Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

DROGA DO NIEBA

WSZYSTKIE DROGI PROWADZĄ DO RZYMU

Sta­szek czy­nił wszyst­ko, aby zre­ali­zo­wać swo­je powo­ła­nie. Z bra­ku zgo­dy rodzi­ców, w Wied­niu nie chcia­no go jed­nak przy­jąć. Nie­któ­rzy z duchow­nych sta­nę­li jed­nak po jego stro­nie. Wspie­rał go – dobrze zna­ją­cy taj­ni­ki jego duszy – spo­wied­nik. Inny kapłan – sam kazno­dzie­ja cesa­rzo­wej Marii Hisz­pań­skiej o. Fran­ci­szek Anto­niusz pora­dził mu, by udał się do pro­win­cja­ła jezu­itów w Augs­bur­gu – o. Pio­tra Kani­zju­sza (póź­niej­sze­go świę­te­go), a gdy­by nawet to nie pomo­gło, do same­go Fran­cisz­ka Bor­gia­sza – gene­ra­ła zako­nu w Rzy­mie. Posłu­chał tego gło­su.
UCIECZKA I POŚCIG
Po ukoń­cze­niu szko­ły, tuż przed pla­no­wa­nym powro­tem do Pol­ski, w nie­dzie­lę 10 sierp­nia 1567 r., we wspo­mnie­nie św. Waw­rzyń­ca, 17-let­ni Sta­szek – spryt­nie wyko­rzy­stu­jąc pozwo­le­nie bra­ta, któ­ry w przy­pły­wie gnie­wu kazał mu… „iść, gdzie by chciał, nawet na szu­bie­ni­cę” – prze­brał się w skrom­ne sza­ty, wziął na ple­cy tobo­łek z ubo­żuch­nym dobyt­kiem, zosta­wił poże­gnal­ny list i wyru­szył pie­szo do Augs­bur­ga. Począt­ko­wo w ogó­le go nie szu­ka­no, brat wypra­wiał poże­gnal­ną ucztę, a nie­obec­ność młod­sze­go bra­ta wytłu­ma­czył sobie jego nie­chę­cią do takich imprez. Sądził, że Sta­szek jest w koście­le. Kie­dy jego nie­obec­ność prze­dłu­ża­ła się jed­nak ponad mia­rę, odkry­to praw­dę i wyru­szo­no w pogoń. Sta­szek już wcze­śniej prze­cież zapo­wia­dał, że uciek­nie, a prze­śla­du­ją­cy go Paweł będzie musiał odpo­wie­dzieć za to przed ich suro­wym ojcem. Brat nie potrak­to­wał
tej groź­by poważ­nie, ale teraz – kie­dy się ziści­ła – bał się wró­cić do domu bez nie­go.
NIE ROZPOZNANY PRZEZ BRATA
Począt­ko­wo szu­ka­no Stasz­ka na dro­dze pro­wa­dzą­cej bez­po­śred­nio do Rzy­mu, nie wie­dząc, że udał się w innym kie­run­ku. Potem odkry­to pomył­kę i wyru­szo­no na pół­noc­ny zachód. Nędz­ny strój zro­bił jed­nak swo­je – uda­ło mu się zmy­lić poszu­ku­ją­cych go ludzi. Ba! zwiódł nawet… Paw­ła. Sam Sta­szek – w liście do przy­ja­cie­la – tak to opi­sy­wał: „Na gościń­cu pro­wa­dzą­cym z Wied­nia dogo­ni­li mnie dwaj słu­dzy moi, któ­rych poznaw­szy scho­wa­łem się do pobli­skie­go lasu i tak w ten spo­sób usze­dłem z ich rąk. Prze­bie­gną­łem już wie­le gór i lasów, gdy oko­ło połu­dnia pokrze­piam swo­je znu­żo­ne siły u źró­dła prze­zro­czy­ste­go, naraz roz­le­ga się odgłos kopyt koń­skich. Pod­no­szę się, przy­glą­dam najeźdź­cy – a to mój brat Paweł popu­ściw­szy cugle naprze­ciw­ko mnie pospie­sza, koń się pie­ni, twarz bra­ta
żarzy się bar­dziej od słoń­ca. W jakim­że musia­łem znaj­do­wać się wte­dy stra­chu (…) Przed jego natar­ciem sta­ną­łem i nabraw­szy odwa­gi pierw­szy zbli­żam się do jeźdź­ca, pro­szę o jał­muż­nę jako piel­grzym. A on dopy­tu­je o bra­ta, opi­su­je ubra­nie jego, wzrost, wygląd i że był do mnie bar­dzo podob­ny. Odpo­wie­dzia­łem, że o świ­cie tędy prze­cho­dził (…) Rzu­ciw­szy mi pie­niądz, pospie­szył w dal­szą dro­gę”.
WIEDEŃ – AUGSBURGDYLINGA
Szedł i szedł, i szedł. Dro­gę miał dłu­gą i uciąż­li­wą. Wie­deń od Augs­bur­ga dzie­li­ło ponad 500 kilo­me­trów i wyso­kie Alpy. Sta­szek był jed­nak bar­dzo zde­ter­mi­no­wa­ny. Po dro­dze zatę­sk­nił za Komu­nią Świę­tą. Wstą­pił nawet do mija­ne­go kościo­ła – nie­ste­ty sro­go się roz­cza­ro­wał – świą­ty­nia nale­ża­ła bowiem do pro­te­stan­tów. Doświad­czył wte­dy cudow­nej wizji – a może zresz­tą nie była to wizja, tyl­ko naj­święt­sza praw­da: przy­jął Chleb Życia z rąk same­go anio­ła. Pro­win­cja­ła w Augs­bur­gu nie zastał. Powie­dzia­no mu, że jest w Dylin­dze. Poszedł zatem do Dylin­gi, prze­mie­rza­jąc kolej­ne 50 kilo­me­trów. Źle tra­fił. Zakon miał wła­śnie pro­blem z… Pola­ka­mi. Dwóch pol­skich jezu­itów prze­szło na pro­te­stan­tyzm. Zakon­ni­cy byli pew­nie nie­co skon­ster­no­wa­ni, kie­dy do fur­ty zapu­kał kolej­ny… Polak. O. Piotr Kani­zjusz nie był jed­nak małost­ko­wy i posta­no­wił wypró­bo­wać cno­tę, cier­pli­wość i poko­rę zde­ter­mi­no­wa­ne­go pol­skie­go szlach­ci­ca. Skie­ro­wał go do… sprzą­ta­nia, usłu­gi­wa­nia i prac kuchen­nych. „Egza­min” został zda­ny. „Pośród naczyń kuchen­nych i mio­teł czu­ję się jak w nie­bie”– pisał w liście Sta­szek. Mimo zapa­łu mło­dzień­ca, tak­że w Niem­czech do przy­ję­cia do zako­nu nadal wyma­ga­no jed­nak zgo­dy rodzi­ców. A tej Sta­szek nadal nie miał, a co wię­cej, wciąż nie miał naj­mniej­szych wido­ków na jej otrzy­ma­nie. Bał się, że jego pla­ny speł­zną na niczym.
NADZIEJA NA… „WIELKIE RZECZY
Wiel­ki szer­mierz kontr­re­for­ma­cji, obroń­ca kato­lic­kiej wia­ry, o. Piotr Kani­zjusz doce­nił poboż­ność, poko­rę i wiel­ką deter­mi­na­cję Stasz­ka. Prze­cież ten mło­dy czło­wiek musiał się ukry­wać, prze­mie­rzył szmat dro­gi, aby się z nim roz­mó­wić, bez szem­ra­nia speł­niał naj­prost­sze posłu­gi! Dla tego świa­tłe­go jezu­ity jasnym już było jak słoń­ce, że Sta­szek ma powo­ła­nie. Wie­dział, że nie ma zgo­dy rodzi­ców, ale nie mógł go prze­cież – wbrew nie­mu i wbrew swo­je­mu wła­sne­mu sumie­niu – ode­słać do rodzi­ciel­skie­go domu. Świa­tły jezu­ita wrę­czył mu list pole­ca­ją­cy (Da illo pra­ec­la­ra spe­ra­mus – „Wiel­kich rze­czy spo­dzie­wa­my się po nim” – napi­sał w nim) i ode­słał do Rzy­mu, do gene­ra­ła zako­nu. Ów list nazy­wa­ny jest dziś „Listem trzech świę­tych”, bowiem pisał go świę­ty (Kani­zjusz) do świę­te­go (Bor­giasz) w spra­wie świę­te­go (Kost­ki). Sta­szek w towa­rzy­stwie dwóch jezu­ic­kich kom­pa­nów – Jaku­ba Genu­eń­czy­ka i Raine­ra Fabry­cju­sza (sądząc po nazwi­skach byli to Włoch i Nie­miec), któ­rzy szli do Rzy­mu na stu­dia – wyru­szył pie­szo w kolej­ną dłu­gą i meczą­cą podróż. 25 paź­dzier­ni­ka 1567 r. tro­je wędrow­ców dotar­ło do Wiecz­ne­go Mia­sta.