Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

DROGA DO NIEBA

WIEDEŃ – NAUKA I POWOŁANIE

Kie­dy Sta­szek miał czter­na­ście lat – podob­nie jak wie­le innych dzie­ci z pol­skich rodzin szla­chec­kich – został wysła­ny do szko­ły za gra­ni­cę. W przy­pad­ku kato­lic­kich Kost­ków wybór ojca padł na cie­szą­ce się dobrą opi­nią cesar­skie gim­na­zjum jezu­ic­kie w Wied­niu. Sta­ni­sław poje­chał tam wraz ze star­szym bra­tem Paw­łem, w towa­rzy­stwie opie­ku­ją­ce­go się nimi men­to­ra i nauczy­cie­la Jana Biliń­skie­go.
Wie­deń­skie kole­gium jezu­itów, w któ­rym uczy­ło się ok. 400 uczniów róż­nych naro­do­wo­ści, było bar­dzo dobrą szko­łą – roz­wi­ja­ło umysł, pie­lę­gno­wa­ło poboż­ność, zapra­wia­ło uczniów do obro­ny zagro­żo­nej here­zją pro­te­stan­ty­zmu kato­lic­kiej wia­ry. W szko­le Sta­szek dał się poznać jako żąd­ny wie­dzy, zdol­ny, sumien­ny i pil­ny uczeń. Choć z począt­ku szło mu cięż­ko, pod koniec nauki był już jed­nym z naj­lep­szych. Oprócz mate­ria­łu szkol­ne­go przy­swo­ił sobie języ­ki obce: łaci­nę, gre­kę, nie­miec­ki. Zosta­ły po nim zeszy­ty z notat­ka­mi, w któ­rych m.in. udo­wad­niał praw­dzi­wość wia­ry kato­lic­kiej. Bar­dzo zdol­ny, skrom­ny, a przy tym bar­dzo poboż­ny, wzbu­dzał podziw wszyst­kich, z wyjąt­kiem wolą­ce­go ucie­chy i zaba­wy bra­ta oraz wie­lu podob­nych do nie­go kole­gów. Był dobry, a tak­że wraż­li­wy na ludz­ką bie­dę. Począt­ko­wo wraz z Paw­łem miesz­kał w inter­na­cie, a wła­ści­wie w kon­wik­cie dla mło­dzie­ży ze sta­nu szla­chec­kie­go, ale potem – po nie­speł­na roku, na sku­tek ode­bra­nia inter­na­tu zako­no­wi przez nowe­go cesa­rza Mak­sy­mi­lia­na II – zmu­sze­ni byli zna­leźć sobie pry­wat­ną kwa­te­rę. Biliń­ski i Paweł – mimo opo­rów Stasz­ka – wybra­li miesz­ka­nie w domu lute­ra­ni­na Kim­ber­ke­ra. Zamiesz­ka­ło tam zresz­tą nie tyl­ko ich tro­je, ale tak­że ich słu­żą­cy, kuzyn Sta­ni­sław Kost­ka, Kac­per

Fot. H. Bej­da

Roz­ra­żew­ski oraz póź­niej­szy kar­dy­nał i pry­mas Pol­ski Ber­nard Macie­jow­ski.
FALA PRZEŚLADOWAŃ I MOCNE ZASADY
Sta­szek już od dzie­ciń­stwa był wraż­li­wy i poboż­ny. Nie zno­sił wul­ga­ry­zmów i nie­przy­zwo­itych roz­mów. Nie ina­czej było w Wied­niu. Paweł był dia­me­tral­nie  inny. Podob­nie jak jego kole­dzy – jak czy­ta­my w daw­nych hagio­gra­fiach – „wpraw­dzie nie dopusz­czał się (…) występ­ków, zacny ród jego hań­bią­cych, ato­li jako mło­dzie­niec w wie­ku kwit­ną­cym, ubie­gał się za powa­bem bły­sko­tek świa­to­wych, lubił stro­ić się w boga­te sza­ty, jeść wykwint­ne potra­wy, nasy­cać się łako­cia­mi, pro­wa­dzić życie swo­bod­ne, wcho­dzić w towa­rzy­stwo pło­chej i lek­ko­myśl­nej mło­dzie­ży, a służ­ba Boża nie­wie­le go obcho­dzi­ła”. Ani Paweł ani jego kole­dzy nie mogli pojąć, dla­cze­go Sta­szek nad fry­wol­ną zaba­wę przed­kła­da naukę i modli­twę, prak­ty­ku­je umar­twie­nia (nie­kie­dy tak suro­we jak biczo­wa­nie się) i posty, a tak­że litu­je się nad nędza­rza­mi. Z tego powo­du prze­śla­do­wa­no go i wyśmie­wa­no, wyzy­wa­no od „mni­chów” i „jezu­itów”. Bywa­ło, że od kpin i per­swa­zji, żeby umar­twia­niem się nie popsuł sobie zdro­wia, prze­cho­dzo­no nawet do ręko­czy­nów i kop­nia­ków. Sta­szek pra­gnął „jak naj­wię­cej podo­bać się Bogu i jak naj­mniej nie podo­bać się bra­tu”, a za życio­wą dewi­zę obrał sło­wa: „Do wyż­szych rze­czy jestem stwo­rzo­ny i dla nich pra­gnę żyć”. Sto­so­wał się też do innych zasad: „Tam idź­my, dokąd Bóg i twar­dy los zawie­dzie” i „Cho­ciaż­by los się chwiał, będę stał moc­no”. Chło­piec gotów był na ustęp­stwa, ale jedy­nie takie, dla któ­rych nie musiał łamać swo­ich żela­znych zasad. Brat chciał, żeby nauczył się tań­czyć – uczył się. Bra­tu nie podo­ba­ły się jego modli­twy i medy­ta­cje w cią­gu dnia – odpra­wiał je w nocy. Nie rezy­gnu­jąc z podą­ża­nia dro­gą żar­li­we­go kato­li­ka, zapi­sał się do Soda­li­cji Mariań­skiej i Brac­twa św. Bar­ba­ry.
W cza­sach nasi­la­ją­cej się here­zji pro­te­stanc­kiej Sta­szek kul­ty­wo­wał poboż­ność eucha­ry­stycz­ną i był wiel­kim czci­cie­lem Mat­ki Bożej. Zacho­dził do kościo­ła przed lek­cja­mi i po skoń­czo­nej nauce, codzien­nie bywał na Mszy św. (a nawet na kil­ku), ado­ro­wał Naj­święt­szy Sakra­ment i zgod­nie z ówcze­sny­mi zasa­da­mi raz w tygo­dniu przyj­mo­wał
Komu­nię św. Modlił się żar­li­wie (czę­sto w nocy), kon­tem­plo­wał Mękę Pań­ską i bywa­ło, że wpa­dał w eks­ta­zę; odma­wiał Róża­niec i Godzin­ki, czy­tał naboż­ne książ­ki. Hagio­gra­fo­wie piszą, że w cza­sie poby­tu w dużym i lud­nym Wied­niu, Sta­szek znał tyl­ko trzy dro­gi: do kole­gium, do kościo­ła i do domu, w któ­rym miesz­kał.
WIZJE I POWOŁANIE
W grud­niu 1565 roku Sta­szek cięż­ko zacho­ro­wał. Balan­su­jąc na gra­ni­cy życia i śmier­ci, bar­dzo pra­gnął odbyć spo­wiedź i przy­jąć Komu­nię Świę­tą, ale lute­rań­scy gospo­da­rze domu, w któ­rym miesz­kał, za nic nie chcie­li się zgo­dzić na to, by w ich pro­gach poja­wił się kato­lic­ki ksiądz (choć może nawet nie pyta­no ich o taką zgo­dę, nie chcąc z nimi zadzie­rać). W nocy roz­ża­lo­ny i roz­go­rącz­ko­wa­ny Sta­szek doznał cudow­nej wizji. Zoba­czył św. Bar­ba­rę – czczo­ną przez nie­go patron­kę dobrej śmier­ci – z dwo­ma anio­ła­mi, któ­ra przy­nio­sła mu Komu­nię Świę­tą – Wia­tyk. Pod­czas kolej­ne­go widze­nia chło­piec zoba­czył Mat­kę Bożą z Dzie­ciąt­kiem, któ­ra pochy­li­ła się nad nim, zło­ży­ła mu w ramio­na małe­go Jezu­sa i naka­za­ła wstą­pić do jezu­itów. Rano – ku zdzi­wie­niu leka­rzy, któ­rzy w cza­sie cho­ro­by nie tyl­ko nie potra­fi­li go wyle­czyć, ale nawet dobrze zdia­gno­zo­wać – wstał zupeł­nie zdro­wy. Był szczę­śli­wy. Nie, nie tyl­ko dla­te­go, że wyzdro­wiał. Od daw­na czuł bowiem w sobie nara­sta­ją­ce powo­ła­nie do zako­nu. Mat­ka Boża tyl­ko go w nim utwier­dzi­ła, ba! otrzy­mał od niej wyraź­ny nakaz, by wstą­pić do jezu­itów. Lękał się tyl­ko o jed­no – jak zare­agu­je na to brat, a przede wszyst­kim ojciec, któ­ry żywił w sto­sun­ku do nie­go zupeł­nie inne, świec­kie pla­ny. Nie­ste­ty jego oba­wy zaczę­ły się spraw­dzać. Koła­tał do jezu­itów, pro­sząc o przy­ję­cie do zako­nu, ale ci – aby go przy­jąć – wyma­ga­li zgo­dy rodzi­ców. Nie miał jej i nie miał też nadziei, że kie­dy­kol­wiek ją uzy­ska. Powo­ła­nie było jed­nak sil­niej­sze niż opór rodzi­ców. Czyż nie trze­ba bar­dziej słu­chać Boga niż… nawet wła­sne­go ojca.