Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Świadectwo życia

W DOMU RODZINNYM OJCA MICHAŁA

W paź­dzier­ni­ku – na dwa mie­sią­ce przed beaty­fi­ka­cją ojca Micha­ła – jego rodzi­na prze­ka­za­ła pamiąt­ki po zakon­ni­ku fran­cisz­ka­nom. Będą one pre­zen­to­wa­ne od dnia beaty­fi­ka­cji na wysta­wie w Kra­ko­wie. Wśród nich są ornat i… rower.

Fot. Archi­wum fran­cisz­ka­nów

Ojciec Michał pocho­dził z Łęka­wi­cy, nie­da­le­ko Żyw­ca. Nie żyją dziś już jego rodzi­ce. Ma on jed­nak jesz­cze bra­ta bliź­nia­ka i dwie sio­stry. W domu rodzin­nym miesz­ka sio­stra Urszu­la. Sio­stra Urszu­la wspo­mi­na, że kie­dy mama po raz trze­ci była w sta­nie bło­go­sła­wio­nym, szyb­ko oka­za­ło się, że nosi tym razem bliź­nia­ki. Chłop­cy uro­dzi­li się w domu, 23 wrze­śnia 1960 roku. Cze­ka­ły na nich dwa beci­ki. – Wte­dy tatuś przy­szedł i mnie oraz sio­strze dał po pie­niąż­ku. Powie­dział, że położ­na przy­nie­sie nam dzi­dziu­sie i my sobie je kupi­my. Rze­czy­wi­ście położ­na wyszła do nas i trzy­ma­ła chłop­ców w ramio­nach. Powie­dzia­ła, że ma dla nas pre­zent. Jeden z chłop­ców bar­dzo pła­kał… Było zaraz widać, że jeden jest dużo drob­niej­szy, mniej­szy. Mary­sia – młod­sza ode mnie o pół­to­ra roku sio­stra – dosta­ła tego, któ­ry nie pła­kał. Był to Marek, ten więk­szy. A Micha­ła, któ­ry tak bar­dzo pła­kał, dosta­łam ja – wspo­mi­na pani Urszu­la. Na wieść o bliź­nia­kach wujek Gie­nek – brat mamy – powie­dział wów­czas do swo­jej sio­stry: „Jeden na poży­tek dla Cie­bie, a dru­gi na chwa­łę Bogu”.
PRZYGODA Z PSZCZOŁAMI
W ogro­dzie rodzi­ny były ule wujek Józek, naj­młod­szy brat mamy, nie­mal od zawsze zaj­mo­wał się psz­czo­ła­mi. I któ­re­goś dnia, gdy chłop­cy mie­li trzy lata, zacie­ka­wie­ni co znaj­du­je się w tych małych dom­kach, posta­no­wi­li to zba­dać. Wzię­li sobie patycz­ki, pode­szli do uli i zaczę­li grze­bać w ich wła­zach. Nie­mal natych­miast wyle­ciał z nich rój psz­czół, któ­ry obsiadł mal­ców i owa­dy pożą­dli­ły bliź­nia­ków. – Chłop­cy byli wte­dy pod moją opie­ką. Mamu­sia poje­cha­ła do Żyw­ca, żeby na tar­gu sprze­dać masło, śmie­ta­nę, jaj­ka, sery, to wszyst­ko co mie­li­śmy, a z cze­go moż­na było zdo­być jakiś grosz. Bez­myśl­nie zosta­wi­łam bra­ci i poszłam na koci­by [owo­ce cze­rem­chy w tam­tej­szej gwa­rze]. Gdy mama wró­ci­ła do Łęka­wi­cy i wysia­dła z auto­bu­su, usły­sza­ła strasz­ny płacz dzie­ci. Nie zasta­na­wia­ła się ani chwi­li, tyl­ko zosta­wi­ła tor­by i pobie­gła do domu. Mar­ka już przy ulu nie było, bo zdą­żył uciec. Michał tym­cza­sem był cały w psz­czo­łach. Mamu­sia omia­ta­ła go z owa­dów. Pamię­tam jak strasz­nie pła­kał. Nie spuchł za bar­dzo, ale wia­do­mo było, że musia­ło go to bar­dzo boleć. Tyle użą­dleń… Były okła­dy – powra­ca do bole­snych wspo­mnieć star­sza sio­stra, doda­jąc jed­nak od razu, że efekt tego trud­ne­go wyda­rze­nia był taki, że chło­piec prze­stał cho­ro­wać. Pani Urszu­la opo­wia­da o tym, że razem ze swo­im młod­szym rodzeń­stwem poma­ga­li rodzi­com – paśli kro­wy, gęsi, cho­dzi­li do lasu zbie­rać borów­ki. – Michał to lubił. Nawet kie­dy był już w Kra­ko­wie i przy­jeż­dżał do domu na waka­cje, to jesz­cze jeź­dzi­li­śmy na borów­ki. Bar­dzo lubił poma­gać w domu, choć­by przy pie­cze­niu ciast, przy goto­wa­niu – opo­wia­da.
ŚMIERĆ OJCA
Kie­dy chłop­cy mie­li nie­speł­na dzie­więć lat, dwa tygo­dnie po Pierw­szej Komu­nii Świę­tej bliź­nia­ków, zmarł ich tata. Zresz­tą już wcze­śniej bar­dzo cho­ro­wał i rodzi­na oba­wia­ła się o jego życie. Ponow­ny atak cho­ro­by nastą­pił na tydzień przed Pierw­szą Komu­nią Świę­tą. Pan Michał tra­fił do szpi­ta­la i nie mógł uczest­ni­czyć w uro­czy­sto­ści. Rodzi­na po Mszy świę­tej poje­cha­ła do szpi­ta­la do cho­re­go. Tydzień póź­niej, kie­dy powró­cił do domu, odby­ło się skrom­ne przy­ję­cie. W kolej­nym tygo­dniu męż­czy­zna zmarł. Po Pierw­szej Komu­nii Świę­tej, bliź­nia­ki, zachę­ce­ni przez mamę, zosta­li mini­stran­ta­mi. Po śmier­ci gło­wy rodzi­ny, jej sytu­acja jesz­cze się pogor­szy­ła. Zosta­li z mar­ną ren­tą po ojcu.
PROBLEMY Z… MATEMATYKĄ
Chłop­cy od same­go począt­ku mie­li pro­ble­my w szko­le. – Kie­dy koń­czy­łam szko­łę, a oni byli w niż­szych kla­sach, czę­sto byłam wzy­wa­na przez nauczy­cie­li. Dopó­ki byłam w domu, to codzien­nie im poma­ga­łam. Kie­dy poszłam do tech­ni­kum, to jak przy­jeż­dża­łam, to tak­że sta­ra­łam się pomóc – opo­wia­da star­sza sio­stra. Więk­sze pro­ble­my z nauką poja­wi­ły się w siód­mej kla­sie. Kie­row­nik szko­ły wezwał wów­czas panią Toma­szek i poin­for­mo­wał, że chłop­cy są zagro­że­ni powta­rza­niem kla­sy siód­mej. Powie­dział: „Zrób­cie coś, prze­cież nie mogę ci ich zosta­wić, bo to ozna­cza duże kosz­ty, a cał­ko­wi­cie cię rozu­miem”. – Sie­dzie­li­śmy przy sto­le – jeden z jed­nej stro­ny, dru­gi z dru­giej, ja w środ­ku – i tłu­ma­czę, tłu­ma­czę, tłu­ma­czę… Jed­ne­mu zada­nie, dru­gie­mu zada­nie, a oni ni w ząb… Bun­to­wa­li się, nie chcie­li się uczyć. Oni w bek, ja w bek: „Będzie­my się uczyć”. Mamu­sia mówi­ła: „Zostaw”, a ja: „Nie zosta­wię, bo oni muszą przejść do kla­sy ósmej. I muszą się tego nauczyć, bo są w sta­nie się nauczyć” – kon­ty­nu­uje opo­wieść pani Urszu­la. Chłop­cy pła­ka­li, bo „im się krzyw­da dzia­ła”, bo się musie­li uczyć. Ale rze­czy­wi­ście na koniec roku wyszli z dobry­mi oce­na­mi z mate­ma­ty­ki. Michał, będąc póź­niej w Legni­cy, poma­gał nawet kole­gom w nauce mate­ma­ty­ki. Za to duży pro­blem miał z języ­kiem pol­skim – z błę­da­mi orto­gra­ficz­ny­mi. Nie­któ­re spraw­dzia­ny były bar­dziej czer­wo­ne od błę­dów zazna­czo­nych przez nauczy­cie­la niż nie­bie­skie – opo­wia­da pani Urszu­la.
NIŻSZE SEMINARIUM DUCHOWNE
Michał naj­pierw myślał o sale­zja­nach w Oświę­ci­miu. – Mój ojciec chrzest­ny powie­dział mu jed­nak o Niż­szym Semi­na­rium Duchow­nym w Legni­cy. Wte­dy poje­cha­li­śmy do Rychwał­du, gdzie znaj­du­je się klasz­tor Ojców Fran­cisz­ka­nów. Tam Michał zdo­był wia­do­mo­ści na temat tej szko­ły. Wró­cił do domu i powie­dział: „Mamu­siu, a jak ja bym poszedł do Legni­cy do niż­sze­go semi­na­rium? Poje­dziesz ze mną?”. I mamu­sia powie­dzia­ła: „Dobrze, poje­dzie­my”. Poje­cha­li i tam zde­cy­do­wa­li, że spró­bu­ją. Michał jako tako zdał egza­min i został – wspo­mi­na star­sza sio­stra. Bra­ki w wie­dzy dawa­ły się moc­no we zna­ki. W pierw­szej kla­sie z tru­dem otrzy­mał pro­mo­cję, po popraw­ce z geo­gra­fii. Dru­gą nie­ste­ty już repe­to­wał. Wów­czas fran­cisz­ka­nie wezwa­li mamu­się i pyta­li, co mają z nim zro­bić. A trze­ba dodać, że za naukę w szko­le rodzi­na musia­ła pła­cić. Mamu­sia wte­dy powie­dzia­ła: „Wam cięż­ko i mnie jest cięż­ko, niech wra­ca do domu”. Nie wró­cił. Wsta­wił się za nim jeden z ojców. Michał otrzy­mał jesz­cze jed­ną szan­sę i z niej sko­rzy­stał. Kole­dzy z tam­te­go cza­su opo­wia­da­ją, że Michał czę­sto modlił się Koron­ką do Boże­go Miło­sier­dzia i Koron­ką do Ran Chry­stu­sa. Był zaan­ga­żo­wa­ny w pra­cę Rycer­stwa Nie­po­ka­la­nej, zwią­za­ny był z gru­pą obroń­ców życia, orga­ni­zo­wał jaseł­ka, a nawet reda­go­wał gazet­kę semi­na­ryj­ną. Michał zdał matu­rę i poszedł do nowi­cja­tu. W poda­niu o przy­ję­cie do zako­nu napi­sał: „Już od daw­na jestem prze­ko­na­ny, że mam powo­ła­nie do kapłań­stwa i Zako­nu, co mia­łem oka­zję grun­tow­nie prze­my­śleć w NSD w Legni­cy. Pra­gnie­niem moim jest pra­ca na misjach, by w ten spo­sób słu­żyć Bogu i Nie­po­ka­la­nej”. Otrzy­mał pozy­tyw­ną odpo­wiedź i poje­chał na nowi­cjat. Czas tam spę­dzo­ny nazwał potem „pra­wie przed­sion­kiem do nie­ba”. Doszedł do świę­ceń kapłań­skich. – Pry­mi­cje zro­bi­li­śmy mu tu w domu – opo­wia­da pani Ula. Ojciec Michał naj­pierw został posła­ny do pra­cy w Pień­sku. Pra­co­wał tam dwa lata. Para­fia­nie doce­nia­li jego zaan­ga­żo­wa­nie i czę­sto mówi­li o nim: „praw­dzi­wy kapłan” lub „dru­gi świę­ty Fran­ci­szek”. On wciąż szu­kał swo­jej dro­gi – powo­ła­nia w powo­ła­niu. Marzył o misjach – to była jed­na pro­po­zy­cja życia. Dru­ga – poświę­cić życie dla rato­wa­nia dzie­ci nie­na­ro­dzo­nych… Wyje­chał – i już stam­tąd nie wró­cił… Pani Urszu­la pod­kre­śla, że choć stra­ci­ła bra­ta, nigdy nawet nie pomy­śla­ła: „Po co tam poje­cha­łeś?”. – Jest ból, jest żal, ale bez pre­ten­sji, bez ura­zy. Nigdy cze­goś takie­go nie prze­ży­łam. To była jego dro­ga, to wybrał. Osią­gnął to, do cze­go każ­dy ochrzczo­ny czło­wiek powi­nien dążyć. On to osią­gnął… On dał radę… – pod­su­mo­wu­je ze łza­mi w oczach.

mp