Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

SŁOWA ŻYCIA

NIEDZIELA:
Pwt 30,10–14; Kol 1,15–20; Łk 10,25–37

PRZYPOWIEŚĆ O MIŁOSIERNYM SAMARYTANINIE

Powstał jakiś uczo­ny w Pra­wie i wysta­wia­jąc Jezu­sa na pró­bę, zapy­tał: Nauczy­cie­lu, co mam czy­nić, aby osią­gnąć życie wiecz­ne? Jezus mu odpo­wie­dział: Co jest napi­sa­ne w Pra­wie? Jak czy­tasz? On rzekł: Będziesz miło­wał Pana Boga swe­go całym swo­im ser­cem, całą swo­ją duszą, całą swo­ją mocą i całym swo­im umy­słem; a swe­go bliź­nie­go jak sie­bie same­go. Jezus rzekł do nie­go: Dobrześ odpo­wie­dział. To czyń, a będziesz żył. Lecz on, chcąc się uspra­wie­dli­wić, zapy­tał Jezu­sa: A kto jest moim bliź­nim? Jezus, nawią­zu­jąc do tego, rzekł: Pewien czło­wiek scho­dził z Jero­zo­li­my do Jery­cha i wpadł w ręce zbój­ców. Ci nie tyl­ko że go obdar­li, lecz jesz­cze rany mu zada­li i zosta­wiw­szy na pół umar­łe­go, ode­szli. Przy­pad­kiem prze­cho­dził tą dro­gą pewien kapłan; zoba­czył go i minął. Tak samo lewi­ta, gdy przy­szedł na to miej­sce i zoba­czył go, minął. Pewien zaś Sama­ry­ta­nin, będąc w podró­ży, prze­cho­dził rów­nież obok nie­go. Gdy go zoba­czył, wzru­szył się głę­bo­ko: pod­szedł do nie­go i opa­trzył mu rany, zale­wa­jąc je oli­wą i winem; potem wsa­dził go na swo­je bydlę, zawiózł do gospo­dy i pie­lę­gno­wał go. Następ­ne­go zaś dnia wyjął dwa dena­ry, dał gospo­da­rzo­wi i rzekł: „Miej o nim sta­ra­nie, a jeśli co wię­cej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wra­cał”. Któ­ryż z tych trzech oka­zał się, według twe­go zda­nia, bliź­nim tego, któ­ry wpadł w ręce zbój­ców? On odpo­wie­dział: Ten, któ­ry mu oka­zał miło­sier­dzie. Jezus mu rzekł: Idź, i ty czyń podob­nie.
ROZWAŻANIE
Czło­wiek zdą­ża­ją­cy z Jero­zo­li­my do Jery­cha musiał scho­dzić coraz niżej. To wyni­ka z geo­gra­ficz­ne­go poło­że­nia tych miast (róż­ni­ca wyso­ko­ści to ponad 800 m). Gdy Bóg wzy­wa czło­wie­ka, zwy­kle zapra­sza w górę, trze­ba się wspi­nać. Czło­wiek z przy­po­wie­ści jest sym­bo­lem tych wszyst­kich, któ­rzy odda­la­ją się od Boga, scho­dzą, rezy­gnu­ją z wej­ścia na górę. Na tej dro­dze zosta­ją pora­nie­ni. Nic dziw­ne­go, odda­la­jąc się od Boga nara­ża­my się na bole­sne skut­ki grze­chu, któ­ry stop­nio­wo nas uśmier­ca. Nie­ste­ty, wie­lu odda­nych grze­cho­wi tego nie czu­je. Pora­nie­ni, osła­bie­ni, nie­zdol­ni iść dalej, chęt­nie robi­my dobrą minę, ukry­wa­jąc swój stan. Lecz jak dłu­go tak moż­na? I oto poja­wia się Sama­ry­ta­nin – to Pan, nasz Zba­wi­ciel, któ­ry opa­tru­je rany zada­ne przez grzech i pro­wa­dzi do gospo­dy – Kościo­ła, któ­ry powi­nien prze­jąć pie­czę nad cier­pią­cym. A gdzie jestem ja? Jestem tym pora­nio­nym przy dro­dze, opa­try­wa­nym przez Pana. Ale też jestem tym, któ­re­mu Pan w gospo­dzie pole­ca opie­kę nad cier­pią­cym.

(rs)