Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”
ul. Kazimierza Wielkiego 18/3
30-074 Kraków

Sekretariat: 12 423-22-57
Redakcja: 12 421-75-49
Prenumerata: 12 422-74-18

Wykorzystane wakacje czyli czas pogłębiania miłości

Wakacje/fot. ks. Z. Pytel

Pra­wie zawsze po waka­cjach otrzy­mu­je­my od Czy­tel­ni­ków wspa­nia­łe świa­dec­twa, jak to ten czas, oka­zu­je się nie tyl­ko dla dzie­ci i mło­dzie­ży, może być nie­zwy­kłym darem. Cza­sem bar­dziej świa­do­mie, cza­sem przy­pad­ko­wo, korzy­sta­my z tego cza­su widząc z zachwy­tem, że sta­ło się coś bar­dzo dobre­go: w mał­żeń­stwie, w całej rodzi­nie, pomię­dzy poko­le­nia­mi. Świa­dec­twa z poprzed­nich lat mogą stać się inspi­ra­cją, zachę­tą, pod­po­wie­dzią.

 Od nowa zako­cha­ni

W maju uświa­do­mi­li­śmy sobie, że po trzy­dzie­stu latach mał­żeń­stwa pod­czas waka­cji będzie­my sami, po raz pierw­szy od dwu­dzie­stu ośmiu lat. I choć na począt­ku, gdy cie­szy­li­śmy się, że jest z nami nasz pierw­szy syn, nie postrze­ga­li­śmy tego cza­su jak wol­ne od szko­ły, szko­ły prze­cież jesz­cze nie było, ale całe lato „krę­ci­ło się” wokół nie­mow­lę­cia. Potem bie­gły lata, poja­wia­ły się kolej­ne dzie­ci (jesz­cze dwie cór­ki). Czas szkol­ny, kie­dy pró­bo­wa­li­śmy z dzieć­mi spę­dzać jak naj­wię­cej cza­su, pre­cy­zyj­nie ukła­da­li­śmy urlo­py, tro­chę zazdro­ści­li­śmy dziad­kom, któ­rzy mogą spo­koj­nie nacie­szyć się naszy­mi dzieć­mi, aż wresz­cie jeste­śmy po ślu­bie naszej naj­młod­szej cór­ki.

Jak spę­dzić ten czas? Nie mie­li­śmy wąt­pli­wo­ści, że może to być czas nie­zwy­kły, posta­ra­li­śmy się zro­bić wszyst­ko, by były to dla nasze­go mał­żeń­stwa bło­go­sła­wio­ne dni.

Na począt­ku, wyje­cha­li­śmy na kil­ku­dnio­we reko­lek­cje: oka­zu­je się, że z takie­go bło­go­sła­wio­ne­go cza­su może sko­rzy­stać każ­de mał­żeń­stwo, zarów­no mło­de, jak i z wie­lo­let­nim sta­żem.

Potem, jesz­cze przed wspól­nym urlo­pem, uma­wia­li­śmy się na rand­ki, pró­bo­wa­li­śmy zaska­ki­wać się drob­ny­mi upo­min­ka­mi, jak za narze­czeń­skich cza­sów.

Pod­czas wspól­ne­go wyjaz­du odna­wia­li­śmy naszą miłość – oka­za­ło się, że ona jest nie­ustan­nie żywa, lek­ko tyl­ko przy­kry­ta kurzem codzien­no­ści. Mie­li­śmy czas dla sie­bie i tyl­ko dla sie­bie, tro­chę pozna­wa­li­śmy się na nowo, odkry­wa­li­śmy nowe, cie­ka­we tema­ty, ule­ga­li­śmy wza­jem­nej fascy­na­cji sobą. Tyl­ko cho­dzi­my tro­chę wol­niej niż przed trzy­dzie­stu laty.

Nie wia­do­mo, może kolej­ne lata przy­nio­są nowe, już „dziad­ko­wo-bab­ci­ne” obo­wiąz­ki, ale będzie­my je prze­ży­wać jako coraz bar­dziej kocha­ją­ce się mał­żeń­stwo.

Nie mamy sie­bie dość

Zawsze sta­ra­li­śmy się spę­dzać wol­ny czas z dzieć­mi – nie ma prze­cież „nicze­go cie­kaw­sze­go w świe­cie” niż nasze dzie­ci. Na począt­ku to było oczy­wi­ste – jeź­dzi­li­śmy na urlop z kil­ku­lat­ka­mi. Ale gdy zaczął się czas szkol­ny, gdy wokół naszych dzie­ci zaczę­ły poja­wiać się nowe kole­żan­ki i kole­dzy, szu­ka­li­śmy moż­li­wo­ści, by ten czas rów­nież spę­dzać wspól­nie. Tak się uło­ży­ło, że w naszej para­fii dzia­ła­ła gru­pa mło­dych ludzi, któ­rej człon­ko­wie śpie­wa­li i tań­czy­li. Dla Pana Boga i dla sie­bie. Nasze dzie­ci lgnę­ły do tych, począt­ko­wo star­szych kole­ża­nek i kole­gów. Zro­zu­mie­li­śmy, że to dla nas jest ogrom­na szan­sa. Zro­bi­li­śmy, obo­je z żoną, upraw­nie­nia waka­cyj­nych wycho­waw­ców i zaczę­li­śmy wyjeż­dżać z całą gru­pą, a w niej prze­cież byli „i nasi”. Tak było przez lata, tyl­ko raz jed­no z nas musia­ło wziąć w pra­cy kil­ka dni bez­płat­ne­go urlo­pu. Nauczy­li­śmy się też zupeł­nie nowej dla nas rze­czy – cza­sem trze­ba było do wła­snych dzie­ci zwra­cać się służ­bo­wo – nale­ża­ły prze­cież do gru­py, za któ­rą byli­śmy odpo­wie­dzial­ni.

Minę­ły lata, nasze pocie­chy weszły już w wiek, kie­dy w spo­sób natu­ral­ny zna­la­zły się w gru­pie wycho­waw­ców, a praw­do­po­dob­nie nad­cho­dzi czas, kie­dy trze­ba będzie zna­leźć zupeł­nie nowy model wspól­nych waka­cji.

Bab­cia, Pan Bóg i nowa miłość

Obie­ca­łam sobie przy któ­rejś spo­wie­dzi, że już nigdy nie będę maru­dzi­ła, gdy mama o coś mnie popro­si. Na począt­ku lip­ca bar­dzo trud­no mi było dotrzy­mać dane­go Panu Bogu i sobie sło­wa, bo usły­sza­łam, że nikt z rodzi­ny nie ma moż­li­wo­ści, by sie­dzieć przy bab­ci i muszę zre­zy­gno­wać z wyjaz­du z kole­żan­ką i jej rodzi­ca­mi na ich dział­kę. Bab­cia jakoś nie­for­tun­nie sta­nę­ła wycho­dząc z auto­bu­su i teraz leży z gip­sem zało­żo­nym od bio­dra do sto­py. Niby nic wiel­kie­go tam nie potrze­ba, ale ktoś z nią w domu musi sie­dzieć, bo trud­no jej się poru­szać, a cza­sem choć­by wodę do picia war­to podać.

Pozło­ści­łam się, pona­rze­ka­łam, ale co było robić, zamiesz­ka­łam u bab­ci. Czło­wie­ko­wi jest źle, gdy łazi nabur­mu­szo­ny, więc dla samej sie­bie od począt­ku sta­ra­łam się być miła.

Bab­cia, któ­rą uwa­ża­łam za nud­ną oso­bę, od razu oka­za­ła się zupeł­nie inna: peł­na życia, poczu­cia humo­ru i takiej zło­śli­wo­ści, za któ­rą prze­pa­dam: niko­mu przy­kro­ści się nie robi, a drob­ne uwa­gi, któ­re się rzu­ca od cza­su do cza­su, są lep­sze niż naj­lep­sze kaba­re­ty. Bab­cia zresz­tą też od razu spra­wi­ła mi przy­jem­ność, bo powie­dzia­ła po kil­ku godzi­nach, że nawet sobie nie wyobra­ża­ła jak ja do niej jestem podob­na…

Dzię­ki temu, że spę­dzi­ły­śmy wspól­nie wie­le godzin lip­ca, pozna­łam naj­bar­dziej roman­tycz­ną histo­rię świa­ta: histo­rię miło­ści moich dziad­ków.

Rodzi­ce bab­ci  dzia­ła­li w par­ty­zant­ce, za to uwię­zi­li ich hitle­row­cy i zamor­do­wa­li w obo­zach. Bab­cię przy­gar­nę­li sąsie­dzi, bar­dziej z obo­wiąz­ku niż z pra­gnie­nia ser­ca. Ta sąsiad­ka była chrzest­ną bab­ci, więc wszy­scy po niej wła­śnie się spo­dzie­wa­li, że przyj­mie do sie­bie dzie­się­cio­let­nią, osie­ro­co­ną dziew­czyn­kę. Ale wła­ści­wie była trak­to­wa­na jako nie­po­trzeb­ny kło­pot, taki „dopust Boży”. Dzia­dek przy­pad­kiem to zoba­czył, bo jako syn i jed­no­cze­śnie pierw­szy pomoc­nik leśni­cze­go czę­sto prze­cho­dził obok domu, w któ­rym miesz­ka­ła bab­cia. Miał nie­ca­łe szes­na­ście lat, gdy (w cichym poro­zu­mie­niu z wła­snym ojcem) zor­ga­ni­zo­wał regu­lar­ne porwa­nie bab­ci. Miesz­ka­li gdzieś w lesie ponad pół roku, potem wyje­cha­li na zie­mie zachod­nie, tam poda­li się za rodzeń­stwo i poma­ga­li w pro­wa­dze­niu domu jakiejś daw­nej rodzi­nie zie­miań­skiej. Napi­sa­ła­bym gru­bą książ­kę, gdy­bym chcia­ła utrwa­lić to, co bab­cia mi przez ten mie­siąc opo­wie­dzia­ła. Pięk­ne też było to, co bab­cia mi jak­by przy­pad­kiem powie­dzia­ła – jak wspa­nia­łe było dla niej dziad­ko­we poczu­cie męskie­go hono­ru i jak – mimo że miesz­ka­li w jed­nym poko­ju – nigdy przed ślu­bem nie zoba­czy­ła go ina­czej niż w peł­nym ubra­niu.

Cza­sem wie­czo­ra­mi zaczę­łam marzyć, aby mnie też ktoś porwał, choć prze­cież nie ma żad­ne­go powo­du – mam kocha­ją­cych rodzi­ców, zatro­ska­nych o wszyst­kie moje potrze­by. Ale Woj­tek, któ­re­go pozna­łam na zawo­dach w lutym, chy­ba był­by skłon­ny mnie porwać, gdy­by mi było źle….

A bab­cia, dzię­ki temu, że Pan Bóg zor­ga­ni­zo­wał mi lipiec, jest moim ido­lem.

Pustel­nik Andrzej

Z wypo­wie­dzi św. Jana Paw­ła II:

Wszyst­kim (…) życzę z całe­go ser­ca, aże­by ten czas wypo­czyn­ku stał się dla nich cza­sem spo­tka­nia, takie­go spo­tka­nia, w któ­rym znaj­du­je się naj­lep­szą cząst­kę: cząst­kę, któ­rej nikt nas już nie może pozba­wić.