Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Cuda i łaski Boże

CZUWA NAD SWOJĄ RODZINĄ

Bł. ks. Jerzy Popie­łusz­ko wypro­sił u Pana Boga szcze­gól­ne łaski dla swo­ich bli­skich: dla  mamy i dla rodzeń­stwa. Marian­na Popie­łusz­ko po beaty­fi­ka­cji swo­je­go syna powie­dzia­ła:  „Czu­ję radość, że mamy orę­dow­ni­ka dla Pol­ski. Może­my wszy­scy się do nie­go modlić”.

Fot. K. Cegiel­ska

Mama ks. Jerze­go – Marian­na Popie­łusz­ko w 1983 r. bar­dzo dotkli­wie cier­pia­ła na  dole­gli­wo­ści kola­na. Dzię­ki pomo­cy swo­je­go syna kapła­na zna­la­zła się w War­sza­wie w szpi­ta­lu, gdzie przy­go­to­wy­wa­no ją do bar­dzo już pil­nej ope­ra­cji. Na kil­ka dni przed  zabie­giem kobie­ta prze­ra­zi­ła się wszyst­kie­go, co może ją cze­kać na sto­le ope­ra­cyj­nym i po  cichu, nie­po­strze­że­nie opu­ści­ła szpi­tal. Po pogrze­bie ks. Jerze­go bóle kola­na  powró­ci­ły ze zdwo­jo­ną siłą. Cier­pie­nie nie dawa­ło spo­koj­nie żyć pani Marian­nie. Pew­na, że jej syn Jerzy znaj­du­je się u Boga w nie­bie i może wypra­szać u Nie­go łaski, zwró­ci­ła się  do nie­go: „Jurecz­ku, pomóż mi jesz­cze raz…” . I pomógł. Dotkli­we cier­pie­nia usta­ły natych­miast. Laska, któ­ra była jej dotych­czas koniecz­na do cho­dze­nia, nie była wię­cej  potrzeb­na. Brat i sio­stra Star­szy o dwa lata od Męczen­ni­ka Józef Popie­łusz­ko już od kil­ku­na­stu lat cho­ru­je na raka języ­ka. Tak mówi o począt­kach swo­jej cho­ro­by: „Nagle  poczu­łem, że boli mnie język. Posze­dłem do den­ty­sty, a temu coś się nie spodo­ba­ło i dał mi skie­ro­wa­nie do szpi­ta­la. Pobra­li mi tam wyci­nek i oka­za­ło się, że to nowo­twór  zło­śli­wy. Od razu chcia­no mnie ope­ro­wać, ale się nie zgo­dzi­łem.  Wte­dy trze­ba by odciąć poło­wę języ­ka. To powo­do­wa­ło­by pro­ble­my z mówie­niem, z jedze­niem. Poje­cha­łem  jesz­cze na kon­sul­ta­cję do War­sza­wy, ale tam zacho­ro­wa­łem na angi­nę, więc pomy­śla­łem,  że tak ma być i wró­ci­łem do domu”.
Choć męż­czy­zna nie został cudow­nie uzdro­wio­ny, wciąż żyje i wie, komu to zawdzię­cza. Mówi: „Żyję tyl­ko dzię­ki pomo­cy ks. Jerze­go, bo teraz z sza­cun­ku tyl­ko tak o nim mówię. Leka­rze mówią, iż to, że żyję, jest cudem, a ja wiem, komu to zawdzię­czam. Nie bio­rę żad­nych leków, che­mii i jakoś idzie do przo­du”. Tak­że star­sza o czte­ry lata sio­stra ks. Jerze­go – Tere­sa Bogu­szew­ska od kil­ku­na­stu lat wal­czy z nowo­two­rem zło­śli­wym. Prze­szła ope­ra­cję i do tej pory nie ma w jej orga­ni­zmie prze­rzu­tów. „Jurek śni mi się  pra­wie co noc. Pocie­sza mnie, doda­je otu­chy. Mówi o modli­twie i cier­pli­wo­ści. To dzię­ki nie­mu mam siłę wal­czyć z cho­ro­bą” – wyzna­je pani Tere­sa. Rodzeń­stwo ks. Jerze­go  pod­kre­śla, że rodzi­na prze­ba­czy­ła zabój­com ks. Jerze­go. „To, co prze­ży­li­śmy, kie­dy go  porwa­li, a potem kie­dy dowie­dzie­li­śmy się, że został zamor­do­wa­ny, trud­no opi­sać. Jakoś jed­nak wypo­wie­dzie­li­śmy sło­wa modli­twy: I odpuść nam nasze winy, jako i my odpusz­cza­my… Wytłu­ma­czy­li­śmy sobie, że taka była wola Boża. I docze­ka­li­śmy cza­su beaty­fi­ka­cji, cza­su wiel­kiej rado­ści. Co wów­czas czu­li­śmy, trud­no opi­sać sło­wa­mi. Mamy bra­ta, któ­ry jest w nie­bie! Jak nie mogli­by­śmy się cie­szyć – mówią zgod­nie pani Tere­sa i pan Józef. Uzdro­wio­na dzię­ki pomo­cy Wuj­ka Mama i rodzeń­stwo to nie jedy­ne oso­by z rodzi­ny, któ­re dozna­ły pomo­cy Męczen­ni­ka. Pomógł on tak­że pani Agniesz­ce – był  prze­cież jej wuj­kiem. Jak wyzna­je mło­da kobie­ta, pomoc przy­szła w momen­cie, kie­dy było jej bar­dzo cięż­ko w życiu– naj­pierw zmarł jej tato, a zaraz potem, kie­dy zda­ła egza­min doj­rza­ło­ści, musia­ła wyje­chać z rodzin­ne­go domu z Sucho­wo­li. Jak­by tego było mało, coś popsu­ło się w „miło­ści”… Te wszyst­ko spra­wi­ło, że dziew­czy­na zaczę­ła wcho­dzić w ano­rek­sję. W cią­gu trzech lat schu­dła ponad dwa­dzie­ścia kilo­gra­mów. „Ja po pro­stu mówi­łam sobie, że zdro­wo się odży­wiam. Jadłam bar­dzo mało, przede wszyst­kim bro­ku­ły i inne nisko­ka­lo­rycz­ne pro­duk­ty. Byłam nie­zwy­kle szczę­śli­wa, kie­dy chu­dłam: naj­pierw kilo­gram, potem dru­gi, czwar­ty… aż w koń­cu prze­sta­łam to kon­tro­lo­wać. Zaczę­łam bar­dzo się bać tego, że przy­ty­ję. Dzia­ły się ze mną strasz­ne rze­czy, a ja nie potra­fi­łam z  tego wyjść. Moi naj­bliż­si bar­dzo cier­pie­li patrząc na mnie. Nie­raz widzia­łam mamę, któ­ra pła­ka­ła nade mną” – opo­wia­da pani Agniesz­ka. W koń­cu potrzeb­na była pomoc lekar­ska.  Psy­cho­log zale­cił, aby mło­da kobie­ta zmie­ni­ła coś w swo­im życiu. Już wcze­śniej z rodzi­ną pani Agniesz­ki zaprzy­jaź­ni­ła się pew­na rodzi­na Gdań­ska i to do niej wła­śnie poje­cha­ła.  „Dużo roz­ma­wia­łam z moją przy­bra­ną cio­cią Anią, a ona tłu­ma­czy­ła mi, że muszę uwie­rzyć w sie­bie, że muszę zawie­rzyć Bogu, że prze­cież moim bli­skim krew­nym jest ksiądz Jerzy Popie­łusz­ko, więc na pew­no mi pomo­że. I zaczę­łam się modlić, zaczę­łam pro­sić wuj­ka o pomoc. I tak się sta­ło, że w cią­gu kil­ku mie­się­cy wyszłam z cho­ro­by, a każ­dy kto spo­tkał się z ano­rek­sją wie, że do wyj­ścia z niej potrzeb­ny jest dłu­gi czas. Ja przez kil­ka mie­się­cy wró­ci­łam do swo­jej wagi. Prze­sta­łam się bać. Jak­by nagle klap­ki spa­dły mi z oczu i zro­zu­mia­łam, jak wiel­ką krzyw­dę robię sobie i moim bli­skim. Wiem, że zawdzię­czam to ks. Jerze­mu i modli­twie wie­lu bli­skich mi osób” – pod­kre­śla Agniesz­ka. Od 2008 r. nie ma śla­du po cho­ro­bie. „Kie­dy zamor­do­wa­no ks. Jerze­go mia­łam zale­d­wie pół­to­ra roku. W naszym domu zawsze dużo się o nim mówi­ło. Sama tak­że chcia­łam go  poznać – prze­cież to mój wujek. Byłam na jego beaty­fi­ka­cji. Dziś mogę powie­dzieć, że  czu­ję opie­kę ks. Jerze­go.