Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Współpraca z ks. kard. Karolem Wojtyłą

W służbie cierpiącym

Była prze­wod­nicz­ką Metro­po­li­ty Kra­kow­skie­go po świe­cie ludz­kie­go cier­pie­nia. Pro­wa­dzi­ła ks. kard. Karo­la Woj­ty­łę do obłoż­nie cho­rych, uczy­ła zapo­zna­wa­nia się z ich potrze­ba­mi, wska­zy­wa­ła jak moż­na i nale­ży im pomóc, a wresz­cie pod­ję­ła pre­kur­sor­skie dzie­ło pie­lę­gniar­stwa para­fial­ne­go, dopro­wa­dza­jąc je do wspa­nia­łe­go roz­kwi­tu w Koście­le kra­kow­skim w cza­sie jego paste­rzo­wa­nia. Jej posłu­ga, bez­gra­nicz­ne odda­nie ter­mi­nal­nie cho­rym i umie­ra­ją­cym, spo­tka­ła się z peł­nym zaufa­niem i akcep­ta­cją przy­szłe­go Papie­ża,
przy­no­sząc zba­wien­ne owo­ce.
W krę­gu wznio­słej współ­pra­cy

W tro­sce o ludzi pozba­wio­nych opie­ki, ter­mi­nal­nie cho­rych, dzia­łal­ność Han­ny Chrza­now­skiej była wręcz nie­za­stą­pio­nym skar­bem. Sta­no­wi­ła nie­ja­ko „prze­dłu­że­nie rąk” przy­szłe­go Arcy­bi­sku­pa kra­kow­skie­go. Z ks. Karo­lem Woj­ty­łą, któ­ry czę­sto spo­wia­dał w Bazy­li­ce Mariac­kiej, spo­tka­ła się w 1957 r. Razem uda­li się do ks. infu­ła­ta Fer­dy­nan­da Machaya, pro­bosz­cza Mariac­kie­go, aby usta­lić zasa­dy sys­te­ma­tycz­nej współ­pra­cy. Przy­szłe­go Kar­dy­na­ła, jak i wie­lu miesz­kań­ców Kra­ko­wa, zachwy­ci­ła jej bez­in­te­re­sow­ność, bez­kom­pro­mi­so­we odda­nie w służ­bie bliź­nie­mu, a tak­że bez­gra­nicz­ne poświę­ce­nie dla cho­rych, któ­re wyni­ka­ło nie tyl­ko z jej pie­lę­gniar­skiej pro­fe­sji, ale rów­nież z głę­bo­kie­go życia ducho­we­go. Po latach współ­pra­cy, dzię­ku­jąc za jej pięk­ną, ewan­ge­licz­ną służ­bę, bogac­two życia wewnętrz­ne­go, nazwał ją czło­wie­kiem „Chry­stu­so­wych bło­go­sła­wieństw z Kaza­nia na Górze – zwłasz­cza tego, któ­re mówi BŁOGOSŁAWIENI MIŁOSIERNI…”, bowiem gdy „byłem cho­ry, zapo­mnia­ny przez ludzi, zaopie­ko­wa­li­ście się Mną w kli­ni­kach, domach, na pod­da­szach, w sute­re­nach”. W imie­niu Kościo­ła kra­kow­skie­go wyznał, że była dla nie­go „ogrom­ną pomo­cą i opar­ciem”. Han­na Chrza­now­ska (Pani Anna, jak zwra­cał się

do niej ks. kard. K. Woj­ty­ła) od mło­do­ści wzra­sta­ła w atmos­fe­rze pomo­cy dru­gim. Z dzie­ciń­stwa zapa­mię­ta­ła „zisz­czo­ny sen dziec­ka o ludz­kiej dobro­ci”. Jej dziad­ko­wie, nale­żąc do naj­za­moż­niej­szych ludzi w sto­li­cy, chęt­nie wspie­ra­li róż­ne dzie­ła dobro­czyn­ne. Sio­stra jej mat­ki, Zofia Szlen­kie­rów­na, cały swój spa­dek ofia­ro­wa­ła na fun­da­cję szpi­ta­la dzie­cię­ce­go w War­sza­wie. Potem zosta­ła dyrek­tor­ką Szko­ły Pie­lę­gniar­stwa, do któ­rej uczęsz­cza­ła Han­na. Lubi­ły się bar­dzo. Dla Han­ny cio­cia była wiel­kim auto­ry­te­tem, a i ona sama pro­mie­nio­wa­ła ogrom­ną kul­tu­rą oso­bi­stą i mia­ła tzw. kla­sę, wynie­sio­ną z pro­fe­sor­skie­go domu. Całe życie podej­mo­wa­ła licz­ne, odpo­wie­dzial­ne zada­nia: uczy­ła, egza­mi­no­wa­ła, słu­ży­ła bez­in­te­re­sow­ną pomo­cą w potrze­bie, dzie­li­ła się swo­im doświad­cze­niem zawo­do­wym (np. przez 10 lat reda­go­wa­ła mie­sięcz­nik „Pie­lę­gniar­ka Pol­ska”), a nawet kil­ka­krot­nie ujaw­ni­ła swój talent poetyc­ko-lite­rac­ki. Ks. Karol Woj­ty­ła usły­szaw­szy po raz pierw­szy nazwi­sko Chrza­now­ska, od razu sko­ja­rzył je z oso­bą pro­fe­so­ra polo­ni­sty­ki na Uni­wer­sy­te­cie Jagiel­loń­skim (przed woj­ną on sam roz­po­czął stu­dia polo­ni­stycz­ne na UJ). Prof. Igna­cy Chrza­now­ski był wiel­ki w jego oczach rów­nież z uwa­gi na ponie­sio­ną ofia­rę z życia w obo­zie Sach­sen­hau­sen. Z cór­ką pro­fe­so­ra bar­dzo dobrze się rozu­mie­li: obo­je kocha­li lite­ra­tu­rę pięk­ną, byli obda­rze­ni talen­tem lite­rac­kim, umi­ło­wa­li przy­ro­dę – zwłasz­cza tatrzań­ską – i sil­ne, emo­cjo­nal­ne wię­zy łączy­ły ich z ojca­mi, któ­rych utra­ci­li w cza­sie oku­pa­cji nie­miec­kiej. W jakimś sen­sie „połą­czy­ła” ich póź­niej rów­nież ostat­nia chwi­la życia: Han­na zakoń­czy­ła swo­ją ziem­ską wędrów­kę w Nie­dzie­lę Prze­wod­nią, pierw­szą po Wiel­ka­no­cy. Św. Jan Paweł II usta­no­wił ten dzień Nie­dzie­lą Miło­sier­dzia Boże­go – i odszedł do Domu Ojca w wigi­lię tego Świę­ta. Miło­sier­na pie­lę­gniar­ka Ks. Karol Woj­ty­ła już w pierw­szej kra­kow­skiej para­fii pw. św. Flo­ria­na zor­ga­ni­zo­wał Dzień Cho­re­go, uczest­ni­czył rów­nież w dusz­pa­ster­stwie służ­by zdro­wia. Jego kon­takt z pie­lę­gniar­ka­mi się­gał cza­su, gdy jako chło­piec wraz z ojcem odwie­dzał swo­je­go bra­ta leka­rza Mund­ka w szpi­ta­lu w Biel­sku. Jego nagła śmierć, wsku­tek zara­że­nia się od pacjent­ki szkar­la­ty­ną, być może pomo­gła mu rozu­mieć ludzi cho­rych i tych, któ­rzy – nie­raz z nara­że­niem wła­sne­go życia – nimi się opie­ko­wa­li.
Han­na Chrza­now­ska była oso­bą świec­ką, choć nale­ża­ła do obla­tek bene­dyk­tyń­skich.

Zanim pozna­ła ks. Karo­la Woj­ty­łę, w duchu wezwa­nia Ora et labo­ra, poprzez odda­nie, ofia­ro­wa­nie i posta­wie­nie Chry­stu­sa w cen­trum, słu­cha­ła Sło­wa Boże­go i żyła Nim na co dzień. Pod­kra­kow­ski Tyniec, z malow­ni­czo na skar­pie wiśla­nej poło­żo­nym opac­twem, poko­cha­ła jako swój „ducho­wy dom”, w któ­rym bene­dyk­ty­ni, tej kla­sy co: o. Piotr Rostwo­row­ski, o. Leon Kna­bit czy przy­szły opat o. Pla­cyd Galiń­ski (z któ­rym dzie­li­ła upodo­ba­nia arty­stycz­ne), sta­no­wi­li jej „ducho­wą rodzi­nę”. Cza­sem pro­po­no­wa­ła w niej roz­mo­wę O magna­lia Dei – wiel­kich spra­wach Bożych, któ­re potra­fi­ła zamie­niać na prak­ty­kę życia codzien­ne­go. Swo­je życio­we powo­ła­nie pie­lę­gniar­ki sta­ra­ła się łączyć z ich ducho­wo­ścią. Bywa­ła w Tyń­cu zwłasz­cza na litur­gii Tri­du­um Pas­chal­ne­go, czer­piąc zba­wien­ne soki z ide­ałów życia mona­stycz­ne­go, takich jak: modli­twa, poko­ra, posłu­szeń­stwo, pokój, miło­sier­dzie i uwiel­bie­nie Boga, a tak­że sza­cu­nek dla każ­de­go czło­wie­ka. Po latach, wspo­mi­na­jąc w pamięt­ni­ku oso­bi­ste prze­kro­cze­nie ducho­we­go pro­gu, gdy „wchła­nia­jąc w sie­bie jak naj­wię­cej świa­tła i pięk­na”, oko­ło roku 1956 i 1957 uwa­ża­ne­go przez nią za życio­wy „okres prze­ło­mu”, mogła napi­sać, że jej „cier­pie­nie, oczysz­czo­ne wraz z grze­cha­mi, przy­bi­te [zosta­ło] do Krzy­ża”. Przy­czy­nę tego „cier­pie­nia”, po latach wyja­wi­ła listow­nie ks. abp. Karo­lo­wi Woj­ty­le. Na tyniec­kich wałach wiśla­nych nie tyl­ko prze­kro­czy­ła swój ducho­wy próg, ale i odna­la­zła nowy obraz pie­lę­gniar­skiej misji, któ­rej pozo­sta­ła wier­na do koń­ca życia. Posta­no­wi­ła oprzeć opie­kę nad cho­ry­mi na kra­kow­skim Koście­le. W związ­ku z „odkry­ciem” tego typu moż­li­wo­ści pisa­ła: „Nie cho­dzi­ło mi o jakąś pra­cę na mar­gi­ne­sie sta­łych zajęć [pie­lę­gniar­skiej służ­by zdro­wia], tyl­ko o potrak­to­wa­nie pra­cy po domach jako zaję­cia sta­łe­go, płat­ne­go. Liczy­łam na zdo­by­cie chęt­nych kobiet, nie pie­lę­gnia­rek, któ­re moż­na przy­uczyć do peł­nie­nia naj­prost­szych czyn­no­ści, tak jak się przy­ucza salo­we. Byle cho­rzy nie cier­pie­li wię­cej, niż muszą, byle nie leże­li w bru­dzie, zadu­chu, w odle­ży­nach, w samot­no­ści, zanie­dba­niu duszy i cia­ła”. Z tak „zapro­gra­mo­wa­ną” misją, doty­czą­cą pod­sta­wo­wej opie­ki dla pie­lę­gna­cji pod­opiecz­nych chro­nicz­nie cho­rych w ich domach, Chrza­now­ska zwró­ci­ła się naj­pierw do ks. Woj­ty­ły. Jej pro­po­zy­cja przy­po­mi­na­ła mu zapew­ne szcze­gól­nie bli­ską postać św. Bra­ta Alber­ta, któ­ry sens swe­go życia „odkrył” posłu­gu­jąc naj­uboż­szym z mar­gi­ne­su spo­łecz­ne­go. Był prze­ko­na­ny, że rów­nież i ona z tym pro­gra­mem pomo­cy może wpi­sać się w boga­tą tra­dy­cję Kra­ko­wa – mia­sta inte­lek­tu­ali­stów, naukow­ców, arty­stów… ale i wiel­kich apo­sto­łów miło­sier­dzia. Poznał kobie­tę pochło­nię­tą pasją nie­sie­nia pomo­cy tym, o któ­rych prze­waż­nie ludzie z tzw. dobrych domów wole­li mil­czeć. Spo­łecz­ne realia, nie­raz bar­dzo dra­stycz­ne, wzię­te pro­sto z życia – były tego sta­nu bar­dzo bole­snym dowo­dem. Czyż­by ta wspa­nia­le wykształ­co­na, elo­kwent­na kobie­ta sta­ła się odpo­wie­dzią Boga na ludz­ką nędzę? Jed­no­cze­śnie zda­wał sobie spra­wę, iż na tym pierw­szym eta­pie jej misja służ­by bliź­nie­mu było „kro­plą w morzu potrzeb” (ks. Karol Woj­ty­ła, z kon­fe­ren­cji dla leka­rzy, Adwent 1957).
Łań­cuch ludzi dobrej woli
Nie­opo­dal Bazy­li­ki Mariac­kiej, sta­no­wią­cej koleb­kę para­fial­nej opie­ki nad cho­ry­mi, w Pra­ła­tów­ce, w któ­rej miesz­kał ks. infu­łat F. Machay, sta­ra skrzyn­ka pocz­to­wa zaczę­ła speł­niać rolę kon­tak­to­we­go prze­ka­zu. Wkła­da­no do niej wia­do­mo­ści doty­czą­ce cho­rych. W dzie­ło, któ­re już z koń­cem 1957 r. powo­li prze­kra­czać zaczę­ło gra­ni­ce para­fii Wnie­bo­wzię­cia NMP, a nawet same­go Kra­ko­wa, anga­żo­wa­ło się coraz wię­cej ludzi świec­kich, sio­stry zakon­ne, księ­ża, kle­ry­cy – w myśl słów ks. inf. Machaya: „Prze­kra­czaj­cie gra­ni­ce para­fii, bo miłość Chry­stu­sa jest bez gra­nic”. W prak­ty­ce nie zawsze było to tak oczy­wi­stą spra­wą. Nie­jed­no­krot­nie wie­le wysił­ku kosz­to­wa­ło Chrza­now­ską prze­ko­na­nie pro­bosz­czów, by wyna­gra­dza­li zawo­do­we opie­kun­ki i ubez­pie­cza­li je – jak w para­fii Mariac­kiej. Obok codzien­nych obo­wiąz­ków zwią­za­nych ze służ­bą cho­re­mu, Han­na wiel­ką wagę przy­wią­zy­wa­ła rów­nież do for­ma­cji ducho­wej swo­je­go śro­do­wi­ska. Po nie­mal dzie­się­ciu latach od uru­cho­mie­nia struk­tur pie­lę­gniar­stwa para­fial­ne­go, w mile­nij­nym roku 1966 ówcze­sny Metro­po­li­ta Kra­kow­ski mógł już w peł­ni „doświad­czać” dobro­dziejstw prak­tycz­ne­go miło­sier­dzia w Archi­die­ce­zji. W peł­ni doce­niał wiel­ki wkład i bez­gra­nicz­ne poświę­ce­nie Han­ny Chrza­now­skiej, zwią­za­ne z roz­kwi­tem tego dzie­ła. Stąd, gdy jej zabra­kło na pro­wa­dzo­nych przez nie­go reko­lek­cjach adwen­to­wych dla pie­lę­gnia­rek w koście­le Sióstr Domi­ni­ka­nek „Na Gród­ku” z powo­du poważ­ne­go zabie­gu ope­ra­cyj­ne­go, napi­sał do niej: „Modli­li­śmy się wspól­nie za naszą sio­strę Annę. Odpra­wia­łem Mszę św., pro­sząc Boga o zdro­wie Pani. Pra­gnę o tym pamię­tać w cią­gu naj­bliż­szych dni, i w cią­gu Świąt. Wza­jem­nie się też pole­cam”. Wedle „wzor­ca kra­kow­skie­go”, zapro­po­no­wa­ne­go przez Chrza­now­ską, odwie­dzał cho­rych, któ­rych mu wska­zy­wa­ła, a pod­czas jej rekon­wa­le­scen­cji w kolej­nym liście kre­ślił nawet nowe pola dzia­ła­nia. To ją utwier­dza­ło w prze­ko­na­niu, jak wiel­kim darem był ks. abp. Woj­ty­ła dla niej samej i Kościo­ła kra­kow­skie­go. Choć zaj­mo­wał w nim eks­po­no­wa­ne sta­no­wi­sko, był wciąż bli­sko czło­wie­ka, szcze­gól­nie tego naj­bar­dziej cier­pią­ce­go, osa­mot­nio­ne­go i w potrze­bie. Ceni­ła też jego prze­ogrom­ny dar słu­cha­nia, któ­ry spra­wiał, że chęt­nie przed nim otwie­ra­ła swo­je wnę­trze, dzie­ląc się bie­żą­cy­mi, zwłasz­cza kon­tro­wer­syj­ny­mi spra­wa­mi. W tej misji nawza­jem się wspo­ma­ga­li i rozu­mie­li. W tym też kon­tek­ście, napi­sa­ła przed jego ingre­sem: „Nie­moż­li­we w tego rodza­ju pra­cach się oszczę­dzać. Jest takie morze nie­szczęść (poza cho­ro­bą), że jeśli moż­na choć odro­bi­nę ulżyć, musi się oddać wła­sne siły. Czy­tam [poso­bo­ro­wą] Kon­sty­tu­cję dogma­tycz­ną i ser­ce mi ska­cze z rado­ści. Teraz dopie­ro rozu­miem sło­wa Księ­dza Kar­dy­na­ła kie­dyś do mnie powie­dzia­ne na poże­gna­nie: Chciał­bym, żeby­śmy byli jed­no”. Była świad­kiem jego ingre­su kar­dy­nal­skie­go do Kate­dry Wawel­skiej, w nie­dzie­lę 9 lip­ca 1967 r. Słu­żyć ludziom na wzór Chry­stu­sa Pana Wśród pod­opiecz­nych pie­lę­gniar­stwa para­fial­ne­go – jak w cza­sach Chry­stu­sa Pana – byli głu­si i nie­wi­do­mi, para­li­ty­cy, cho­rzy na raka, pora­że­ni po wyle­wach, prze­wle­kle cho­rzy… Dwa tysią­ce lat temu doty­ka­ła ich Jego ręka, a teraz tych, któ­rzy roz­trop­nie i sys­te­ma­tycz­nie zaj­mo­wa­li się ich pie­lę­gno­wa­niem. Han­na była tego świa­do­ma i wie­rzy­ła, że i teraz w nich dzia­łał Chry­stus! Choć mia­ła wie­le pasji, to wynaj­dy­wa­nie osób cho­rych chro­nicz­nie było naj­waż­niej­szą z nich. Czu­ła się powo­ła­na do opie­ki nad naj­bar­dziej potrze­bu­ją­cy­mi, szu­ka­ła ich na pod­da­szach, sute­ry­nach, w miej­scach odosob­nie­nia nie­raz uwła­cza­ją­cych ludz­kiej god­no­ści. Przez lata uczy­ła przy­szłe pie­lę­gniar­ki, że pomoc cho­rym to służ­ba na wzór ewan­ge­licz­nej posłu­gi sama­ry­tań­skiej, to przy­jem­ność, a nie przy­kry czy „odpy­cha­ją­cy” – tyl­ko z musu speł­nia­ny obo­wią­zek. Spo­tka­nie z cho­rym było dla niej spo­tka­niem z samym Chry­stu­sem. Dba­ła nie tyl­ko o cier­pią­ce cia­ło, ale trosz­czy­ła się tak­że o dusze pod­opiecz­nych (zawsze z tak­tem i wiel­ką dys­kre­cją) pod­kre­śla­jąc, że „pie­lę­gniar­ka ma obo­wią­zek myśleć o zaspo­ko­je­niu potrzeb ducho­wych pod­opiecz­nych i o ich kon­tak­cie z księ­dzem”. W związ­ku z rosną­cy­mi potrze­ba­mi, krok po kro­ku kła­dła pod­wa­li­ny pod pierw­sze domo­we hospi­cja. Aby spro­stać rosną­cym wyzwa­niom, z wiel­ką deter­mi­na­cją szu­ka­ła pomo­cy już nie tyl­ko wśród sióstr zakon­nych, kle­ry­ków, księ­ży, laika­tu – ale tak­że w śro­do­wi­sku aka­de­mic­kim. Tra­fia­jąc do mło­dych z dusz­pa­ster­stwa przy kole­gia­cie pw. św. Anny, powie­dzia­ła: „Przy­szłam pro­sić o opie­kę dla cho­rych. Jest ich wie­lu, są roz­rzu­ce­ni po całym Kra­ko­wie. Zaj­mu­ją się nimi sio­stry zakon­ne i ludzie świec­cy, ale jest nas za mało… Nie jest to chwi­lo­wa przy­go­da czy jed­no­ra­zo­wa pomoc, ale zobo­wią­za­nie. Nie moż­na takie­go czło­wie­ka zosta­wić, trze­ba stać się jego przy­ja­cie­lem i być z nim do koń­ca, tzn. aż do chwi­li, gdy Pan Bóg powo­ła go do sie­bie”. Dzię­ki Han­nie Chrza­now­skiej powstał wspo­mnia­ny już łań­cuch ludzi dobrej woli, w któ­rym było miej­sce służ­by i dla duchow­nych, i dla świec­kich. Ona sama była tego dzie­ła dobrym duchem: w zetknię­ciu z ludz­ką bie­dą sta­ra­ła się swo­ich pod­opiecz­nych poznać, rozu­mieć ich ducho­we i psy­chicz­ne potrze­by i… poko­chać. Zachę­ca­ła do rado­sne­go dzięk­czy­nie­nia Bogu tym wszyst­kim, któ­rzy włą­czy­li się w dzie­ło pomo­cy, któ­re „nam zezwa­la słu­żyć i poma­gać w nie­sie­niu krzy­ża ludziom i Chry­stu­so­wi same­mu”. Wie­lu cier­pią­cych na cie­le i duszy potra­fi­ła zmo­bi­li­zo­wać i dzię­ki pomo­cy leka­rzy, pie­lę­gnia­rek, ale i stu­den­tów-wolon­ta­riu­szy, sta­ło się moż­li­we zor­ga­ni­zo­wa­nie dla nich już w 1966 r. reko­lek­cji wyjaz­do­wych w Domu Reko­lek­cyj­nym Księ­ży Sal­wa­to­ria­nów w Trze­bi­ni. Cho­rzy nie tyl­ko czu­li się „nor­mal­ny­mi” oso­ba­mi, ale tak­że czę­sto po latach wra­ca­li do Boga. Atmos­fe­ra, jaka im towa­rzy­szy­ła, „mimo kon­cen­tra­cji w jed­nym miej­scu nie­szczę­ścia w posta­ci nie­ule­czal­nie cho­rych, była zaska­ku­ją­cą, natu­ral­ną kon­cen­tra­cją rado­ści” – jak to po latach wspo­mi­nał reko­lek­cjo­ni­sta z Tyń­ca, o. Leon Kna­bit OSB. Zna­ny kra­kow­ski lekarz, obser­wu­jąc to „ducho­wo-cier­pięt­ni­cze zgro­ma­dze­nie”, wyznał jed­nej z jego uczest­ni­czek: „Wie pani, jestem głę­bo­ko prze­ko­na­ny, że jeże­li są na zie­mi świę­ci, to Han­na Chrza­now­ska do nich nale­ży”. Trze­biń­skie reko­lek­cje cho­rych nie­raz „wizy­to­wał” Metro­po­li­ta Kra­kow­ski. Dzię­ki wzor­co­wej idei Chrza­now­skiej, wpro­wa­dzał (wizy­tu­jąc kolej­ne para­fie Archi­die­ce­zji), zwy­czaj odwie­dza­nia cho­rych. Po latach, już jako Jan Paweł II, w auto­bio­gra­ficz­nej książ­ce „Wstań­cie, chodź­my!”, napi­sał m.in.: „…Były odwie­dzi­ny w domach, przede wszyst­kim u cho­rych, ale nie tyl­ko. Nie­ste­ty do szpi­ta­li komu­ni­ści nie wpusz­cza­li. Byli tak­że cho­rzy przy­wo­że­ni do kościo­ła na osob­ne spo­tka­nie [reko­lek­cyj­ne]. To w die­ce­zji orga­ni­zo­wa­ła Słu­ga Boża Han­na Chrza­now­ska. Zawsze czu­łem, że oso­by cier­pią­ce sta­no­wią fun­da­men­tal­ne opar­cie w życiu Kościo­ła. Pamię­tam, że przy pierw­szych kon­tak­tach cho­rzy mnie onie­śmie­la­li. Potrze­ba było spo­ro odwa­gi, aby sta­nąć wobec cier­pią­ce­go i nie­ja­ko wnik­nąć w jego ból fizycz­ny i ducho­wy, aby nie ule­gać zakło­po­ta­niu i oka­zać przy­naj­mniej odro­bi­nę peł­ne­go miło­ści współ­czu­cia”. Na tej dro­dze Pani Anna – jak ją nazy­wał – była nie­za­stą­pio­ną dla ks. kard. Woj­ty­ły prze­wod­nicz­ką. W apo­sto­la­cie Kościo­ła Zawsze pra­gnę­ła poka­zać głę­bo­ki, apo­stol­ski sens służ­by cho­re­mu. Widząc zanik poczu­cia sen­su ofia­ry – nawet wśród mło­dzie­ży zakon­nej i semi­na­ryj­nej – Han­na poma­ga­ła ks. kard. K. Woj­ty­le we włą­cza­niu rów­nież kle­ry­ków w pie­lę­gniar­stwo para­fial­ne. Uwa­ża­ła, że obok zdo­by­wa­nej wie­dzy teo­lo­gicz­nej win­ni zetknąć się z ludz­ką bez­rad­no­ścią wobec cier­pie­nia, z koniecz­no­ścią „zaka­sa­nia ręka­wów i wyko­ny­wa­nia niskich – jak by się wyda­wa­ło – posług”. W tej służ­bie dostrze­ga­ła rys zwią­za­ny z naśla­do­wa­niem Jezu­sa umy­wa­ją­ce­go w Wie­czer­ni­ku nogi Apo­sto­łom. Z nie­zli­czo­nych kon­tak­tów z ludź­mi cier­pią­cy­mi, nie­ule­czal­nie cho­ry­mi, któ­rym ta
k czę­sto przy­wra­ca­ła nadzie­ję w ludzi i w Boga oraz pew­ność, że „uko­rze­nie się przed Nim, daje spo­kój i to nawet tak nie­spo­koj­nym wewnętrz­nie, jak cho­rzy”, naj­bar­dziej cie­szył ją pozy­tyw­ny odzew mło­dych. W akcji bez­in­te­re­sow­ne­go czy­nie­nia dobra uczest­ni­czy­ły ich już set­ki, choć może nie wszy­scy byli świa­do­mi, że uczą się naj­trud­niej­szej rze­czy – jak kochać. Sama w akcie godze­nia się z wolą Bożą dostrze­ga­ła „dro­gę tych cudow­nych, świę­tych cho­rych, któ­rych tyle na świe­cie”. Z uwa­gi na „dobro cho­rych”, z wie­lo­ma prak­tycz­ny­mi i orga­ni­za­cyj­ny­mi spra­wa­mi (m.in. uru­cho­mie­niem dusz­pa­ster­stwa cho­rych w Zako­pa­nem w para­fii Naj­święt­szej Rodzi­ny) zwra­ca­ła się listow­nie do „naj­wyż­szej instan­cji”. Z kra­kow­skim Metro­po­li­tą dzie­li­ła się tak­że ducho­wy­mi prze­my­śle­nia­mi, poraż­ka­mi i wewnętrz­ny­mi zwy­cię­stwa­mi. Była mu wdzięcz­na, iż mimo roz­licz­nych, odpo­wie­dzial­nych funk­cji i zajęć, był wciąż tym samym czło­wie­kiem, któ­re­go przed laty pozna­ła. Zachwy­ca­ła ją jego wraż­li­wość na cier­pie­nie, umie­jęt­ność odnaj­dy­wa­nia się w róż­nych trud­nych sytu­acjach (np. w kon­tak­cie z ludź­mi spa­ra­li­żo­wa­ny­mi, gdy chęt­nie przyj­mo­wał jej naukę i skwa­pli­wie wyko­rzy­sty­wał). Aby móc dowar­to­ścio­wać jej misję – zwa­żyw­szy jak była ona potrzeb­na i apo­stol­ska rów­nież w świe­tle uchwał poso­bo­ro­wych, pod­kre­śla­ją­cych w Koście­le rolę laika­tu – zapro­po­no­wał jej udział w Kon­gre­sie Apo­stol­stwa Świec­kich (na wyjazd do Rzy­mu nie otrzy­ma­ła od peere­low­skich władz pasz­por­tu), a w 1970 r. zachę­cił ją do repre­zen­to­wa­nia Archi­die­ce­zji Kra­kow­skiej na posie­dze­niu Komi­sji Epi­sko­pa­tu ds. Apo­stol­stwa Świec­kich. – Mogę na Panią liczyć? – to reto­rycz­ne pyta­nie, kie­ro­wa­ne pod jej  adre­sem, nie­raz pada­ło z ust Metro­po­li­ty. W mia­rę sił i moż­li­wo­śći i sta­ra­ła się na nie odpo­wia­dać. Rów­nież i odwrot­nie – wspo­ma­ga­ła jego siły. Przed jed­nym ze spo­tkań ze śro­do­wi­skiem pie­lę­gniar­skim na bożo­na­ro­dze­nio­wym opłat­ku, ks. kard. Woj­ty­ła zanie­mógł i popro­sił sufra­ga­na kra­kow­skie­go o zastęp­stwo. Gdy pozna­ła przy­czy­nę nie­mo­cy, popro­si­ła sio­stry zaj­mu­ją­ce się pro­wa­dze­niem kar­dy­nal­skie­go domu o poda­nie środ­ka prze­ciw­bó­lo­we­go, któ­ry mia­ła przy sobie. Pod koniec spo­tka­nia Gospo­darz Domu Arcy­bi­sku­pie­go poja­wił się i aby tra­dy­cji sta­ło się zadość, a vista uło­żył kil­ka oko­licz­no­ścio­wych zwro­tek do pasto­rał­ki „Oj Maluś­ki, Maluś­ki!”. Cie­szy­ła się, że to, co robi­ła dla cho­rych w Archi­die­ce­zji, mogła uczy­nić „drob­nym darem” dla Księ­dza Kar­dy­na­ła, „darem i spła­ca­niem dłu­gu wdzięcz­no­ści” – jak zano­to­wa­ła w jed­nym z listów do nie­go. Iść w Pol­skę! Prze­glą­da­jąc kie­dyś bie­żą­ce spra­woz­da­nia zauwa­ży­ła, że w para­fial­nych zespo­łach pie­lę­gno­wa­no w Kra­ko­wie prze­szło 700 cho­rych i odwie­dza­no kolej­nych 500 osób. Czy był to spek­ta­ku­lar­ny suk­ces? Jak moż­na pójść z tą misją w Archi­die­ce­zję? Jak w Pol­skę? – zada­wa­ła sobie reto­rycz­ne pyta­nia i czu­ła, że cza­su na reali­za­cję tych ambit­nych pla­nów ma już nie­wie­le. Z deter­mi­na­cją, na ile tyl­ko star­cza­ło jej sił i twór­czej inwen­cji, sta­ra­ła się zarów­no posta­wą, jak i oso­bi­stym zaan­ga­żo­wa­niem, wal­czyć o uzna­nie zawo­du pie­lę­gniar­ki, któ­ry obok wie­dzy facho­wej, dys­po­zy­cyj­no­ści, winien – w jej odczu­ciu – łączyć lecze­nie cho­re­go cia­ła z lecze­niem duszy. Z tej apo­stol­skiej per­spek­ty­wy, patrząc przed sie­bie, nie­ustan­nie „szła cią­gle wyżej” – w myśl życio­we­go mot­ta Flo­ren­ce Nigh­tin­ga­le. Ta angiel­ska ary­sto­krat­ka, kobie­ta-legen­da, mat­ka nowo­cze­sne­go pie­lę­gniar­stwa, dla Han­ny była nie­ustan­nym źró­dłem inspi­ra­cji. Tym bar­dziej więc pra­gnę­ła dzie­lić się swo­im doświad­cze­niem z tymi, któ­rzy po niej ponio­są to Boże oraz ludz­kie dzie­ło dalej i dalej. Była bowiem prze­ko­na­na, że – obok kom­pe­ten­cji – kapi­tal­nym czyn­ni­kiem w nawra­ca­niu cho­rych była i cią­gle jest modli­twa ich opie­ku­nów. Wkrót­ce sama jej bar­dzo potrze­bo­wa­ła. W wędrów­ce do Domu Ojca Han­na zawsze znaj­do­wa­ła czas na „ducho­we doła­do­wa­nie” i uczy­ła tego innych – tak­że duchow­nych. Była wzo­rem nie tyl­ko w facho­wej opie­ce nad cho­rym, lecz i w życiu ducho­wym, o któ­rym nie­wie­le mówi­ła, ale nim pro­mie­nio­wa­ła. Uczy­ła sio­stry, pie­lę­gniar­ki i wolon­ta­riu­szy, posta­wy dobre­go Sama­ry­ta­ni­na, któ­ry bez wie­lu słów peł­nił czyn apo­stol­ski. Do kape­la­na kra­kow­skie­go śro­do­wi­ska pie­lę­gniar­skie­go pisa­ła z ostat­nie­go, mar­co­we­go wypa­du w góry do Zako­pa­ne­go: „Mam nadzie­ję, że się wygrze­bię i bar­dzo tego chcę, bo wiem, że jestem potrzeb­na. Ina­czej – co za radość prze­nieść się na tam­ten świat”. O odej­ściu Pani Anny ks. kard. Woj­ty­ła dowie­dział się w dniu jej śmier­ci. Już wcze­śniej mar­twił się jej cho­ro­bą. Wie­dział, że po poważ­nej ope­ra­cji z roku na rok coraz bar­dziej wypa­la­ła się przy inten­syw­nym budo­wa­niu para­fial­nych struk­tur pie­lę­gniar­stwa domo­we­go. Miłość do cho­rych i tych, z któ­ry­mi pra­co­wa­ła, sta­no­wi­ła isto­tę jej egzy­sten­cji, ale kie­ru­nek kur­su wyzna­czał sam Bóg. Śle­dząc zaska­ku­ją­co płod­ne i wspa­nia­łe owo­ce jej posłu­gi,  ks. kard. K. Woj­ty­ła był prze­ko­na­ny, że jej miło­sier­ne dzie­ło zło­ty­mi zgło­ska­mi zosta­nie wpi­sa­ne „w cały sze­reg zwią­za­nych z Kra­ko­wem posta­ci, któ­re odkry­ły, że naj­więk­szym przy­mio­tem Boga jest miło­sier­dzie i poszły na spo­tka­nie z Nim tą dro­gą”. Pod­czas Mszy św. żałob­nej pod prze­wod­nic­twem Metro­po­li­ty Kra­kow­skie­go, kościół Sióstr Kar­me­li­ta­nek przy ul. Łob­zow­skiej był wypeł­nio­ny po brze­gi. W swo­ich murach nie zdo­łał pomie­ścić wszyst­kich cho­rych na wóz­kach, stu­den­tów jako ich opie­ku­nów, sióstr zakon­nych, księ­ży, świec­kich… Chęt­nie cyto­wa­no ulu­bio­ne sło­wa Han­ny z anty­fo­ny na Boże Naro­dze­nie, O admi­ra­bi­le com­mer­cium – „O prze­dziw­na zamia­no!” – gdy Bóg sta­jąc się czło­wie­kiem, dzię­ki sło­wie FIAT Naj­święt­szej Dzie­wi­cy Maryi, dał nam udział w swo­im bóstwie. Nawią­zu­jąc do podzię­ko­wań za pie­lę­gniar­stwo para­fial­ne, „któ­re tak wspa­nia­le zor­ga­ni­zo­wa­ła w naszym Koście­le”, ks. kard. Woj­ty­ła w homi­lii pogrze­bo­wej pod­kre­ślił wszel­kie zadat­ki jej przy­szłej dro­gi, zwią­za­nej z wynie­sie­niem Słu­żeb­ni­cy Bożej na ołta­rze: „Z ufno­ścią myśli­my o przy­szło­ści Two­je­go dzie­ła wśród nas, a nade wszyst­ko z ufno­ścią, z nadzie­ją o Two­jej teraź­niej­szo­ści, któ­ra zaczę­ła się razem ze śmier­cią i poprzez śmierć, do któ­rej weszłaś tak przy­go­to­wa­na, tak wła­ści­wie bar­dzo pra­gną­ca już odejść…”. Snu­jąc chrze­ści­jań­ską reflek­sję wokół wąt­ku zwią­za­ne­go ze sztu­ką umie­ra­nia, Metro­po­li­ta tak ją spu­en­to­wał: „Niech będą dzię­ki Bogu miło­sier­ne­mu za Two­je życie; niech nagro­dą Two­ją będzie sam Pan; niech pro­mie­nio­wa­nie Two­jej posłu­gi trwa wśród nas i wszyst­kich nas nie­ustan­nie poucza, jak słu­żyć Chry­stu­so­wi w bliź­nich”. W cza­sie pogrze­bu na Cmen­ta­rzu Rako­wic­kim, w majo­wy dzień 1973 r., ks. Kar­dy­nał zain­to­no­wał Magni­fi­cat, ulu­bio­ny przez śp. Han­nę Chrza­now­ską Maryj­ny kan­tyk – „Wiel­bi dusza moja Pana”. Z per­spek­ty­wy escha­to­lo­gicz­nej – sama Han­na kie­dyś zano­to­wa­ła: „Czy pamię­tam, że jeśli każ­dy będzie sądzo­ny według uczyn­ków miło­sier­dzia, to cóż dopie­ro ja, któ­rą Bóg szcze­gól­nie do nich powo­łał?”. Jej obec­ność jest cią­gle żywa. Dzia­ła­ła i nadal dzia­ła w wie­lu trud­nych i nie­raz wręcz bez­na­dziej­nych sytu­acjach. Jed­na z jej wycho­wa­nek -pie­lę­gnia­rek zaświad­czy­ła, że „pomy­sły Han­ny są w tle jej życia”.