Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Szkolne lata

Wiatr minionych wieków

Uli­ca Świę­to­jań­ska z „farą”, któ­rą zachwy­cał się Sien­kie­wicz (Fot. J. Szar­ko­wa)

W wie­ku dwu­na­stu lat, we wrze­śniu 1858 roku, Hen­ryk roz­po­czął naukę w War­sza­wie. „Cho­dzi­łem wów­czas do kla­sy pierw­szej i sta­łem na stan­cji na Sta­rym Mie­ście, w pierw­szym z brze­gu domu za Świę­to­jań­ską. Przez tę też uli­cę wio­dła naj­prost­sza dro­ga do gim­na­zjum, któ­re mie­ści­ło się tam, gdzie dziś uni­wer­sy­tet. Ale wola­łem cho­dzić przez Piw­ną z powo­du skle­pów z pta­ka­mi. Ist­nia­ło tych skle­pów kil­ka obok sie­bie, po lewym boku uli­cy. Na zewnątrz wisia­ły klat­ki, a w nich czy­że, zię­by, szczy­gły, sło­wi­ki i gile, nie­kie­dy nawet sowy, sój­ki i kra­ski. Byli to dobrzy moi zna­jo­mi, któ­rych widok przy­po­mi­nał mi wieś, a zwłasz­cza waka­cje na Boże Naro­dze­nie, gdy z powo­du mro­zów to ptac­two, któ­re nie odla­tu­je na zimę, zbli­ża się do zabu­do­wań. Wysta­wa­łem nie­raz przed tymi klat­ka­mi tak dłu­go, że spóź­nia­łem się na lek­cje, co jak wia­do­mo, pocią­ga za sobą roz­ma­ite nie­mi­łe następ­stwa” – wspo­mi­nał po latach Sien­kie­wicz. „Lecz i Świę­to­jań­ska mia­ła swo­je ponę­ty, z któ­rych naj­więk­szą była Fara. Mię­dzy ucznia­mi pano­wa­ło wów­czas prze­ko­na­nie, któ­re podzie­la­li z nami zapew­ne wszy­scy miesz­kań­cy Sta­re­go Mia­sta i ulic przy­le­głych, że jest to jeden z naj­wspa­nial­szych kościo­łów na świe­cie. Ci, któ­rzy sły­sze­li coś o kościo­łach rzym­skich, przy­zna­wa­li, że tam, gdzie miesz­ka papież, może jest jaki rów­nie oka­za­ły; ale poza tym, gdy­by kto chciał zaprze­czyć pierw­szeń­stwa naszej Farze, miał­by był z nami do czy­nie­nia. Nie zaglą­da­łem jed­nak do Fary przez poboż­ność, mie­li­śmy bowiem nasze wła­sne gim­na­zjal­ne nabo­żeń­stwa, tyl­ko przez cie­ka­wość. Gotyc­kie żebro­wa­nia kościel­nej nawy, ołta­rze, pomni­ki, por­tre­ty, a zwłasz­cza posą­gi ryce­rzy w zbro­jach – oto, co pocią­ga­ło mnie nad­zwy­czaj­nie. Nie prze­czu­wa­łem wów­czas, patrząc na śpią­cych obok sie­bie ostat­nich ksią­żąt mazo­wiec­kich, że będę opi­sy­wał ich przod­ków w Krzy­ża­kach. A wsze­la­ko sam nie wiem, czy od tych roz­ma­itych pamią­tek, od tych por­tre­tów, od tych pomni­ków, od tych mar­mu­ro­wych twa­rzy nie wiał na mnie wów­czas wiatr minio­nych wie­ków, sła­wy, siły, wol­no­ści – i nie nano­sił tych ziarn, któ­re dłu­go leża­ły mi w duszy, zanim wyro­sły z nich moje powie­ści histo­rycz­ne” – tłu­ma­czył autor „Try­lo­gii”. W 1861 roku zamiesz­kał razem z rodzi­ca­mi na Pra­dze, w kamie­ni­cy naby­tej za sprze­da­ny przez ojca mają­tek. Dwa lata póź­niej, gdy wybu­chło Powsta­nie Stycz­nio­we, Sien­kie­wicz zamie­rzał zacią­gnąć się do jed­ne­go z oddzia­łów, ale nie przy­ję­to go ze wzglę­du na mło­dy wiek. Wkrót­ce ukoń­czył czte­ry kla­sy gim­na­zjum real­ne­go, następ­ne dwie zali­czył już po prze­nie­sie­niu się do kolej­ne­go, któ­re opu­ścił, aby koń­czyć siód­mą kla­sę już w następ­nym, co było spo­wo­do­wa­ne jego nie naj­lep­szy­mi postę­pa­mi w nauce. Dopie­ro po rocz­nej prze­rwie – poby­cie w Poświęt­nem, gdzie zara­biał na życie jako guwer­ner w rodzi­nie Wey­he­rów – wsta­jąc codzien­nie o czwar­tej rano, aby uczyć się „ogrom­nie”, zdał w 1866 roku egza­min doj­rza­ło­ści. Na świa­dec­twie otrzy­mał nie­mal same oce­ny dosta­tecz­ne, wyjąt­kiem były bar­dzo dobre noty z języ­ka pol­skie­go, histo­rii Rosji i Pol­ski oraz geo­gra­fii. Już wte­dy zyskał wśród kole­gów sła­wę jako autor pomy­sło­wych wypra­co­wań z języ­ka pol­skie­go. Wśród nich zapa­mię­ta­no „Mowę Żół­kiew­skie­go do rycer­stwa pol­skie­go pod Ceco­rą”; w innym opi­sy­wał „magna­ta, któ­ry wię­zi szlach­cian­kę wraz z jej ojcem, ponie­waż odrzu­ci­ła ona jego miłość. Gnę­bi­ciel i jego ofia­ry dosta­ją się w moc Tata­rów, od któ­rych ratu­je ich narze­czo­ny pan­ny, mło­dy rycerz”. W tym cza­sie napi­sał pierw­szą powieść „Ofia­ra”, któ­rej ręko­pis znisz­czył, ale już wte­dy marzył o kolej­nych. Myślał o szki­cu histo­rycz­nym „Spyt­ko z Melsz­ty­na” – ten nie powstał, ale po latach wró­cił do tych cza­sów w „Krzy­ża­kach”.