ków pol­sko-ukra­iń­skich zbrod­nia doko­na­na przez ukra­iń­skich nacjo­na­li­stów z Ukra­iń­skiej Powstań­czej Armii na Woły­niu i w Mało­pol­sce Wschod­niej jest spy­cha­na w zapo­mnie­nie, a doty­czy to ponad 130 tysię­cy zamor­do­wa­nych, kil­ku­na­stu tysię­cy ran­nych, wie­lu tysię­cy sie­rot, bez­dom­nych, nie­zli­czo­nej rze­szy oka­le­czo­nych fizycz­nie, moral­nie i psy­chicz­nie. Przy obo­jęt­no­ści władz pań­stwo­wych, pamię­ta­ją osa­mot­nio­ne, zresz­tą raz po raz spy­cha­ne na mar­gi­nes życia spo­łecz­no-poli­tycz­ne­go, śro­do­wi­ska kre­so­we. Wyda­rze­nia na Kre­sach Wschod­nich i na Woły­niu z lat 1943–1945 przed­sta­wia się w lite­ra­tu­rze pol­sko­ję­zycz­nej jak i nie-pol­sko­ję­zycz­nej w spo­sób mar­gi­nal­ny i zakła­ma­ny. Nie poda­je się przy­czyn ludo­bój­stwa, nie poda­je się nazwisk twór­ców nacjo­na­li­stycz­nej ukra­iń­skiej ide­olo­gii. Nie ma win­nych – a docie­kli­we­mu Ukra­iń­co­wi bądź Pola­ko­wi enig­ma­tycz­nie wyja­śnia się, że służ­by spe­cjal­ne sowiec­kie, że Niem­cy, że może jakieś oddzia­ły w służ­bie nie­miec­kiej i szyb­ko doda­je się, że moż­li­we iż Węgrzy lub Sło­wa­cy – byle tyl­ko nie wymie­nić ukra­iń­skiej SS Gali­zien, Orga­ni­za­cji Ukra­iń­skich Nacjo­na­li­stów czy też wspo­mnia­nej już Ukra­iń­skiej Powstań­czej Armii. Jak­żeż czę­sto w wie­lu publi­ka­cjach może­my prze­czy­tać, że ginę­ło wie­le tysię­cy Pola­ków i Ukra­iń­ców. Oso­bli­wym jest rów­no­wa­że­nie ofiar i zbrod­nia­rzy – to tra­ge­dia.
Z pamię­ci o ofia­rach zro­dził się pomysł, aby 11 lip­ca został usta­no­wio­ny Dniem Pamię­ci Męczeń­stwa Kre­so­wian…
Pamięć o nich to nasz obo­wią­zek. Ogrom­na więk­szość ofiar kre­so­we­go ludo­bój­stwa nie ma gro­bów. Wie­le miejsc pochów­ków była i jest świa­do­mie bez­czesz­czo­na. Na cmen­ta­rzach i zbio­ro­wych mogi­łach pasą się kro­wy, urzą­dzo­no boiska spor­to­we i pla­ce zabaw. Z pre­me­dy­ta­cją „zapo­mnia­no” o tych, któ­rzy prze­ży­li. Jak wie­lu kre­so­wia­kom zabra­no dzie­ciń­stwo, mło­dość i przy­szłość. A ofia­ry tego ludo­bój­stwa to męczennicy.Wyniesienia na ołta­rze docze­ka­ły się ofia­ry ludo­bój­stwa z tere­nu Hisz­pa­nii, podob­nie jak ofia­ry nie­miec­kich obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych. Zosta­ło beaty­fi­ko­wa­nych kil­ka ofiar komu­ni­zmu. Ofia­ry nacjo­na­li­zmu ukra­iń­skie­go, świec­cy i duchow­ni zamor­do­wa­ni z nie­na­wi­ści do Kościo­ła kato­lic­kie­go i wia­ry kato­lic­kiej nadal cze­ka­ją… Tra­ge­dią jest i to, że mor­der­cy mają swo­je nie­bo­sięż­ne pomni­ki, tytu­ły boha­te­rów naro­do­wych, są patro­na­mi ulic, pla­ców, szkół, a mil­czą­ce ofia­ry ich ludo­bój­stwa? Data 11 lip­ca nie jest przy­pad­ko­wa, ponie­waż tego dnia w 1943 roku na Woły­niu na uśpio­ne nie­dziel­nym odpo­czyn­kiem pol­skie wsie, na zgro­ma­dzo­nych w kato­lic­kich świą­ty­niach wier­nych, na nie­do­wie­rza­ją­cych w pogło­ski, że od ukra­iń­skich (rusiń­skich) sąsia­dów może spo­tkać ich jaka­kol­wiek krzyw­da – spa­dły poci­ski, gra­na­ty, butel­ki z zapa­lo­ną ben­zy­ną, ostrza wideł, kos, noży, sie­kier i pogrze­ba­czy. Okru­cień­stwo z jakim doko­ny­wa­no mor­dów było nie­wy­obra­żal­ne – trud­no je porów­ny­wać nawet z nie­miec­ko-sowiec­kim.
Ksiądz Pro­fe­sor od ponad 20 lat czę­sto odwie­dza Kre­sy, był Ksiądz wice­po­stu­la­to­rem Try­bu­na­łu Postu­la­cyj­ne­go Słu­gi Boże­go ojca Sera­fi­na Kaszu­by. Czy Ksiądz Pro­fe­sor spo­ty­ka się z ludź­mi, któ­rzy wspo­mi­na­ją tam­te dra­ma­tycz­ne cza­sy?
Kil­ka­krot­nie wraz z człon­ka­mi  Try­bu­na­łu spra­wo­wa­li­śmy nabo­żeń­stwa w miej­scach, w któ­rych ongiś był kościół – jak na przy­kładw Der­man­ce – powie­rzo­ny w cza­sie woj­ny opie­ce o. Kaszu­by. Ołtarz budo­wa­li­śmy z roz­rzu­co­nych wybu­chem gru­zów. W wie­lu miej­sco­wo­ściach ze stra­chem przed inny­mi życz­li­we sta­rusz­ki szczy­cą­ce się tym, iż pamię­ta­ją pol­skie cza­sy i pol­ską szko­łę poka­zy­wa­ły nam „pol­skie mohył­ki”, kry­ją­ce par­ty­zan­tów lub pomor­do­wa­nych. Czę­sto zatrzy­my­wa­łem się w dro­dze na Wołyń u zaprzy­jaź­nio­ne­go dusz­pa­ste­rza w Kamion­ce Stru­mił­ło­wej (obec­nie Buskiej). Pew­ne­go dnia, było to w 1992 lub następ­nym roku, przy­szła star­sza kobie­ta, któ­ra chcia­ła odbyć spo­wiedź „przed ksion­dzem z Pol­szy”, ale w imie­niu nie­ży­ją­ce­go już jej ojca. Sko­ro miał być ksiądz z Pol­ski, więc miej­sco­wy pro­boszcz wyzna­czył mnie.
Ale taka spo­wiedź „za kogoś” jest prze­cież nie­moż­li­wa?
Oczy­wi­ście, dla­te­go po moich wyja­śnie­niach wyzna­ła mi praw­dę o tym, co zna­łem z opo­wie­ści, nie­le­gal­nej wów­czas lek­tu­ry, powta­rza­nych z trwo­gą, może i wyol­brzy­mia­nych – jak mi się nie­kie­dy wyda­wa­ło – opo­wie­ści. Uro­dzi­ła się na Woły­niu, w mia­rę zamoż­nej i szczę­śli­wej rodzi­nie. Z dzie­ciń­stwa pamię­ta­ła cer­kiew­ne nabo­żeń­stwa, na któ­re uczęsz­cza­ła z rodzi­ca­mi, szko­łę z pol­ską panią, kole­żan­ki z sąsiedz­twa. A potem przy­szła woj­na. Wie­dzia­ła, że trze­ba bać się bol­sze­wi­ków, cho­ciaż ich nigdy nie widzia­ła. A potem zno­wu była woj­na, z któ­rą przy­szła wol­na Ukra­ina. W domu odby­wa­ły się zebra­nia. Wte­dy z mat­ką noco­wa­ły na stry­chu, bo całą kuch­nię i przy­le­gły pokój zaj­mo­wa­li męż­czyź­ni. I pamię­ta­ła, że w spo­koj­nym jak dotąd ich domu poja­wi­ły się kłót­nie mię­dzy rodzi­ca­mi. Ojciec zni­kał na kil­ka dni, raczej nocy. Wra­cał naj­czę­ściej pija­ny, brud­ny i naj­czę­ściej zakrwa­wio­ny, ale przy­wo­ził jakieś meble, garn­ki, jakąś maszy­nę do gospo­dar­stwa. Pamię­ta, że na pew­no raz był na wozie zegar, ale bez waha­dła. Cza­sem było coś z ubra­nia. Przy­wo­ził kury i kacz­ki, przy­pę­dził też zabie­dzo­ną kro­wę. Każ­dy powrót ze zdo­by­czą oku­pio­ny był mat­czy­ny­mi łza­mi, któ­ra pro­si­ła ojca, by wię­cej już nie wyjeż­dżał. Pew­ne­go dnia przy­wiózł dla swej cór­ki czer­wo­ną sukien­kę, brud­ną i chy­ba zakrwa­wio­ną. Gdy mat­ka ją wypra­ła oka­za­ło się, że dosko­na­le pasu­je. Małą dziur­kę na wyso­ko­ści ser­ca uda­ło się zała­tać. Nikt w całej wio­sce nie miał takiej sukien­ki. Jed­na z sąsia­dek powie­dzia­ła jej nawet, że wyglą­da jak pol­ska panien­ka. Ale jesz­cze wte­dy nic nie zro­zu­mia­ła. Szyb­ko wyro­sła z czer­wo­nej sukien­ki. Wojen­ny dobro­byt zakoń­czył się gdy znów weszli bol­sze­wi­cy. I przy­po­mnia­ła sobie, że trze­ba się ich bać. Lecz dla niej – jak twier­dzi­ła był to inny strach – że ktoś donie­sie, iż jej ojciec cho­dził mor­do­wać. Mat­ka pła­ka­ła, ojciec pił, ona znów się bała. Kie­dy wyszła za mąż, opu­ści­ła na dłuż­szy czas rodzin­ną wio­skę i Wołyń. Wte­dy dopie­ro pozna­ła praw­dę o woj­nie i jej boha­te­rach, o czym mil­cza­no na Woły­niu. Zro­zu­mia­ła, że nosi­ła sukien­kę swej pol­skiej rówie­śnicz­ki, któ­rej ser­ce prze­bił ukra­iń­ski nóż. Po latach wró­ci­ła do rodzin­nej wio­ski. Drę­czy­ła ją prze­szłość. O lata woj­ny zapy­ta­ła mat­kę. Usły­sza­ła, że wszy­scy mor­do­wa­li, bo tak trze­ba było. Zapy­ta­ła ojca. Jego odpo­wie­dzią było kil­ka moc­nych prze­kleństw i pyta­nie: „czy ci źle w woj­nę było, bra­ko­wa­ło ci cze­go?”. A potem to już były same nie­szczę­ścia. I na doda­tek bie­da i nie­mal głód. I pomy­śla­ła sobie, że jak wyspo­wia­da się w imie­niu ojca przed pol­skim księ­dzem, to może Pan Bóg jej i rodzi­com  prze­ba­czy. Od spo­tka­nia w Kamion­ce Stru­mił­ło­wej ze wspo­mnia­ną kobie­tą minę­ło nie­mal 20 lat. To, co wów­czas powie­dzia­ła, a co dla sie­bie nazwa­łem „czer­wo­ną sukien­ką”, jest dla mnie kwin­te­sen­cją wyda­rzeń na Woły­niu w 1943 roku.
Sto­sun­ki mię­dzy pań­stwa­mi powin­ny zawsze opie­rać się na praw­dzie; jej fał­szo­wa­nie, ukry­wa­nie, nigdy nie przy­no­si dobrych owo­ców. Czy w 70 lat po tym ludo­bój­stwie może­my mówić o pojed­na­niu naszych naro­dów?
Nie doko­na­ło się jesz­cze pojed­na­nie Pola­ków i Ukra­iń­ców. Nie ma w tym kie­run­ku dzia­łań ani ze stro­ny przy­wód­ców państw, lide­rów poli­tycz­nych śro­do­wisk i hie­rar­chów­ko­ściel­nych. Jed­ną z wie­lu ini­cja­tyw zmie­rza­ją­cą w tym kie­run­ku była pasto­ral­na akcja o cha­rak­te­rze eks­pia­cyj­nym zaini­cjo­wa­na przed kil­ku laty w Łuc­ku przez tam­tej­sze­go łaciń­skie­go ordy­na­riu­sza ks. bpa Mar­cja­na Tro­fi­mia­ka, a zna­na jako „nie­do­koń­czo­ne Msze wołyń­skie”. Pod­czas nabo­żeństw gro­ma­dzą­cych rze­sze wier­nych róż­nych naro­do­wo­ści, obrząd­ków i reli­gii, modlo­no się w łaciń­skiej kate­drze w Łuc­ku i w innych łaciń­skich świą­ty­niach – któ­re nie­kie­dy były przed laty miej­sca­mi mor­dów na Woły­niu – o dar życia wiecz­ne­go dla pomor­do­wa­nych i prze­ba­cze­nia dla mor­der­ców, o zdję­cie hań­by bra­to­bój­stwa z żyją­cych na jed­nej zie­mi naro­dów, o prze­pro­sze­nie Boga za prze­rwa­ne Msze świę­te, nie­od­pra­wio­ne a przy­ję­te inten­cje mszal­ne, licz­ną pro­fa­na­cję Naj­święt­sze­go Sakra­men­tu, burze­nie świą­tyń, pozo­sta­wie­nie bez pochów­ku ludz­kich zwłok i likwi­do­wa­nie ozna­czo­nych zbio­ro­wych mogił… „Nie­do­koń­czo­ne Msze wołyń­skie” dla wszyst­kich win­ny być lek­cją histo­rii i głę­bo­kiej zadu­my nad tajem­ni­cą nie­pra­wo­ści, któ­ra mia­ła miej­sce na Woły­niu i w Mało­pol­sce Wschod­niej.