Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

W Szkole Głównej

Nie zapowiadał wysokiego talentu

Rodzi­ce marzy­li, aby Hen­ryk został leka­rzem, gdyż to „zawód nie­za­wi­sły od innych”, dają­cy pew­ną przy­szłość. Syn jed­nak myślał o pisa­niu, a jed­no­cze­śnie był zmu­szo­ny pra­co­wać, aby zaro­bić na życie. W paź­dzier­ni­ku 1866 r. roz­po­czął stu­dia na wydzia­le praw­nym Szko­ły Głów­nej, szyb­ko jed­nak prze­niósł się na lekar­ski, ale nie na dłu­go – już w lutym 1867 roku roz­po­czął stu­dia filo­lo­gicz­ne.

Bra­ma Uni­wer­sy­te­tu War­szaw­skie­go (Fot. J. Szar­ko­wa)

Mat­ka nie była szczę­śli­wa. „Zmar­twi­łam się bar­dzo, że porzu­cił zawód lekar­ski, i tę zmia­nę przy­pi­su­ję wię­cej nie­sta­ło­ści i lek­ko­ści cha­rak­te­ru, ani­że­li wro­dzo­nym zdol­no­ściom i popę­dom, któ­re pan tak pięk­nie tłu­ma­czy. Te pod­ry­wy fan­ta­zji i buj­ność wyobraź­ni, któ­rym, jak pan twier­dzi, nie mógł­by się odda­wać stu­diu­jąc medy­cy­nę, nie dadzą mu nie­ste­ty pew­ne­go, nie­za­wi­słe­go chle­ba, na któ­ry pra­co­wać prze­zna­czo­ny! Zpo­stę­pem lat i doświad­cze­niem przej­dą same z sie­bie, wyni­kiem ich będzie kil­ka­na­ście arku­szy zaba­zgra­nych uczo­ny­mi roz­pra­wa­mi, któ­rych nikt czy­tać nie zechce, a sta­no­wi­sko jego w świe­cie pozo­sta­nie zawsze na stop­niu tak niskim, że mu ani sła­wy, ani szczę­ścia dobre­go bytu nie zapew­ni” – tłu­ma­czy­ła Ste­fa­nia Sien­kie­wi­czo­wa. Czas stu­diów był dla Hen­ry­ka, podob­nie jak dla wie­lu ówcze­snych stu­den­tów, okre­sem wyrze­czeń i ubó­stwa – czę­sto nie doja­dał, dora­biał kore­pe­ty­cja­mi. Uczył dzie­ci ksią­żąt Woro­niec­kich, wte­dy jego byt nie­co się polep­szył. Wraz z nimi wyje­chał na krót­ko do Szczaw­ni­cy, gdzie poznał poetów Ada­ma Asny­ka i Wła­dy­sła­wa Bogu­sław­skie­go. Słu­chał wykła­dów ówcze­snych wybit­nych uczo­nych: języ­ko­znaw­cy Józe­fa Przy­bo­row­skie­go, histo­ry­ka lite­ra­tu­ry pol­skiej Alek­san­dra Tyszyń­skie­go, histo­ry­ka Kazi­mie­rza Ple­bań­skie­go oraz bada­cza lite­ra­tu­ry powszech­nej Hen­ry­ka Lewe­sta­ma. Stał z boku ówcze­sne­go śro­do­wi­ska mło­dzie­ży nada­ją­cej ton inte­lek­tu­al­ne­mu życiu War­sza­wy, któ­re toczy­ło się wokół pozy­ty­wi­stów, ale poznał ich wszyst­kich: Alek­san­dra Świę­to­chow­skie­go, Bole­sła­wa Pru­sa, Pio­tra Chmie­low­skie­go, Julia­na Ocho­ro­wi­cza, Józe­fa Kotar­biń­skie­go. Świę­to­chow­ski zapa­mię­tał go jako „stu­den­ta, któ­ry niczym nie zapo­wia­dał wyso­kie­go talen­tu” i jako tego, z któ­rym idąc uli­ca­mi War­sza­wy „zdu­mia­łem się nad jego bie­gło­ścią w roz­po­zna­wa­niu her­bów na ary­sto­kra­tycz­nych gma­chach i kare­tach oraz nad znacz­nym zaso­bem wie­dzy z histo­rii rodzin szla­chec­kich. Była to wszak­że jedy­na nie­zwy­kła w nim cecha. Wątły, cho­ro­wi­ty, w audy­to­rium rzad­ko widzial­ny, w życiu stu­denc­kim nie przyj­mu­ją­cy żad­ne­go udzia­łu, przed egza­mi­na­mi moc­no zakło­po­ta­ny i na ubo­czu trzy­ma­ją­cy się, zwra­cał na sie­bie tak sła­bą uwa­gę kole­gów, że gdy po skoń­cze­niu uni­wer­sy­te­tu Kotar­biń­ski upew­niał nas kil­ku, iż Sien­kie­wicz napi­sał pięk­ną powieść Na mar­ne, roz­śmie­li­śmy się ser­decz­nie i zapi­sa­li tę wia­do­mość na rachu­nek złu­dzeń powia­to­wej sym­pa­tii jed­ne­go pod­la­sia­ka dla dru­gie­go”. Pod­czas stu­diów Sien­kie­wi­cza, w ramach popo­wsta­nio­wych repre­sji i wzmo­że­nia rusy­fi­ka­cji, w 1869 roku Szko­łę Głów­ną w War­sza­wie prze­kształ­co­now uni­wer­sy­tet cesar­ski. W 1871 roku, po czte­rech latach stu­diów, Hen­ryk opu­ścił uczel­nię bez jej ukoń­cze­nia, gdyż nie zło­żył koń­co­wych egza­mi­nów.