Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Cud do beatyfikacji

UZDROWIONA Z GRUŹLICY

W cza­sie świąt Boże­go Naro­dze­nia 1931 roku Józe­fa Parzych zacho­ro­wa­ła na płu­ca. Lekarz stwier­dził u niej bar­dzo zaawan­so­wa­ną – jego zda­niem już nie­ule­czal­ną – gruź­li­cę. Cho­ro­bie towa­rzy­szy­ła gorącz­ka, docho­dzą­ca do 40 stop­ni C. Oba­wia­no się, że cho­ra umrze. Spro­wa­dzo­no szyb­ko księ­dza, któ­ry udzie­lił jej Sakra­men­tu Namasz­cze­nia Cho­rych.
Beaty­fi­ka­cja Bra­ta Alber­ta, Kra­ków, 22 czerw­ca 1983
W 1921 roku 17-let­nia Józe­fa Parzych zetknę­ła się z sio­stra­mi alber­tyn­ka­mi. Zafa­scy­no­wa­na alber­tyń­ski­mi ide­ała­mi, pięć lat póź­niej w Kra­ko­wie sta­ra­ła się o przy­ję­cie do zgro­ma­dze­nia. Nie przy­ję­to jej ze wzglę­du na sła­be zdro­wie. Mimo to Józe­fa posta­no­wi­ła zostać u sióstr. Jako oso­ba świec­ka, w 1930 roku pod­ję­ła pra­cę w domu zakon­nym w Życzy­nie koło War­sza­wy.
Cho­ro­ba
W cza­sie świąt Boże­go Naro­dze­nia 1931 roku zacho­ro­wa­ła na płu­ca. Lekarz stwier­dził u niej bar­dzo zaawan­so­wa­ną – jego zda­niem już nie­ule­czal­ną – gruź­li­cę. Cho­ro­bie towa­rzy­szy­ła gorącz­ka, docho­dzą­ca do 40 stop­ni C. Oba­wia­no się, że cho­ra umrze. Spro­wa­dzo­no szyb­ko księ­dza, któ­ry udzie­lił jej Sakra­men­tu Namasz­cze­nia Cho­rych. Po kil­ku mie­sią­cach wyso­ka gorącz­ka nie­co opa­dła. Cho­ra mia­ła jed­nak wciąż pod­wyż­szo­ną tem­pe­ra­tu­rę. Z powo­du osła­bie­nia nie mogła pra­co­wać. W tej – wyda­wa­ło­by się bez­na­dziej­nej – sytu­acji zwró­ci­ła się z modli­tew­ną proś­bą o łaskę zdro­wia do Bra­ta Alber­ta. Latem 1933 roku pani Józe­fa poczu­ła „bóle kiszek”. Oka­za­ło się, że to zapa­le­nie wyrost­ka robacz­ko­we­go, więc koniecz­na była ope­ra­cja. Wyro­stek wycię­to, dostrze­żo­no jed­nak rów­nież wrzód na jeli­tach. W szpi­ta­lu pozo­sta­wa­ła przez sześć tygo­dni, ale poope­ra­cyj­na rana na brzu­chu wciąż nie chcia­ła się zabliź­nić. Powsta­ła prze­to­ka. Z nie­wy­le­czo­ną raną 29-let­nia kobie­ta powró­ci­ła do domu zakon­ne­go w Życzy­nie.
Gruź­li­ca
Nie­go­ją­ca się poope­ra­cyj­na rana na brzu­chu była bar­dzo uciąż­li­wa. Otwór w brzu­chu, liczą­cy oko­ło 8–9 cm śred­ni­cy, nie tyl­ko nie goił się, ale coraz sze­rzej się otwie­rał. Wypły­wa­ła z niej ropa o obrzy­dli­wym zapa­chu. Jedy­nym spo­so­bem pie­lę­gna­cji była wymia­na ban­da­ży i prze­my­wa­nie środ­ka­mi dezyn­fek­cyj­ny­mi. „Byłam zmu­szo­na zmie­niać opa­trun­ki w zimie dwa razy dzien­nie, w lecie nato­miast trzy lub wię­cej razy dzien­nie. Cho­ciaż zmie­nia­łam je tak czę­sto, nie czu­łam żad­nej ulgi. Kie­dy zdej­mo­wa­łam opa­trun­ki, były one prze­siąk­nię­te ropą. Gdy ich nie zmie­nia­łam dłu­żej, ropa spły­wa­ła wzdłuż nogi, w ranie czu­łam draż­li­we pie­cze­nie, co zmu­sza­ło mnie do ponow­nej zmia­ny. Naj­bar­dziej przy­krym dla mnie było to, że wszy­scy mnie uni­ka­li ze wzglę­du na przy­kry odór wydo­by­wa­ją­cy się z rany. Przez pewien okres cza­su nawet byłam zmu­szo­na cho­dzić do jadal­ni na posił­ki tyl­ko wte­dy, gdy już wszy­scy wyszli, żeby nie obrzy­dzać posił­ków innym. Począt­ko­wo spa­łam na wspól­nej sypial­ni z inny­mi pra­cow­ni­ca­mi, póź­niej jed­nak z powo­du tego przy­kre­go zapa­chu oddzie­lo­no mnie do małe­go, osob­ne­go poko­ju” – opi­sy­wa­ła Józe­fa Parzych. Leka­rze mówi­li, że nie ma moż­li­wo­ści wyle­cze­nia powsta­łej prze­to­ki i że ma ona pod­ło­że gruź­li­cze. Nadziei na wyzdro­wie­nie nie dawał jej tak­że były asy­stent na Uni­wer­sy­te­cie Lwow­skim dr med. Albin Kapu­ściń­ski z Nałę­czo­wa i prze­pi­sał kobie­cie anty­bio­ty­ki, któ­rych jed­nak nie uda­ło się zdo­być. Medyk zapro­po­no­wał cho­rej ope­ra­cję, któ­ra mia­ła pole­gać na prze­szcze­pie. Nie dał jed­nak gwa­ran­cji, że nastą­pi popra­wa. Józe­fa nie zde­cy­do­wa­ła się na zabieg, choć bar­dzo cier­pia­ła. Jedy­ne lekar­stwa, jakie dosta­wa­ła, to środ­ki prze­ciw­bó­lo­we. Taka sytu­acja trwa­ła pięt­na­ście lat.
Po pomoc do Bra­ta Alber­ta
Wio­sną 1948 roku Józe­fa Parzych poczu­ła się jesz­cze gorzej. Z wyso­ką gorącz­ką poje­cha­ła do szpi­ta­la w Gar­wo­li­nie. To było ogól­ne zaka­że­nie orga­ni­zmu. Bada­ją­cy ją lekarz, dr Kra­suc­ki, stwier­dził, że pozo­sta­ły jej tyl­ko czte­ry czy pięć dni życia. Zapro­po­no­wał natych­mia­sto­wą ope­ra­cję. Kobie­ta nie zgo­dzi­ła się. Pie­lę­gniar­ka, s. Sta­ni­sła­wa Sko­rup­ska z bez­ha­bi­to­we­go Zgro­ma­dze­nia Sióstr Słu­żek Naj­święt­szej Marii Pan­ny Nie­po­ka­la­nej, pora­dzi­ła wów­czas pacjent­ce, by modli­ła się o zdro­wie za przy­czy­ną świę­te­go, do któ­re­go ma naj­więk­sze nabo­żeń­stwo. „Powie­dzia­łam jej, że mam nabo­żeń­stwo do Bra­ta Alber­ta i wró­ciw­szy do domu zaczę­łam nowen­nę za jego pośred­nic­twem mówiąc, że jeże­li mnie uzdro­wi, zobo­wią­zu­ję się zostać u sióstr alber­ty­nek przez całe życie, a jeśli to moż­li­we, zostać alber­tyn­ką” – wyzna­ła Józe­fa Parzych i doda­ła, że odpra­wia­ła nowen­nę, czy­ta­jąc modli­twę z obraz­ka, na któ­rym była foto­gra­fia i cząst­ka z trum­ny Czci­god­ne­go Słu­gi Boże­go Bra­ta Alber­ta.
Zago­jo­na rana
Po czte­rech czy pię­ciu dniach kobie­ta odkry­ła, że rana była sucha, a nawet cał­ko­wi­cie zago­jo­na – widać było tyl­ko malut­ki ciem­ny punk­cik, jak głó­wecz­ka szpil­ki. Tak opi­sa­ła ten fakt: „Po 4 czy 5 dniach po powro­cie ze szpi­ta­la, w mie­sią­cu maju, nie pamię­tam dokład­nie dnia, s. Poli­kar­pa – prze­ło­żo­na domu wysła­ła mnie, bym towa­rzy­szy­ła jed­nej z sióstr do Kut­na. Przed wyj­ściem oko­ło 5 rano zmie­ni­łam, jak zwy­kle, opa­tru­nek. Prze­to­ka jak zawsze wydzie­la­ła ropę i cuch­ną­cy odór, pamię­tam bar­dzo dobrze, że rana była otwar­ta. Wzię­łam ze sobą opa­tru­nek, któ­ry mia­łam zmie­nić po przy­jeź­dzie do Kut­na. Poje­cha­ły­śmy pocią­giem, mia­ły­śmy miej­sca sie­dzą­ce, przez 5 godzin jaz­dy nie odczu­wa­łam dole­gli­wo­ści ze stro­ny rany. Bar­dzo mnie to dzi­wi­ło; przy­je­chaw­szy do Kut­na, poszłam do osob­ne­go poko­ju, zdję­łam ban­da­że i z wiel­kim zdzi­wie­niem i rado­ścią spo­strze­głam, że rana była sucha, a nawet cał­ko­wi­cie zago­jo­na, widać było tyl­ko malut­ki ciem­ny punk­cik jak głó­wecz­ka szpil­ki, któ­re­go na następ­ny dzień już nie zauwa­ży­łam. Ten punkt był pokry­ty lek­ką bło­ną. Byłam szczę­śli­wa, nie wie­rzy­łam w to, co zoba­czy­łam, pierw­szą moją myśl z wdzięcz­no­ścią zwró­ci­łam ku Bra­tu Alber­to­wi”.
W opi­nii medy­ków
Uzdro­wio­na pani Józe­fa uda­ła się do leka­rzy do Gar­wo­li­na. Kie­dy poka­za­ła zago­jo­ną ranę leka­rzo­wi i pie­lę­gniar­ce, powie­dzie­li, żeby dzię­ko­wa­ła Bra­tu Alber­to­wi za wiel­ką łaskę, bo ina­czej nie była­by nigdy ule­czo­na… „W szpi­ta­lu w Gar­wo­li­nie naj­pierw spo­tka­łam pie­lę­gniar­kę, sio­strę Sko­rup­ską, któ­ra zoba­czyw­szy bli­znę po cał­ko­wi­cie wygo­jo­nej ranie, oka­za­ła swo­je wiel­kie zdzi­wie­nie i zawo­ła­ła leka­rza. Lekarz, widząc ranę zabliź­nio­ną zupeł­nie i suchą, zdzi­wił się bar­dzo. Ponie­waż (…) wie­dzie­li, że modli­łam się za przy­czy­ną Bra­ta Alber­ta, powie­dzie­li mi, żebym mu podzię­ko­wa­ła za tę wiel­ką łaskę, bo ina­czej nie była­bym nigdy ule­czo­na…” – opi­sa­ła to spo­tka­nie. Po gruź­li­cy i ranie na brzu­chu nie zosta­ło nawet śla­du, uzdro­wie­nie było natych­mia­sto­we i oka­za­ło się trwa­łe, a zdro­wa Józe­fa cał­ko­wi­cie poświę­ci­ła się pra­cy. W 1976 roku zosta­ła przy­ję­ta do nowi­cja­tu. Czte­ry lata póź­niej zło­ży­ła upra­gnio­ną pro­fe­sję wie­czy­stą. „Jest to naj­więk­sza łaska, jakiej udzie­lił mi Brat Albert” – stwier­dzi­ła. Cud uzdro­wie­nia Józe­fy Parzych został przed­sta­wio­ny w pro­ce­sie beaty­fi­ka­cyj­nym. Medy­cy i teo­lo­go­wie byli zgod­ni, że do uzdro­wie­nia kobie­ty przy­czy­nił się Brat Albert.