Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

NASZ WYWIAD

MIŁOŚĆ SPOSOBEM ŻYCIA KAŻDEGO CZŁOWIEKA

Z dr Wan­dą Pół­taw­ską, przy­ja­ciół­ką św. Jana Paw­ła II, dzia­łacz­ką pro-life, człon­kiem kole­gium redak­cyj­ne­go „Źró­dła”, roz­ma­wia­ją Jadwi­ga Wro­nicz i Tere­sa Król
JEST PANI SZCZĘŚLIWĄ ŻONĄ, MATKĄ I BABCIĄ. JAKA JEST PANI RECEPTA NA BYCIE „KOBIETĄ SPEŁNIONĄ”?
Przede wszyst­kim – co to zna­czy „kobie­ta speł­nio­na”? Nic takie­go nie ist­nie­je i nie może ist­nieć; ale kie­dy słu­cham od lat wypo­wie­dzi kobiet w róż­nym wie­ku, to istot­nie nie­zmier­nie czę­sto spo­ty­ka się wypo­wie­dzi róż­nych ludzi na temat tego wła­śnie „speł­nie­nia się” kobie­ty. Wczo­raj roz­ma­wia­łam z inte­li­gent­ną, wykształ­co­ną kobie­tą, któ­ra wła­śnie chce „się speł­nić” i pyta o radę, jak to zro­bić? Z jej wypo­wie­dzi wyni­ka, że nie może się speł­nić, bo prze­szka­dza jej dziec­ko. Róż­ne kobie­ty prze­ży­wa­ją fru­stra­cję, „bo nie mogą się speł­nić”. Z tych wypo­wie­dzi wyni­ka, że kobie­ta czu­je się trak­to­wa­na nie jak kobie­ta i nie czu­je się speł­nio­na, bo jej po pro­stu nikt nie wybrał na part­ner­kę. A takie poję­cie speł­nie­nia według mnie jest wręcz obe­lgą, jest poni­że­niem kobie­ty, bo jest ona przede wszyst­kim czło­wie­kiem. Ja o sobie nigdy nie myśla­łam, że mam speł­niać się jako kobie­ta, ale zawsze wie­dzia­łam, że mam dzia­łać po ludz­ku, a było oczy­wi­ste i zro­zu­mia­łe, że dzia­łam jako kobie­ta. W mojej mło­do­ści nikt nie eks­po­no­wał płci, bo było oczy­wi­ste, że jest on i ona, i płeć nie była ele­men­tem wysu­wa­nym na pierw­szy plan – liczy­ło się co inne­go: jaki jest ten czło­wiek – ten chło­piec i ta dziew­czy­na. Nie jestem „speł­nio­ną kobie­tą”, jestem czło­wie­kiem, któ­ry miał szczę­ście uro­dzić się w naj­lep­szym okre­sie wol­no­ści – mia­łam pięk­ną mło­dość i w ogó­le pięk­ne życie i nigdy nie zasta­na­wia­łam się nad swo­ją płcią – po pro­stu byłam i jestem czło­wie­kiem. Nie cho­dzi w ogó­le o to, żeby się speł­nić, ale żeby coś speł­nić, coś, co czło­wiek pra­gnie i zamie­rza zre­ali­zo­wać. Czło­wiek sam swo­imi czy­na­mi two­rzy swo­je życie – ale czy­na­mi, a nie tyl­ko pra­gnie­niem – świę­ty Jan Paweł II nauczał, że taki się sta­jesz, jakie są two­je czy­ny, i „czy­ny wasze was sądzić będą” – i to pró­bu­ję poka­zać dzi­siej­szym zawład­nię­tym sek­sem kobie­tom. Oczy­wi­ście przy­zna­ję, że wpły­nę­ło na mnie wie­le osób i pamię­tam do dziś wypo­wiedź mego kate­che­ty, księ­dza pro­fe­so­ra Flo­ria­na Kra­su­skie­go, któ­ry nam w dru­giej kla­sie powie­dział: „Dziew­czyn­ki, zapa­mię­taj­cie na całe życie, że kobie­cie to trud­niej być czło­wie­kiem”. Zapa­mię­ta­łam, a życie mi to potwier­dzi­ło.
JEST PANI OSOBĄ ZNANĄ W POLSCENIE TYLKOPOLSCE. NA OSOBOWOŚĆ CZŁOWIEKA MAJĄ WPŁYW RÓŻNE CZYNNIKI. JAKI WPŁYW NA PANIĄ WYWARŁ DOM, W KTÓRYM SIĘ PANI WYCHOWAŁA?
Nie­wąt­pli­wie na for­ma­cję cha­rak­te­ru czło­wie­ka wpły­wa­ją róż­ne czyn­ni­ki, a wła­ści­wie wszyst­ko, co czło­wiek prze­ży­wa, każ­da sytu­acja zosta­wia ślad, więc zawsze ist­nie­je wpływ rodzi­ny – ale nie tyl­ko. Gdy ja myślę o moim dzie­ciń­stwie, to nie zja­wia mi się wspo­mnie­nie domu, ale szko­ły. W domu nic spe­cjal­ne­go się nie dzia­ło, prak­tycz­nie byłam jako jedy­nacz­ka, bo moje dwie sio­stry były ode mnie dużo star­sze – ale wiem na pew­no, że nie było żad­nych scy­sji ani rodzi­ców mię­dzy sobą, ani moich sióstr; spę­dza­łam czas z ojcem, któ­ry mnie nauczył kochać las i kwia­ty, a potem wpa­dłam w szko­łę, w kla­sę wstęp­ną u ss. Urszu­la­nek; i pamię­tam sio­strę Arme­lę Ski­biń­ską, któ­ra była moją pierw­szą wycho­waw­czy­nią i moją przy­ja­ciół­ką do koń­ca jej życia – żyła dłu­go i kocha­ła nas. Wte­dy była mło­dziut­ką zakon­ni­cą, któ­ra śpie­wa­ła, gra­ła na orga­nach, tań­czy­ła z nami i zało­ży­ła „Kru­cja­tę Eucha­ry­stycz­ną”. Jej sło­wa pamię­tam do dziś. W szko­le spę­dza­łam bar­dzo dużo cza­su, bo zaraz przy­szło har­cer­stwo i w szko­le była nasza izba har­cer­ska. Nie mam żad­nej wąt­pli­wo­ści, że wycho­wa­ła mnie szko­ła urszu­la­nek i dru­ży­na har­cer­ska. W szko­le byłam 10 lat – te same kole­żan­ki, przy­ja­ciół­ki na całe życie. Mia­łam tyl­ko dwie wycho­waw­czy­nie w cią­gu tych dzie­się­ciu lat. Naj­pierw p. Zofia Biel­ska, polo­nist­ka, bar­dzo wyma­ga­ją­ca i mądra, wykształ­co­na, a zara­zem bar­dzo kocha­ją­ca pol­ską lite­ra­tu­rę i poezję. Prze­ży­ła woj­nę – i to ona namó­wi­ła mnie do napi­sa­nia pamięt­ni­ka w 1945 roku, któ­ry potem został wyda­ny pod tytu­łem I boję się snów. A dru­ga wycho­waw­czy­ni, już w liceum, mat­ka Boże­na Szer­went­ke, któ­ra zara­zem była dyrek­tor­ką szko­ły. Pro­wa­dzi­ła ona oprócz lek­cji bio­lo­gii lek­cje wycho­wa­nia – i to od niej usły­sza­łam naj­pięk­niej­szy wykład o świę­to­ści cia­ła ludz­kie­go i mał­żeń­stwa. Po woj­nie pra­co­wa­ła „u mnie” – w świe­żo zało­żo­nym przez bisku­pa Karo­la Woj­ty­łę Insty­tu­cie Teo­lo­gii Rodzi­ny. To ona pomo­gła mi w nawią­za­niu kon­tak­tów z ośrod­ka­mi na Zacho­dzie. Poli­glot­ka, tłu­ma­czy­ła mi obco­ję­zycz­ne mate­ria­ły z trzech języ­ków. Przy­ja­ciół­ka całe­go życia.
WSPÓŁCZESNA SZKOŁA RÓŻNI SIĘ OD TEJ PRZEDWOJENNEJ. OBECNIE PLANUJE SIĘ NASTĘPNĄ REFORMĘ. NA COPANI ZDANIEM – NALEŻAŁOBY ZWRÓCIĆ SZCZEGÓLNĄ UWAGĘ?
Jeże­li mogę coś postu­lo­wać na temat szkół i radzić Mini­ster­stwu Edu­ka­cji, to radzi­ła­bym powrót do szkół jed­no­pł­cio­wych, bo jest oczy­wi­ste, że koedu­ka­cja hamu­je roz­wój dziew­cząt, któ­re nor­mal­nie roz­wi­ja­ją się dużo wcze­śniej niż chłop­cy – zwłasz­cza, że obec­nie w sto­sun­ku do moje­go poko­le­nia roz­wój bio­lo­gicz­ny dziew­cząt jest znacz­nie przy­spie­szo­ny.
LATA PANI MŁODOŚCI TO OKRES II WOJNY ŚWIATOWEJ I PRZEJŚCIE PRZEZ NIEMIECKI OBÓZ ZAGŁADY W RAVENSBRÜCK, GDZIE BYŁA PANI PODDAWANA OKRUTNYM EKSPERYMENTOM. JAKPERSPEKTYWY LAT, KTÓRE NAS DZIELĄ OD TAMTEGO CZASU, ODPOWIADA PANI NA PYTANIE, DLACZEGOLUDZIE LUDZIOM ZGOTOWALI TEN LOS”?
To nie jest tak, że dopie­ro „z per­spek­ty­wy lat” oce­niam ludz­kość i usi­łu­ję
zro­zu­mieć dla­cze­go ludzie są tacy, jacy są – to pyta­nie zja­wi­ło się we mnie wraz z woj­ną. Wte­dy pozna­łam złych ludzi, nie­ludz­ką męskość i nie­ludz­ką kobie­cość. Ale mia­łam już wte­dy, wła­śnie dzię­ki tym ludziom, o któ­rych wspo­mi­na­łam, moim nauczy­cie­lom, jasne widze­nie rze­czy­wi­sto­ści, wie­dzia­łam, że ist­nie­je dia­beł i wiecz­na wal­ka dobra ze złem. Po woj­nie zaś pozna­nie antro­po­lo­gii Karo­la Woj­ty­ły pozwo­li­ło mi lepiej zro­zu­mieć mecha­nizm ule­ga­nia dia­błu. Czło­wiek ma wła­dzę nad sobą – i to on sam jest odpo­wie­dzial­ny za swo­je czy­ny. W pew­nym sen­sie nasią­kłam per­so­na­li­zmem i wła­śnie tym się zaj­mu­ję: chcę pomóc mło­dzie­ży w odkry­ciu wła­snej toż­sa­mo­ści bycia stwo­rzo­nym na obraz Boga. Filo­zof Karol Woj­ty­ła chciał ludziom poka­zać, kim są – i kim mogą być.
Z PANI INICJATYWYARCHIDIECEZJI KRAKOWSKIEJ ROZPOCZĘŁO DZIAŁALNOŚĆ DUSZPASTERSTWO RODZIN. JAKIE BYŁY POCZĄTKI? JAN PAWEŁ IISWOIM NAUCZANIU SZCZEGÓLNĄ TROSKĄ OTACZAŁ RODZINY. ZOSTAŁ NAWET NAZWANY PAPIEŻEM RODZINY. CO TRZEBA ZROBIĆ, ŻEBY TO NAUCZANIE KSZTAŁTOWAŁO WSPÓŁCZESNE RODZINY?
Nie ja zor­ga­ni­zo­wa­łam Dusz­pa­ster­stwo Rodzin, ale biskup Karol Woj­ty­ła, któ­ry bar­dzo się prze­jął zale­ce­niem Paw­ła VI z ency­kli­ki Huma­nae vitae, że każ­dy biskup ma posta­wić na pierw­szym miej­scu spra­wy rodzi­ny. On się tym napraw­dę prze­jął i całe życie reali­zo­wał. Jako papież powie­dział wręcz: „Chcę być nazwa­ny papie­żem odpo­wie­dzial­ne­go rodzi­ciel­stwa. Trze­ba ludzi zwy­czaj­nie uczyć” – i on to robił. Napi­sał sze­reg dro­go­wska­zów-doku­men­tów, ale ludzie ich nie czy­ta­ją. Trze­ba sze­rzyć naukę antro­po­lo­gii chrze­ści­jań­skiej, to zada­nie wszyst­kich doro­słych kato­li­ków. To jest pro­blem reali­zmu wia­ry. Cho­dzi o to, żeby nie dekla­ro­wać, a reali­zo­wać, trze­ba tak żyć, jak dyk­tu­je Stwór­ca. Kościół nie potrze­bu­je dys­ku­sji w pra­sie, ale porząd­nych, wier­nych mał­żeństw dają­cych świa­dec­two, że tak moż­na żyć i że to jest szczę­ście.
W SWOICH PUBLIKACJACH, A TAKŻE LICZNYCH KONTAKTACH Z MŁODZIEŻĄ, PRZEKONUJE PANI SWOICH SŁUCHACZY I CZYTELNIKÓW, ŻE „MIŁOŚĆ MŁODYCH (…) MUSI ZDOBYĆ SIĘ NA WYSIŁEK PRZETWORZENIA MECHANIZMÓW CIAŁA, TAK ABY SŁUŻYŁO ONO PRAWDZIWEJ MIŁOŚCI” („EROS ET JUVENTUS” S. 18). JAK DOTRZEĆ Z TYM PRZESŁANIEM DO WSPÓŁCZESNEJ MŁODZIEŻY? 
Nie cho­dzi tyl­ko o „miłość mło­dych”, ale o miłość ogól­no­ludz­ką. O miło­ści mówi się w kon­tek­stach przy­go­to­wa­nia do mał­żeń­stwa, a miłość ma być spo­so­bem życia każ­de­go czło­wie­ka od począt­ku do śmier­ci. Trze­ba zro­zu­mieć, że to ma być praw­dzi­wa „pięk­na miłość”, to ma być com­mu­nio per­so­na­rum, trze­ba stu­dio­wać naukę św. Jana Paw­ła II.
DZIĘKUJEMY ZA ROZMOWĘ.